Rzadko spotyka się film tak kultowy. Równie rzadko spotyka się jednak tak kultowych twórców. Coenowska przypowieść o pisarzu bez weny jest jak dobry alkohol. Z wiekiem nie tyle nadal świetnie smakuje, co jeszcze wyostrza swoje walory.

Porównania takiego użyłem nie bez powodu. Jako małolat, mając osiem, dziewięć lat natknąłem się u kolegi na kasetę VHS z kopią tegoż filmu. Chłonąłem wtedy wszystko, co dało się odtworzyć na starym magnetowidzie AKAI (nasz budżetowy egzemplarz nie posiadał pokrętła do regulowania tzw. „skakania” obrazu). Po krótkim rzucie oka na stan taśmy oznajmiłem, że „ja to pożyczam” i zanim okazało się, że to nie kaseta Wojtka, tylko jego mamy, byłem już w domu (odpokutowałem to później pożyczając nagrane z TVP2 „Get Shorty” z Travoltą).

Seans przebiegł dość spokojnie. Od razu uznałem, że na film jestem albo za mały, albo że ten jest kiepski. Tak czy siak, jeszcze przez wiele miesięcy po obejrzeniu go, duszny klimat hotelowego pokoiku i korytarza doń prowadzącego siedział mi gdzieś z tyłu głowy. Nie mogłem dokładnie określić, co tam się działo, dlaczego ten facet nie mógł nic napisać (wypracowania na temat „Jak spędziłem wakacje” pisały się przecież same!), a ten w białym garniturze to tylko krzyczał. W ogóle, na biednego Bartona to każdy wrzeszczał. Nie wiedziałem po co. Przecież do szkoły już nie chodził.

Kilka dni temu, trochę jak bumerang, wrócił „Barton Fink”. Zbiegiem okoliczności – miałem go odłożonego już jakiś czas, ale zawsze – pewnie podświadomie – ręka przesuwała się nad nim. W ten konkretny czwartek jednak postanowiłem, mówiąc językiem sztuki wysokiej,  zmierzyć się ze swoimi demonami.

„Barton Fink” zaczyna się końcem. Widzimy, jak aktorzy otrzymują gromkie brawa, a publiczność domaga się wyjścia na scenę autora. Tak poznajemy tytułowego bohatera, dramatopisarza z Nowego Jorku lat 40-tych. Jego sztuka o sprzedawcach ryb właśnie stała się sensacją, sukcesem komercyjnym i artystycznym. Tym przebojem szybko zainteresowali się właściciele pewnej wytwórni filmowej, oferując mu przeniesienie się do Los Angeles i kontrakt opiewający na tysiąc dolarów tygodniowo. Fink, mimo wątpliwości, ulega namowom.

Pierwszym sygnałem, że decyzja mogła nie być tak dobra, jak reklamował ją agent pisarza jest hotel, w jakim go zakwaterowano. Miejsce to, będące ogniskiem akcji około połowy całego filmu, jest tak mocno przekoloryzowane, że aż groteskowe. Brud i wszechobecna mdła zieleń to jednak nic w porównaniu z hałasami. Ten właśnie problem, dobiegający zza ściany dźwięk zmusi Bartona do poproszenia o interwencję obsługę. Rezultatem tego będzie wizyta poczciwego, szarego człowieka imieniem Charlie.

Kolejną kłodą okazuje się powierzone Finkowi zadanie. Ma napisać scenariusz filmu o zapaśnikach. Tylko tyle, na koniec tygodnia. Wytrącony ze swojego bezpiecznego świata dramatów, bohater zaczyna odczuwać syndrom blokady twórczej.

W Nowym Jorku pisarz wsławił się sztuką o szarych ludziach, ludziach których mijał pewnie po drodze do sklepu czy na spacerze. Sam mówił wielokrotnie swojemu nowemu przyjacielowi – sąsiadowi Charlie’mu, jak bardzo chce być w kontakcie z tym (tutaj niemal mitycznym) szarym człowiekiem, pisać o nim, mówić o nim, ukazywać jego wyższość nad dziejami królów. Postawnych mężczyzn w trykotach, walczących zaciekle na ringu, nie widywał.

„Barton Fink” to film zawierający masę odniesień do świata i kultury. Podstawowy problem to nie – jak może się wydawać – blokada twórcza, ale raczej konflikt sztuki niskiej z wysoką. Bohater czuje wyraźną przynależność do tej pierwszej, wzniosłej, przeznaczonej dla wybranych koneserów. Tymczasem, jako nowy scenarzysta wytwórni, mus sprostać wymogom szefostwa i napisać prosty scenariusz złożony z przeróżnych klisz i oklepanych schematów (co sugerują mu sami zleceniodawcy), coś, na co pójść będzie mógł każdy przypadkowy człowiek z ulicy i wynieść z tego co najwyżej kilka ckliwych wzruszeń i podnieść sobie adrenalinę patrząc na sceny walk.

Groteskowość to nie tylko pokój Bartona. To jego przełożeni, wszyscy i bez wyjątku. Krzyczą, ekscytują się,  gestykulują, a jednocześnie nie wydają się robić niczego konkretnego, pożytecznego. Są archetypem zwierzchnika amerykańskiego zjadacza trójkątnych kanapek.

Po seansie jeszcze długo brzmiały we mnie echa nie tylko wydarzeń, ale i symboli pokazanych w filmie. Odniesienia do innych filmów, żyjących ludzi, książek to tylko wierzchołek góry lodowej.