Zmiana warty w pracy to często osobiste tragedie. Podobnie jest dla spokojnego (a może tylko zmęczonego) Warrena Schmidta. A to dopiero początek.

Film otwiera pożegnalna kolacja wystawiona na cześć tytułowego bohatera. Podczas uroczystości Warren wysłuchuje, jak dobrym i potrzebnym filarem firmy był. „Był” jest w całym „About Schmidt” kluczowe, bo wraz z przejściem na emeryturę, dla Schmidta kończy się praktycznie wszystko.

Pierwsze dni jesieni życia spędza na planowaniu z żoną, co będą teraz robić. Ona bardzo cieszy się z możliwości zwiedzania Stanów Zjednoczonych w ich wielkim wozie kempingowym,  on – niespecjalnie. Gwoźdźmi do trumny są zbliżający się ślub jego córki ze sprzedawcą wodnych łóżek i wizyta w jego dawnej firmie. Schmidt, jak każdy, chciał być potrzebny, choćby przez kilka dodatkowych dni. Oferując swoją pomoc następcy został jednak odprawiony z kwitkiem tylko po to, by po drodze zobaczyć wszystkie swoje gromadzone latami materiały starannie ułożone na śmietniku.

Uczucie pustki postanawia wypełnić sponsorowaniem dziecka z Afryki. Widząc reklamę proszącą o wysyłanie dwudziestu dwóch dolarów miesięcznie, nie bez wahania, decyduje się podjąć taki krok. Po pewnym czasie otrzymuje list z podziękowaniem i sugestie, by napisać kilka słów do chłopca, którego jest teraz „przybranym ojcem”. Bohater korzysta z tej okazji, by wyżalić się komuś bezstronnemu, obcemu. Sześciolatek oddalony o kilka tysięcy kilometrów będzie przecież idealnym słuchaczem, nawet jeżeli nie rozumie żadnego słowa.

Pisanie listu pokazane jest w filmie jako kolejna czynność, której bohater oddaje się w ciągu dnia. Z biegiem czasu tekstu przybywa i w końcu treści korespondencji stają się narratorem, czytanym przez bohatera.

Filmy Alexandra Payne’a mają w sobie coś, co sprawia, że patrząc w ekran czujemy tę nie do końca realną, niedającą się nazwać granicę między prawie dokumentalnym chłodem rejestrowania poczynań postaci na ekranie a snuciem opowieści. Niespieszny styl jak rzadko pasuje właśnie tutaj, w historii zbierającego od życia coraz więcej gorzkich plonów Warrena Schmidta.

Wraz z rozwojem wydarzeń i dla naszego bohatera zaczyna zza chmur wyglądać słońce. Zbiera się w sobie, wyrusza w nostalgiczną podróż, której zwieńczeniem ma być wizyta na ślubie swojej córki. W czasie wyprawy cały czas pisze do sześcioletniego Ndugu.

„About Schmidt” to bardzo dobry film, tak naprawdę jednego aktora. Mimo, że w drugiej połowie pojawia się córka, zięć i jego rodzina, to oczy skierowane są nadal na Nicholsona. Nie jego wina – można by powiedzieć – chociaż i to nie byłoby prawdą. To najspokojniejsza rola, w jakiej go widziałem. Ale także jedna z najlepszych. Schmidt w jego wykonaniu to zwykły, szary człowiek ze swoimi zmartwieniami, problemami i gasnącymi pragnieniami.