Era, kiedy „muzyka z Internetu” była synonimem piractwa minęły prawie bezpowrotnie.

W 2000 roku, jak tylko dopchałem się do wolnego stanowiska w kawiarence internetowej, jedyne co mnie interesowało to ściąganie. Panowało wtedy stwierdzenie, że z sieci pobrać można wszystko – gry, muzykę, filmy, nowe meble do pokoju i kota. Srogo się zawiodłem i dopiero po kilku miesiącach konsultacji z innymi bywalcami dowiedziałem się o istnieniu programu KaZaa.

Stałe łącze w mieszkaniu miałem dwa lata później. Naturalnie, pierwsze co zrobiłem, to zainstalowałem najpopularniejszy wówczas program p2p i próbowałem (z marnym skutkiem) ściągnąć film i kilka piosenek w mp3.

Zarys

Dziś, ponad dekadę później, swojej ulubionej muzyki słucham nadal z Internetu. Tyle, że już nie są to chaotyczne pliki rozrzucone po pulpicie i folderach pobrań, a elegancka, opisana dokładnie biblioteka kilku milionów ścieżek dostępnych – teoretycznie – na wyciągnięcie ręki. A praktycznie?

Praktycznie, wystarczy wybrać wykonawcę, album i wcisnąć „play”. Po niespełna sekundzie słuchawki wypełniają znajome dźwięki piosenki „Shining Desert” Johna Frusciante. To olbrzymia zaleta, bo cała operacja odbywa się legalnie, sprawnie i przede wszystkim – szybko. Nie ma martwienia się o jakość, o źródło, o tagi, o cokolwiek. Wystarczy tylko znaleźć.

A znaleźć nie zawsze łatwo, bo każdy artysta ma dział „podobni” i wystarczy na chwilę opuścić gardę, by za ponad godzinę mieć kilkanaście nowych krążków w kolejce i uznać, że brak przecież czasu.

Przypomina mi to – paradoksalnie – dalszą część historii ściągania empetrójek z Sieci. Po KaZaa poszedłem na IRC, skąd faktycznie można było wziąć sporo – i szybko. I tak zbierałem płyty Korna, Linkin Park czy The Offspring, ale nigdy nie przesłuchałem nawet połowy – nie miałem kiedy. Podobnie teraz – lista „do sprawdzenia” rośnie, a ja pół dnia słucham radia.

Radio właśnie to cholernie dobry wynalazek. Wiedzą to wszyscy, komu przygrywa w pracy czy w domu. Serwisy streamingowe oferują podobną funkcję, tyle że tematyka jest dużo bardziej uściślona. Wystarczy wejść w stronę wykonawcy i już możemy słuchać czegoś na kształt playlisty złożonej z piosenek wybranego artysty i jemu podobnych. Świetny sposób na szybkie poznanie dużej ilości twórców.

Deezer i Google Music

Od marca używam Deezera, od pierwszego dnia wejścia do Polski – również Google Music. Różnic – wbrew pozorom – nie ma tak wiele.

Oba serwisy mają zbliżone zasoby. Deezer ma trochę więcej niszowego metalu, ale póki co, francuski konkurent tylko trzy razy pokazywał przewagę. Przypuszczam, że większość rzeczy to prosty zrzut ze skarbców wytwórni, bo wielu artystów ma udostępnione identyczne zbiory (tak samo wybrakowane czy najeżone specjalnymi wydaniami).

Gdzie Google Music z kretesem przegrywa, to informacja o nowościach. Siedząc tam nie miałem pojęcia o nowych wydawnictwach The Algorithm i Godflesh. A Deezer od razu zaprosił mnie do tego – i nie tylko.

Deezer zdaje się traktować odwiedzających zdecydowanie bardziej personalnie, niż robi go amerykański gigant. Na stronie głównej nigdy nie ma nudy – na dzień dobry dostajemy codziennie nowe rekomendacje i informacje o premierach albumów naszych ulubionych wykonawców (a także ważne nowości, jak nowa płyta Jacksona). Google tymczasem w dziale „Nowości” nadal twierdzi, że „Xscape” i „SEX AND LOVE” to najgorętszy materiał. W rekomendacjach nie jest lepiej – widzę tam połowę albumów, które już dodałem do biblioteki.

Google Music przegrałoby z kretesem, gdyby nie kilka ważnych funkcji. Przede wszystkim, gdy wrzucamy swoją muzykę, ląduje ona automatycznie w bibliotece danego wykonawcy – bez obaw, na nasz użytek. Ale dużo łatwiej jest tak znaleźć album, który sami dodaliśmy, niż szukać go w dziale „Moje MP3” na Deezerze.

Drugą rzeczą na korzyść Amerykanina jest jakość samego odtwarzania. Przede wszystkim, przejścia między utworami są niezauważalne. Francuz lubi zrobić sekundową pauzę, co w niektórych albumach przeszkadza. Poza tym mam wrażenie, że Google ma lepszy bitrate (na pewno można włączyć opcję 320kbps w aplikacji mobilnej, na komputerze działa to zdaje się na zasadzie detekcji przepustowości).

Deezer czy Google Music

Oba serwisy więcej łączy niż dzieli. Google ma świetny interfejs i lepszą jakość, Deezer podchodzi do użytkownika bardzo personalnie, ale u obu dostawców znajdziemy mniej-więcej te same płyty i możliwości.

Wybór na szczęście nie musi opierać się na rzucie monetą. Deezer – po podpięciu konta na Facebooku – daje piętnaście dni gratis na spróbowanie. Google – z okazji wejścia do Polski – za darmo pozwala testować aż miesiąc.

Obojętnie który serwis wybraliście, czy dopiero wybierzecie – oba kosztują tyle samo (20* zł miesięcznie) i zapewniają długie miesiące świetnej, legalnej muzyki.

* – Deezer w promocji oferował pierwsze pół roku za 10 zł miesięcznie, Google Music – jeżeli wykupimy usługę do połowy sierpnia br. – 15 zł za trzydzieści dni.