Mój pierwszy kontakt ze Stephenem Kingiem – niekwestionowanym królem dzisiejszych powieści grozy – chciałem rozpocząć od jego teoretycznie najlepszego dzieła. Cykl „Mrocznej wieży” za takowy jest uważany przez samego autora, więc – dlaczego nie?

Mająca około dwustu stron pierwsza część cyklu, „Roland” z początku nie zapowiadała się źle. Ale po pierwszych pięćdziesięciu, potem stu stronach mogłem już spokojnie powiedzieć – mam problem ze Stephenem Kingiem. Dlaczego?

Dla mnie w pisaniu ważne są dwie rzeczy – historia i styl. Pierwszą część King spełnia bez problemów (wystarczy spojrzeć na pierwsze dziesięć książek, jakie pod jego nazwiskiem znajdziemy – zawsze wydają się interesujące), drugą niestety nie. Amerykanin wydaje się być kimś w rodzaju rzemieślnika, który owszem, pisze ładnie, zgrabnie, ale nie ma tego czegoś, co pozwoliłoby mi zaczytać się w nim, dać się pochłonąć jego prozie. Wszystko jest opisane bardzo szczegółowo, jednak bez popadania w zbytnią precyzję. Jednocześnie czyta się to bez większego zainteresowania, bez czegoś, co każe przewracać strony.

Jeżeli o samą „Mroczną wieżę” chodzi, to jej pierwsza część opowiada o pościgu za enigmatycznym Człowiekiem w Czerni. Tytułowy bohater, Roland – to ostatni żyjący rewolwerowiec, dokładnie taki, jak postaci odgrywane kilkanaście lat temu przez Clinta Eastwooda – milczący, owiany aurą tajemniczości i diabelnie skuteczny, gdy przychodzi do użycia broni. Opowieść zaczyna się, wydawać by się mogło, przy końcu, bo sam zainteresowany relacjonuje, że widzi ślady ściganego. Musi jedynie przeprawić się przez pustynię.

Męczącą wędrówkę King umila nam retrospekcjami. Dowiadujemy się, jak Roland stał się tym, kim widzimy go dzisiaj, co skłoniło go do pościgu czy w końcu – czym może być tajemnicza Mroczna wieża.

Książka zawodzi w momencie, w którym powinna błyszczeć. Przez większość czasu nie trzyma w napięciu. Faktycznie losy Rolanda obchodziły mnie do – mniej więcej – jednej trzeciej powieści. Potem zaczęło robić się dość sztampowo i po prostu nudno. To bardzo duża wada, bo sięgając po kogoś kalibru Kinga liczyłem, że całość przerzucę z wypiekami na twarzy. Tym czasem, miejsce wypieków zajęły ziewnięcia.

Szkoda jest tym większa, że świat przedstawiony w powieści jest nader interesujący. Połączenie westernu, okultyzmu i magii nie zdarza się codziennie. Roland również nie jest typowym przedstawicielem klasy ratujących świat bohaterów. Wiele razy patrzy głównie na swój interes, mimo że po spotkaniu Jake’a opiekuje się nim najlepiej jak potrafi.

Pierwsza część cyklu „Mroczna wieża” to niestety, ale zawód. Pierwsze kilkadziesiąt stron przeczytałem bardzo szybko tylko po to, by przy drugiej połowie (albo i lepiej) męczyć się i walczyć ze znużeniem. Niemniej mam nadzieję, że kiedyś wrócę do cyklu.

  • paolo

    Bardzo Ci polecam wrócić do cyklu. Ja po przeczytaniu pierwszego tomu, który mnie dość konkretnie wynudził, zrobiłem sobie dwa lata przerwy, zanim sięgnąłem po drugi. Ale jak już to zrobiłem – reszta przeczytała się sama :).

  • http://buszewski.com Tomek

    Szukam właśnie czegoś ciekawego na teraz, niezbyt długiego, może właśnie drugi tom „Wieży…” :) Dzięki!