Powrót Davida Bowie pra­wie z zaświa­tów poru­szył cały muzyczny świat. W momen­cie, w któ­rym nikt nie spo­dzie­wał się usły­szeć niczego od 67-letniego wete­rana, on wydał – ni stąd, ni zowąd – nowy album.

Tajem­nica, w jaką Bowie owi­nął swoja pierw­szą od dzie­się­ciu lat stu­dyjną płytę nie zakrawa może o para­noję, ale w dzi­siej­szych cza­sach twe­eto­wa­nia i pisa­nia na Face­bo­oku o każ­dym doda­nym efek­cie, sie­dze­nie cicho przez dwa lata to spory wyczyn. Taka nie­spo­dzianka oka­zała się być dużo lep­szą pro­mo­cją, niż na przy­kład daw­ko­wa­nie kawał­ków albumu w stylu Queens of the Strone Age, bo „The Next Day” wdarło się na szczyty zawrot­nej liczby list przebojów.

Tak naprawdę, nie ma się co dzi­wić, bo album jest cał­kiem dobry. Zawiodą się jed­nak ci, któ­rzy ocze­ki­wali że przez ten czas Bowie się nie zmie­nił. Prze­cież robi to od początku kariery! Zupeł­nie inny był na „Out­side”, już inny na młod­szym o zale­d­wie dwa lata „Ear­th­lings”, dla­czego więc dziś miałby przy­po­mi­nać Davida ze star­szego o dekadę „Reality”?

Ma jed­nak Bry­tyj­czyk to do sie­bie, że ile­kroć razy zmieni swój kostium, ucze­sa­nie i styl gry, zawsze pozo­sta­wia swój uni­kalny pier­wia­stek. Nie ucieka od samego sie­bie i nie wynaj­duje się na nowo – po pro­stu się zmie­nia, tak jak codzien­nie zmie­nia się koszule.

Pierw­szy sin­giel pro­mu­jący wydaw­nic­two – „Where Are We Now?” – to spo­kojna bal­lada śpie­wana przez nieco już zmę­czo­nego pana w pew­nym wieku. Nastra­jał dość opty­mi­stycz­nie do cało­ści, bo suge­ro­wał, że chce wydać wła­śnie taki album – spo­kojny, sto­no­wany, coś w kolo­rze dostoj­nej sza­ro­ści, ema­nu­ją­cej z klipu do wspo­mnia­nej pio­senki. Ale kiedy David Bowie prze­sta­nie zaska­ki­wać, wtedy będzie można powie­dzieć, że poszedł na emeryturę.

„Where Are We Now?” to jedyny spo­kojny kawa­łek na pły­cie. Już na początku jest ostre „The Next Day” i – nie­długo po nim – świetne „The Stars (Are Out Toni­ght)”. Te dwa utwory – pro­mo­wane zresztą tele­dy­skami – świet­nie zary­so­wują ogólny styl, jakim Bowie raczy fanów na naj­now­szej pły­cie. Mniej tu zna­jo­mej z lat dzie­więć­dzie­sią­tych elek­tro­niki, wię­cej gitar i roc­ko­wych sty­li­za­cji, w jakich Ziggy jesz­cze nie wystę­po­wał na taką skalę. Co prawda mniej-więcej w poło­wie tro­chę zwal­nia, ale to nadal dawka ener­gii, jakiej Bowie dawno nie serwował.

Przy­jem­nie jest posłu­chać tej płyty w kon­tra­ście do wcze­snych doko­nań. Ostat­nio czę­sto zaglą­da­łem do dys­ko­gra­fii Bowiego i nigdy nie czu­łem, żeby się powta­rzał. Bar­dzo się cie­szę, że to zda­nie nadal jest praw­dziwe. Te czter­na­ście utwo­rów to świet­nie przy­go­to­wany mate­riał, wyraź­nie „odcze­kany”, nie nagrany na szybko, nie z koniecz­no­ści czy poczu­cia obo­wiązku wobec kogo­kol­wiek, może prócz samego siebie.

Wadą jest dość mocne wra­że­nie, że płyta jest tro­chę za długa. Pamię­tam, że przy pierw­szym słu­cha­niu odrzu­ciło mnie to – cał­kiem zresztą sku­tecz­nie. Czter­na­ście utwo­rów to sporo, bo prze­waż­nie mie­ścił się David góra w tuzi­nie, rzadko wycho­dził dalej. Fak­tycz­nie, wycię­cie dwóch czy trzech kawał­ków („Dan­cing Out in Space”, „Boss of Me”, „Dirty Boys”?) mogłoby pomóc.

Nowa sty­li­za­cja to – jak zwy­kle – coś, czego po Davi­dzie Bowie spo­dzie­wać się należy, jed­nak jej formy nie spo­sób prze­wi­dzieć. Na szczę­ście od ponad czter­dzie­stu lat idzie mu to bar­dzo dobrze.