W momencie, kiedy myślisz, że seria nie może pójść już dalej, „Metal Gear Solid 4” pokazuje, jak bardzo się mylisz.

To, czy następca „Snake’s Eater” ujrzy światło dzienne, stało pod wielkim znakiem zapytania. Plotki i spekulacje nie miały końca, mówiło się o rewolucyjnej grafice (oddzielny silnik graficzny do modelowania… włosów) czy modelu rozgrywki tylko po to, by zaraz zdementować powstawanie gry w ogóle.

W czerwcu 2008 słowo stało się ciałem. „Metal Gear Solid 4” ukazał się na PlayStation 3 i momentalnie podbił serca graczy i krytyków.

Pierwsze, co rzuca się w oczy to faktycznie, oszałamiająca grafika. Co prawda z wiekiem postarzała się trochę i zmarszczki Snake’a nie zapierają już tchu tak, jak w upalne lato sześć lat temu (już tyle!), ale nadal cieszą oko.

Druga, charakterystyczna dla gry cecha to trzymanie się korzeni. Mimo że seria przeszła masę różnorakich przemian, człon rozgrywki pozostaje taki sam. Bohater porusza się podobnie, jak w poprzedniczce. To dobry ruch, nie czyni z „Metal Gear Solid 4” czegoś, czym być nigdy nie powinno.

To, co wchodzi do świadomości dalej – już w trakcie rozgrywki – to wielki rozmach. Myśleliście, że „trójka” była duża, z dżunglą, górami i bazami wojskowymi? Tu odwiedzamy więcej miejsc, niż we wszystkich poprzednich częściach razem – choćby okupowaną Europę Wschodnią pachnącą na kilometr dwudziestoleciem międzywojennym, Afrykę (w samym środku wewnętrznych starć) czy (delikatny spoiler) Shadow Moses, miejsce akcji pierwszego „Metal Gear Solid”. A to tylko kilka z wielu.

Jeżeli „Metal Gear Solid”, to fabuła. I tu Kojima nie zawodzi – gra ma świetną historię spinającą wydarzenia z poprzednich części niemal perfekcyjną klamrą. Wracają starzy przyjaciele (i wrogowie), pojawiają się nowi – a każde takie zdarzenie budzi wielkie emocje. I jest świetnie wyreżyserowane.

„Metal Gear Solid 4: Guns of the Patriots” to najlepsza – póki co – część serii. Świetnie zrobiona od strony technicznej, fabularnej i artystycznej. Naprawdę wielka przygoda.