Osiemnaście segmentów, dwudziestu dwóch reżyserów i jeden wspólny motyw – miłość w mieście miłości. Wydawać się może, że to przepis na… no właśnie, na co?

Antologie filmowe złożone z krótkich metraży przeważnie dotyczą twórczości jednego reżysera bądź scenarzysty. Rzadziej – jak w przypadku „Paris, je t’aime” jest motyw. Tutaj wspólnym mianownikiem jest szeroko pojęta miłość ludzie przebywających w Paryżu.

Każdy segment to indywidualna wizja danego twórcy. Dzieją się w różnych dzielnicach miasta i o różnych porach dnia. Największym plusem całego przedsięwzięcia jest uniknięcie przez każdego z twórców nudnych klisz. To była moja największa obawa, bo mimo wszystko miłość w Paryżu kojarzy się z ckliwą i nudną historią opowiadaną wciąż i wciąż.

Gdybym chciał wymienić interesujące segmenty, musiałbym wypisać ich dziewięć, czyli połowę. Niektóre są po prostu świetne – mężczyzna łamiący niepisaną regułę niepatrzenia w oczy w paryskim metrze, historia dwójki mimów opowiedziana przez ich syna czy kobieta opłakująca śmierć swojego syna. Gdyby „Paris, je t’aime” składał się jedynie z tych fragmentów, byłby to jeden z lepszych filmów o niebanalnych uczuciach.

Niestety, jest też druga strona medalu. Niektóre z segmentów są po prostu nudne. Co gorsza, swoją obecnością przysłaniają te ciekawsze, przez co cały obraz zostaje pociągnięty w dół. Kupując wydanie DVD czy Blu-Ray można   co prawda przeskakiwać co poszczególnych rozdziałów tworząc przez to godzinny maraton świetnych krótkometrażówek, ale przecież to nie tak powinno być.

„Paris, je t’aime” to dobre, choć niestety w wielu miejscach nużące kino. Zdecydowanie wybija się wśród innych filmów z motywem miłości w Paryżu choćby przez to, że nie dotyczy jedynie związku kobieta-mężczyzna. Polecić mogę go osobom, które cenią nieszablonowe kino, ale którym niestraszne odwracanie głowy z nudy co jakiś czas.