Seriali o policjantach jest pod dostatkiem. Polskich, zagranicznych, nowych, starych. I chociaż na naszym podwórku triumfy święcą tzw. „script docu” to, na szczęście, brytyjskie BBC One celuje trochę wyżej.

W 2010 roku serial „Luther” zadebiutował na antenie największego angielskiego kanału i… wiele osób zawiódł. Sporo było opinii o ciężarze czy niepotrzebnych krwawych scenach. Nic w tym dziwnego, trudno znaleźć podobnie duszny dramat psychologiczny emitowany w publicznej telewizji. Dużo ludzi mówiło też, że oczekiwało czegoś więcej, większej głębi czy mniejszej ilości utartych schematów (swoją drogą, dość wybujałe to życzenie, patrząc na to, ile materiału przewinęło się nam przez oczy w ostatnich kilkunastu latach i ile z nich opowiadało o gliniarzach).

Już wtedy interesowałem się serialem, jednak – z różnych przyczyn – musiał poczekać. Dopiero kiedy jakiś czas temu natknąłem się na recenzję „Luthera” na KMFie, postanowiłem znów rzucić okiem na produkcję Brytyjczyków. W międzyczasie okazało się, że serial jednak wyswobodził się z niepochlebnych opinii i nawet odtwórca roli tytułowej dostał za nią Złoty Glob.

Historię Johna Luthera rozpoczyna scena pościgu, a właściwie jego finał. Kiedy bohater dopada ściganego, górę biorą nie instynkty policjanta, a człowieka. Pozwala, by ten zginął. To wydarzenie odciśnie na Johnie duże piętno, ale nie tylko. Okazuje się bowiem, że Henry Madsen nie umarł, a zapadł w śpiączkę.

Niestety, nie jest to jedyne zmartwienie bohatera. Pracuje jako inspektor i to nie byle gdzie, bo SCU, czyli .wydziale ciężkich przestępstw. Nie zajmuje się więc ściganiem złodziei torebek czy ludzi niepatrzących na kolory świateł na ulicy. Nie, Luthera interesują (właściwie to muszą interesować) morderstwa ze szczególnym okrucieństwem, seryjne, czy takie, w których ucierpiało wiele osób, skomplikowane i obarczone ciężarem psychologicznym sprawcy. Nie znajdziemy tu mordów w afekcie ani przypadkowych zepchnięć ze schodów w ramach kłótni. Każdy czyn jest przemyślany i zaplanowany.

Najciekawsze w serialu jest to, że tam, gdzie inne się kończą, ten dopiero się zaczyna. Jaki jest finał dziewięćdziesięciu procent opowieści o gliniarzach. Poznanie twarzy i nazwiska przestępcy. John Luther to ma najczęściej w przeciągu kilku godzin. W pierwszym odcinku, gdy ofiarami są rodzice i pies nader inteligentnej Alice, niewiele potrzeba czasu, by wiadomym było, kto pociągał za spust. Problemem jest najczęściej udowodnienie winy, znalezienie niezbitych dowodów. A to nie zawsze się udaje.

Idris Elba, znany pewnie z „The Wire” odwala tu kawał dobrej roboty. Jego Luther to człowiek z krwi i kości. Nie cyniczny, zmęczony gliniarz, któremu nie chce się nawet chodzić na miejsca zbrodni. Bohater tego serialu jest (czasem nawet zbyt) porywczy, potrafi być brutalny (fizycznie i psychicznie) i piekielnie inteligentny. Dobrym przykładem są jego zachowania nawet w wydziale, gdzie nie ma oporów, by z nerwów wybić okno, zdemolować półkę czy rzucić biurkiem.

Serial jest świetnie poprowadzony i ogląda się go z wielkim zaciekawieniem. Niestety, nawet ta produkcja ma wady. Wiem, że podstawa to kolejne zbrodnie w odcinkach, ale w tle dzieją się rzeczy nieraz bardziej ciekawe, jak choćby wspomniany problem z mężczyzną w śpiączce. Gdyby się obudził i opowiedział swoją wersję wydarzeń, byłaby to poważna przeszkoda na drodze Johna. Świetnie zaznaczona jest jego obecność, jak siekiera wisząca nad głową. Nie wiadomo, czy i kiedy spadnie, jednak fakt, że tam jest wystarcza. Tym większym zawodem było dla mnie, że scenarzyści ukręcili całej sprawie łeb w dosłownie kilka minut. I to nie jedyny raz.

Mimo tej wady, nie potrafię znaleźć innych tak poważnych. Luther nie jest supermenem, ma swoje słabości i problemy, a mimo to robi co może, by ulice Londynu były wolne od psychopatów.

„Luther” to w sumie czternaście odcinków podzielonych na trzy sezony. Zdecydowanie warto po niego sięgnąć. Jednak ostrzeżenie, które BBC wyświetla nieraz na początku, a mówiące o drastycznych scenach nie nadających się dla każdego, nie jest tam przypadkowo. Warto o tym pamiętać, bo twórcy nie odrywają kamery nie tylko od krwi, ale także od perwersji i wynaturzeń wielu przeciwników detektywa.