Śmierć to najbardziej zajęta osoba w całym Świecie Dysku. Nic więc dziwnego, że prędzej czy później będzie potrzebował urlopu.

Rola Żniwiarza w jakimkolwiek świecie, niekoniecznie nawet płaskim, jest niemalże kluczowa. Budzi postrach, szacunek i ogólnie rzecz biorąc samym swoim jestestwem powoduje, że stworzenia zachowują się trochę bardziej przytomnie. W końcu spotkanie z Nim przeważnie kończy się w jeden sposób.

Na szczęście, nawet On potrzebuje czasem chwili wytchnienia. Historię takiej zachcianki przedstawia Terry Pratchett w czwartej części swojego „Świata Dysku”.

Wszystko zaczyna się od Morta – prostego chłopca z prowincji, mającego jednak jeden problem. Za dużo myśli. Jego ojciec – w tym widząc cały problem – postanawia oddać młodego do rzemieślnika. Niestety, przez cały dzień nikt nie zainteresował się wychudzoną, rudą czupryną. Dopiero w okolicach północy pewien odziany w czerń kościsty jegomość decyduje się wziąć młodziana pod swoje szaty skrzydła.

Pratchett znany jest z wielu dziwnych pomysłów, dlatego fakt, że kazał Śmierci znaleźć sobie zastępcę wcale mnie nie zdziwił. Zrobił to fakt, jak poważnie Brytyjczyk do tego podszedł. „Poważnie”, to może złe słowo, bardziej „rozważnie”, „rozmyślnie”. Rozumiecie, o co mi chodzi. Nie mówię tu, że ta książka to dwieście z hakiem stron gmerania w filozoficznej brei dotyczącej odchodzenia, przechodzenia, przestępowania progu życia i innych takich. Nie, chcę jednak zaznaczyć, że Mort nie wchodzi w (metaforyczne) buty Kostuchy tak, jak wszedłby w (faktyczne) adidasy listonosza. Nękają go rozterki i wątpliwości, zwłaszcza takie, wyglądające jak młoda księżniczka.

Gimnastyka Morta, by utrzymać posadę tak swoją, jak i Dysku na powierzchni, podczas gdy Śmierć dowiaduje się od pewnego barona, czym jest  zabawa to jak dotąd najlepsze osiągnięcie Terry’ego Pratchetta. Nie brakuje tu niczego, tak wartkiej akcji, jak i świetnego humoru.