Trzeci w karierze album Frusciantego to zdecydowanie jego najbardziej przystępne wówczas dzieło. Jak gitarzysta odnalazł się w nowym wcieleniu?

Od razu zaznaczyć należy, że „To Record Only Water for Ten Days” nie jest płytą spokojną, łatwą w odbiorze i miłą. Różni się, naturalnie, od dwóch pierwszych dokonań, ale nie na tyle, by mogła być uważana za wielką przemianę. Ale małą – jak najbardziej.

Pierwszym, co daje się tutaj zauważyć, to odejście od awangardowych kompozycji na rzecz elektroniki. Nie znajdziemy tu kawałków przypominających drugą część „Niandra LaDes and Usually Just a T-Shirt” czy jej następczyni. Płytę wypełniają głównie spokojne, oparte na elektronice, czasem na smyczkach i gitarze akustycznej kompozycje.

Największą nowością jest styl śpiewania. Skończyły się mamrotania, opętańcze wrzaski, wycie i chrypa. Frusciante korzysta ze swoich strun głosowych w bardziej tradycyjny sposób, uciekając się – jeśli musi – najwyżej do obniżenia lekko tonu. Przeważnie jednak usłyszymy tu spokojny, melodyjny i niczym nie zniekształcony głos Johna.

Warstwę muzyczną praktycznie rzecz biorąc już opisałem. Prawie każdy utwór oparty jest na syntezatorze, gitarze – czy to akustycznej, czy elektrycznej –  i bicie gdzieś w tle. Taka forma powoduje, że płyta wydaje się być przystępna zwłaszcza dla fanów art rocka i new wave.

Gdybym miał wymienić, jakie wady ma ten album, skierowałbym się w stronę ujednoliceń. Słuchając „To Record…” szybko odniesiemy wrażenie, że podział na utwory jest dość umowny i wiele z nich zlewa się ze sobą. Z jednej strony, to nie jest wada w pełnym tego słowa znaczeniu, z drugiej powoduje to, że łatwo się zgubić i jedynie bardzo wyraźne utwory (takie jak na przykład „Murderers” czy „Invisible Movements”) udaje się rozpoznać od razu.

„To Record Only Water for Ten Days” to bez wątpienia świetna płyta. Szczególna dla Frusciantego o tyle, że nagrał ją niedługo po ukończeniu odwyku. Zapewne dzięki temu całość jest lżejsza niż poprzedniczki, a mimo to nie traci tożsamości i nie znika wśród innych albumów z podobnych nurtów. Jakość materiału – głównie przecież elektronicznego – potwierdza fakt, że artysta każdy utwór na żywo gra jedynie przy akompaniamencie gitary akustycznej.