Seria „Metal Gear Solid” zrewolucjonizowała gry wideo w wielu kwestiach. Wszystko zaczęło się od pozycji wydanej w 1998 roku na PlayStation.

Wtedy też dowiedziałem się o „Metal Gear Solid” i… gra w ogóle nie wydawała mi się interesująca. Zrzuty ekranu prezentowane w gazetach mało mi mówiły, a opisy nie zachęcały – ba, odrzucały, sugerując produkcję, której najbliżej do określenia „nadęta”. No i nie było tam żywych trupów, więc od razu przegrana z „Resident Evil 2”. Dopiero coś, co dziś na YouTube nazywa się „let’s play”, emitowane na kanale Hyper (a może GameOne, nie pamiętam, jak to się wtedy nazywało) pokazało mi, że rozgrywka jest tu i dynamiczna, i interesująca.

Kiedy grę dostałem w swoje ręce, miałem 11 lat i niezbyt dobrze znałem angielski. Stąd większość scen i rozmów przewijałem – i tak naprawdę historię znałem z tego, co przeczytałem w „PlayStation Magazine” czy w innym „NEO” u kolegów. Bawiłem się jednak przednio – odpowiednia ilość akcji, skradania się (dzięki wspomnianemu programowi telewizyjnemu znałem sporo sztuczek, które okazywały się diabelnie przydatne) i główkowania okazały się idealną mieszanką. Po dwukrotnym skończeniu przygody płyty wylądowały na półce, potem pod łóżkiem.

Moje pierwsze poważne zetknięcie z grą to czasy liceum. Mając na uwadze, że to produkcja z 1998 roku, jeszcze przed włączeniem dałem jej spore fory w praktycznie każdej kwestii. I niepotrzebnie.

Pierwsze minuty to intro, w którym… facet płynie pod wodą. Nie pada ani jeden strzał, ani jedno słowo. Zdziwiło mnie to, bo pamiętałem ten tytuł bardziej jako akcję. A potem przypomniałem sobie, że przecież wszystko przewijałem.

Po tym naprawdę klimatycznym i interesującym wstępie (w ilu grach intro nie ma prawie żadnej akcji?) przyszedł czas na właściwą rozgrywkę. Tu pamięć mnie nie zawiodła – Snake nie należy do najzwinniejszych. Ma wachlarz podstawowych akcji, ale na tym koniec. Z tym, że i tu nie jest tak, jak u innych. Nie ma skoku – jest kucanie i czołganie się. Nie ma strzelania – jest ogłuszanie i walka wręcz. Rozgrywka podobnie – pierwszy etap polega na wezwaniu windy i pojechaniu nią na górę. Banalnie proste – tyle, że przełącznika pilnują strażnicy. Trzeba tak manewrować, chować się i skradać, by niepostrzeżenie przejść na drugi koniec planszy, wezwać dźwig i w ukryciu zaczekać, aż ten zjedzie. Potem wskoczyć do niego i równie bezszelestnie włączyć.

Naprawdę, pamiętałem tę grę jako coś z większą ilością akcji. A tu takie zaskoczenie! Byłem – i jestem, kiedy teraz uruchamiam przygody Snake’a – rozbrojony rozwiązaniami zastosowanymi już na pierwszym etapie. Strażnicy patrolują każdy korytarz, reagują na głośne zachowanie jak przebiegnięcie po kałużach (!) czy pukanie w ścianę. Niełatwo ich obezwładnić, ponieważ – jeżeli nie zrobimy tego bezbłędnie – wzywają kolegę i otwierają ogień. A Snake ma tylko malutki pasek wytrzymałości.

Kiedy w końcu udało mi się przecisnąć na wyższy poziom, okazało się, że znowu muszę – uciekając przed wzrokiem patroli – dostać się – tym razem – do szybu wentylacyjnego.

Tak, zdecydowana większość rozgrywki w „Metal Gear Solid” polega na przejściu z puntu A do B pozostając niezauważonym. Można do tego użyć wielu narzędzi, jak granaty ogłuszające, pistolety z tłumikiem czy nawet gołe ręce. Nie jest to jednak zawsze tak prosta sprawa. Kamery, liczne patrole, pułapki, sensory ruchu – wszystko tu jest. Czasem zauważeni tylko wzniecimy alarm, który można gdzieś przeczekać (jeżeli wyjdziemy cało ze starcia), innym razem włączy się trujący gaz.

Drugim ważnym trzonem rozgrywki są walki z bossami. Seria „Metal Gear Solid” pochwalić się może najbardziej interesująca galerią złoczyńców ze wszystkich innych gier. Każdy ma swoją historię do opowiedzenia, każdy ma coś do przekazania Snake’owi, z każdym walczy się inaczej. Nigdy nie wystarczy ostrzelać przeciwnika – raz mamy snajperski pojedynek, innym razem walkę na pięści.

Kiedy kurz opada i możemy zaznać chwili spokoju w kącie jakiegoś magazynu czy w tunelu wentylacyjnym, przychodzi czas na kontakt z przełożonymi. Snake wyposażony jest w tzw. Codec, czyli coś na kształt dzisiejszego… Skype. Możemy połączyć się z dowódcą lub – jeżeli nie wiemy co dalej robić – z ekspertem od broni, psychologii czy przetrwania.

Siłą „Metal Gear Solid” jest nie tylko świetna – tak w 1998 roku, jak dziś – rozgrywka, ale i historia. Specjalnie nie piszę tu ani słowa – odkrywanie jej jest tak wielką przyjemnością, że nie chcę jej nikomu psuć!

Szesnaście lat, jakie na karku ma „Metal Gear Solid” nie wyrządziły grze żadnej krzywdy. To nadal pierwszorzędny materiał dla wymagających – i dzięki świetnej, nieszablonowej rozgrywce, i dzięki potężnej fabule.