Mamy rok powrotów. Nowe płyty wydali m.in. David Bowie, Daft Punk, My Bloody Valentine czy właśnie Queens of the Stone Age. I może nie kazali czekać tyle, co inni, to jednak ich nowe wydawnictwo było od dawna wyczekiwane.

Na uwagę już od początku zasługuje akcja promocyjna albumu. Pięć klipów bardzo dobrze oddaje nowy styl, a jednocześnie nie odsłania połowy albumu. Kawałki są pocięte, na przykład pierwszy, „I Appear Missing” w rzeczywistości trwa sześć minut. Wideo do niego to tylko połowa tego czasu. Z innymi jest podobnie. To bardzo dobry przykład promocji, w której klient nie dostaje pełnego produktu i nie czuje się oszukany.

Sam album – i mogę to powiedzieć już teraz – jest bardzo dobry i – jak każde wydawnictwo Queens of the Stone Age – inny od swoich poprzedników. Możliwe, że zasługą tego jest zmieniający się jak w kalejdoskopie skład grupy (w chwili obecnej tylko Homme i Leeuwen mogą pochwalić się obecnością w studio przy poprzednich płytach). Z drugiej strony, „…Like Clockwork” jest najbliższa „staremu składowi” dzięki gościnnym udziałom Nicka Olivieri, Marka Lanegana i Joeya Castillo.

Gościnnymi udziałami, można powiedzieć, płyta stoi, bo oprócz nowego składu (bez perkusisty), usłyszeć można wspomnianych już Lanegana, Castillio i Olivieri, a poza nimi Trenta Renzora, Dave’a Grohla, Jake’a Shearsa czy Eltona Johna. Lista dodatkowych muzyków może przyprawić o zawrót głowy, zwłaszcza że te nazwiska zapalają przynajmniej jedną stuwatową żarówkę nad głową.

„…Like Clockwork”, jak każdy „powrót”, na długo przed premierą stwarzał obawy. W końcu od średnich „Lullabies to Paralyze” i „Era Vulgaris” minęło już sporo czasu. Na szczęście, mimo wspomnianej wcześniej wolty stylistycznej, to nadal Queens of the Stone Age. Mimo utworów z dominującymi wolnymi partiami („Kalopsia”, „The Vampyre of Time and Memory”) nadal, już na pierwszy rzut, wyraźnie można rozpoznać charakterystyczne, szorstkie, ocierające się o stoner rock kompozycje Homme’a.

Najsłabszym punktem płyty jest – czego można było się spodziewać – „Fairwather Friends” z gościnnym udziałem Trenta Reznora, Nicka Olivieri i Eltona Johna. Za dużo to po prostu niezdrowo.

Dobry, mocny powrót Queens of the Stone Age. Chociaż nie są już zadziorni jak na starszych płytach, nie można powiedzieć, by stracili pazur. Myślę, że to ich drugi najlepszy – po „Songs for the Deaf” album. „…Like Clockwork” wchodzi w głowę i nie chce wyjść.

  • http://walkingfear.blogspot.com wmichael

    Bardzo trafna recka. Mam podobne odczucia :)

  • http://buszewski.com Tomek

    Dzięki. W sumie porównując do innych powrotów, to chyba oni najlepiej wyszli na tym wszystkim.

  • http://walkingfear.blogspot.com wmichael

    Szczególnie w porównaniu do Black Sabbath, po którego przesłuchaniu stwierdziłem „no fajnie graja, tylko po co?”.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Pięć klipów? O kurwa. Słuchałem tego albumu 3 razy. Nie porwał mnie w ogóle. Jeszcze pewnie rzucę uchem, ale po tych trzech razach jestem na nie. Czytałem, że Josh był w jakiejś depresji, przyszedł do niego Elton i powiedział mu „nie smuć się” i Josh już się nie smuci. Mam nadzieję, że ta płyta to takie przetarcie.

  • Pingback: David Bowie „The Next Day” | tomek.buszewski.com()