Sympatyczny goryl, Donkey Kong, to jedna z flagowych postaci Nintendo. Chociaż ustępuje rozpoznawalnością swojemu koledze z wąsami, to nadal gry z jego udziałem można w ciemno zaliczać do udanych.

Wii ujrzało jego dwie przygody– pierwsza to „Jungle Beat”, remake jednej z bardziej szalonych pozycji z GameCube’a z odświeżonym sterowaniem, druga to klasyczny „Donkey Kong Country Returns”. Obie są dwuwymiarowymi platformówkami i teoretycznie polegają na tym samym. Praktycznie jednak, to dwie bardzo różne produkcje.

Wyprawę po banany rozpoczynamy w „pierwszej” części od swoistego samouczka. To tutaj dowiemy się, że samo skakanie na przeciwników nie wystarcza, bo należy na nich najpierw… klasnąć. Dopiero taki osłabiony nicpoń nadaje się, by nań wskoczyć, złapać go czy po prostu na niego wbiec. „Jungle Beat”, jak wcześniej mówiłem, to port z GameCube’a. Była to pozycja wyjątkowa przede wszystkim dlatego, że używało się w niej specjalnego akcesorium – bongosów, takich samych, w jakie uderza sam bohater. Nintendo zrezygnowało z dołączania takich cudów do tej wersji, a czynności wymagające wcześniejszych uderzeń teraz wykonywane są przez potrząsanie kontrolerami.

Ruchem cała gra stoi, bo większość przeciwników po schwytaniu wymaga „trzepnięcia”, podobnie jak wszystkie elementy zręcznościowe i pojedynki z bossami. I to jest największa zaleta tej pozycji. Bezmyślne machanie rękami to po prostu czysta frajda, podkręcana jeszcze przez szalone animacje na ekranie. Warto pamiętać, że wymogi co do zręczności ani wytrzymałości nie są przesadzone, dlatego nawet dłuższe posiedzenie nie zmęczy nas w dużym stopniu.

Największą z kolei wadą „Jungle Beat” jest jej długość. Oferuje niespełna dwadzieścia poziomów, z czego może dziesięć wymaga grania dłużej niż trzy minuty. To spora wada, jednak złagodzona przez możliwość szlifowania swoich wyników. Na każdej z plansz zdobywamy określoną liczbę bananów, za które później dostajemy nagrody.

„Country Returns” zdecydowanie lepiej poradziła sobie z problemem długości. Tam każdy etap – a tych jest sporo – oferuje dobre kilkanaście minut zabawy. Wyśrubowany poziom trudności sprawia, że czas potrzebny na ukończenie całego „świata” to nierzadko kilka dni intensywnego grania. Gra wydana została w 2010 roku i – podobnie jak „New Super Mario Bros. Wii” – nawiązuje do swoich dwuwymiarowych poprzedników.

Mimo, że deweloper gry – Retro Studios – zarzeka się, że poziom trudności jest dopasowany do umiejętności każdego, nie dajcie się zwieść. To naprawdę niełatwa pozycja, momentami zbliżająca się do punktu, gdzie etapów trzeba nauczyć się na pamięć. Ale, podobnie jak w przygodach Mario, to nie jest wada. Przegrana motywuje, by próbować dalej nawet w momencie, gdy krzyk spadającego Konga śni się po nocach.

Rozgrywka w „Returns” to klasyka sama w sobie. Nie znajdziemy tu znanych z przygód hydraulika nowych mocy, a jedyny dodatek, jaki możemy otrzymać to Diddy  Kong– małpka siedząca na plecach, zwiększająca dwukrotnie wytrzymałość bohatera i oferująca latanie na krótkich dystansach. Krainy, czy „światy”, jak mówiło się kiedyś, dzielą się na kilka poziomów. W ostatnim z nich – naturalnie – czeka boss.

„Jungle Beat” to dobra okazja do zapoznania się z wesołym gorylem dla osób, które lubią nieszablonowe platformówki, jednak nie warto kupować jej za cenę większą, niż kilkanaście złotych. „Country Returns” z kolei garściami czerpie ze złotego okresu gier dwuwymiarowych, dodając przy tym masę od siebie. Wiele godzin świetnej zabawy, ale i potarganych nerwów, gwarantowane.

Ewa też pisała o „Donkey Kong Country Returns”!