Pisanie o jakichkolwiek doświadczeniach wywodzących się z obcowaniem ze swoim własnym „ja” jest o tyle zuchwałe, co niebezpieczne. Bardzo łatwo wpaść albo w zbytnią zachowawczość i wstydem ocenzurować co „ciekawsze” fragmenty, albo wysilić się na skandalistę i opisać wszystko, niektóre rzeczy koloryzując dla efektu.

William Burroughs w swoim „Nagim lunchu” balansuje między idealnym środkiem a tą ciemniejszą, wymienioną przeze mnie jako druga, stroną relacjonowania doznań narkotycznych. Jeden z najbardziej znanych narkomanów świata nie otrzymał przecież tego tytułu dzięki ilościom różnorodnych narkotyków, jakie wąchał, wstrzykiwał czy wciągał, tylko za to, że zręcznie i bez ogródek opisał to, co widział w swoich podróżach.

Bo o podróżach „Nagi lunch” traktuje głównie. Chociaż u dyżurnego bitnika, Jacka Kerouacka były to wędrówki (teoretycznie) fizyczne, tak u Burroughsa wszystko dzieje się w sferze fantazji.

Formalnie – książka podzielona jest na krótkie rozdziały bez powiązań ze sobą. Sam autor mówi, że czytać można je na chybił – trafił. Faktycznie, bez problemu funkcjonują jako osobne historie, ale nie tylko. Są postaci, które przewijają się przez kilka opowiadań, niektóre fakty również się łączą. Nie jest to co wiedza na wagę zrozumienia sensu całości, a jedynie interesujący fakt demonstrujący ciągłość halucynacji.

„Nagi lunch” funkcjonuje także jako film Davida Cronenberga. Jest to zdecydowanie jeden z ciekawszych fragmentów i tak udanej filmografii Amerykanina, ponieważ z książki bierze tylko strzępy informacji, czasem jakiś obraz lub scenę, miesza to z biografią pisarza, dorzuca jego alter-ego i garść swoich pomysłów. Stąd obraz można traktować na dwa sposoby – i jako uzupełnienie książki, i jako dzieło samodzielne. Może po trochu jako adaptację, ale na pewno nie jako ekranizację.

Ciężko jest ocenić tę książkę, i to nawet nie przez sławną formę, przez wielu określaną jako bełkot czy wulgarne fantazje, ale przez to, że trudno określić, (o) czym jest dokładnie. Świetnie działa na kilku płaszczyznach – jako zapis narkotycznych doznań, ale też jako zbiór opowiadań zalanych czarnym humorem i groteską. Dla kogoś może być opisem koszmaru wywołanego odurzeniem, dla innych – opisem świetnej zabawy wywołanej odurzeniem.

Na marginesie – szczególnie polecam ostatni rozdział, w którym (już przytomny) Burroughs wypowiada się na temat substancji, z którymi eksperymentował.