Jako fan Nintendo Wii długo czekałem z kupnem następcy. W końcu się przekonałem.

Nie będę ukrywał – głównym powodem była premiera „Mario Kart 8” i świetne recenzje, jakie gra zebrała. Do tego – kupując ją do końca lipca br., dostajemy drugą grę gratis – a do wyboru jest sporo, bo choćby „Monster Hunter 3 Ultimate” czy „The Legend of Zelda: Wind Waker HD”.

Zanim jednak rzuciłem się w wir wyścigów i ratowania księżniczek, Wii U poprosiło o bardziej prozaiczne działania. Najpierw – standardowo – aktualizacja oprogramowania. Potem – założenie konta, stworzenie swojego awatara (Mii) i podpięcie go do Internetu. W poprzedniej konsoli Nintendo Sieć była czymś obecnym, ale marginalnym. Przez dwa lata jej nie podpinałem – nie ujmowało to niczemu.

Wii U dostęp do Internetu uznaje za coś oczywistego i to nie bez powodu. Uruchomienie konsoli po konfiguracji i rejestracji w Nintendo Network od razu przenosi nas do miejsca, gdzie… zbiegają się inni użytkownicy. Stoją oni przy ikonach gier i programów – oznacza to, że właśnie ich używają. Co jakiś czas ktoś opisuje przebieg gry czy wysyła rysunek – samo stanie tam sprawia wrażenie bycia wśród swoich.

Jeszcze lepiej jest, gdy sami postanowimy dzielić się wrażeniami. Miiverse to coś na kształt… Facebooka. Zdziwiłem się, ale Nintendo właściwie stworzyło swój własny ekosystem społecznościowy, z grupami zrzeszającymi fanów konkretnych tytułów, z możliwością wybrania swojego kraju i regionu, z tablicą, postami i lajkami. Tym wszystkim, co daje  serwis Zuckerberga.

Internet jest wielką siłą w Wii U. Podczas gry można w każdej chwili wyjść do Miiverse, napisać na tablicy na przykład o tym, że właśnie pokonaliśmy bossa, że ukończyliśmy serię wyścigów na pierwszym miejscu, czy że nie wiemy, gdzie teraz iść. Dostać możemy coś na zasadzie lajka – „Yeah!”, albo komentarz. Może wywiązać się dyskusja. Wszystko to nie wychodząc z gry.

No właśnie, gry, a właściwie – jak się w nie gra. Tajemnicą nie jest, że Nintendo lubi eksperymentować. Udało im się przy okazji Wii Remote, dlaczego nie miałoby udać się przy tabletach (tableto-padach?). Wyszło… na pewno ciekawie, inaczej. Spory kontroler służy za pad (dwa analogi, dziesięć przycisków) i za drugi – interaktywny – wyświetlacz. Niektóre tytuły – jak właśnie „Mario Kart 8” wyświetlają tam pomocne rzeczy: mapę czy pozycje innych graczy. Ale wada jest taka, że zanim spojrzę w dół, na ekranie gry już dawno wjechałem w drzewo. Myślę, że tak ważne informacje powinny jednak być na dużym wyświetlaczu.

Wyjątkową funkcją tabletu jest możliwość grania na nim, zamiast na telewizorze. Możemy wyłączyć duży ekran i pójść do kuchni – gra nadal będzie działać (jeżeli nie wyłączymy konsoli) i będzie można kontynuować rozgrywkę. Nie jestem tylko pewien, czy to działa z każdą grą – zwłaszcza z takimi, które bardziej korzystają z opcji dotykowych i traktują kontroler jako rozszerzenie pada, nie ekranu.

Największą wadą pada jest krótkie życie baterii. Nawet wyciszony i z minimalną jasnością nie potrafi długo działać i po kilku godzinach gry trzeba go naładować. To frustrujące, ale na szczęście, prąd można mu serwować nie tylko przed dedykowaną podstawkę, a także bezpośrednio po kablu.

Wii U to bardzo ciekawa konsola. Oferuje mocny sprzęt, więc gry wyglądają zjawiskowo i działają płynnie. Szkoda tylko, że tytułów dostępnych na wyłączność póki co jest bardzo mało.