Ekranizacja „W drodze” Kerouaca to duże wydarzenie, bo książka mimo że ma już ponad pięćdziesiąt lat, wciąż dla wielu osób stanowi nie tyle biblię (chociaż w dużym stopniu też), co skrupulatną kronikę powstania Beat Generation i świetne portrety jej twórców.

Pierwsze przymiarki do realizacji obrazu miały miejsce już za życia autora, który to napisał do Marlona Brando z prośbą o zagranie Moriarty’ego, podczas gdy Kerouac portretowałby siebie. Brak odpowiedzi spowodował, że pomysł upadł i czekał aż do lat osiemdziesiątych. Wtedy Francis Ford Coppola kupił prawa do ekranizacji, jednak scenariusz zajął mu ponad piętnaście lat. Pod uwagę brani byli różni aktorzy, m.in. Ethan Hawke czy Johnny Depp jako Sal czy Brad Pitt i Colin Farrel jako Dean.  Dopiero w 2007 roku, czyli prawie trzydzieści lat od zakupu praw, Coppola zaoferował Walterowi Sallesowi posadę reżysera „W drodze”.

O kręceniu i obsadzie nie wiedziałem praktycznie nic, dopóki nie zobaczyłem filmu. Sam Riley, kruchy Ian Curtis z „Control” nijak nie pasował mi do alter ego Kerouaca znanego z książki. Hedlund również wydawał się zbyt mało szalony i narwany jak na sławnego Deana. Najlepszym chyba wyborem okazała się, zaskakująco, Kristen Stewart. Jej niezbyt bystre spojrzenie i ospałość idealnie oddały ślepo zakochaną, młodą i głupią Marylou.

Doskonale pamiętam swój pierwszy kontakt z „W drodze”. Sześćdziesiąt pierwszych stron wydrukowanych na mojej starej drukarce pewnie jeszcze leży gdzieś w piwnicy. Na więcej nie dało się naciągnąć i tak zaschniętego kartridża. Przeczytałem ten urywek jednym tchem, ledwo zbierając się z podłogi. Skrupulatność aż bije po oczach, podczas gdy tempo nie pozwala się nudzić. Liczyłem, że w filmie będzie podobnie. Niestety, pierwsze pół godziny to jakieś trzydzieści procent książki. Fabuła została wydestylowana praktycznie ze wszystkich smaczków, jakie oferuje pierwowzór, a postaci pojawiają się znikąd. Na przykład Carlo Marx – nie przedstawiono go ani trochę, po prostu pojawił się i już. W książce był jedną z ważniejszych osób, tutaj wydawało mi się, że jest po prostu zapchajdziurą i pretekstem, by wprowadzić Moriarty’ego. Tyle że i z nim następuje zawód. Podczas, gdy w książce jest opisany niemal jako legenda i pierwsza wizyta tam poprzedzona jest wielkim oczekiwaniem, tutaj widzimy po prostu faceta bez spodni.

„W drodze” się nie rozkręca. Teoretycznie – nie powinno, bo powieść idzie dość jednostajnie, sprawiając że zaledwie dwa czy trzy fragmenty są trochę nużące. Z tym, że od pierwszych stron narzuca wysokie tempo. Tutaj z kolei prawie wszystko nuży i powoduje, że na zegarek patrzy się z nadzieją. Jednym z niewielu momentów, kiedy klimat stron książki pokrywał się ze scenami na rolce filmowej to wizyta u Byka Lee. Viggo Mortensen bardzo dobrze oddał narkotyczny obłęd, jaki zaciskał się na Burroughsie aż do tragicznego wypadku w Meksyku.

Mój problem z „W drodze” to nie tylko nużąca akcja. To też aktorzy. Nawet jeżeli Garrett Hedlund z biegiem czasu coraz bardziej przypina Deana (chociaż tego szaleńczego pożądania Drogi wciąż u niego nie widać), to Sam Riley po prostu nie nadaje się do takich ról. Przez cały film gryzł mnie w oczy nie tyle swoim wyglądem (choć też), co zachowaniem. Przez trzysta stron książki widziałem kogoś zupełnie innego, bardziej zdecydowanego i męskiego. Riley wygląda tak, jakby płynął z prądem nie swojej pasji, ale swoich chwilowych zachcianek.

„W drodze” jako ekranizacja nie broni się prawie wcale. Sceny dobre, intrygujące i pozwalające wczuć się w film można policzyć na palcach jednej ręki. Z kolei jako obraz sam w sobie nie jest w ogóle interesujący, a fabuła zaczyna nużyć w pierwszych minutach i – z małymi skokami w górę w trakcie – robi to do końca.

  • http://walkingfear.blogspot.com wmichael

    Pełna zgoda. Ekranizacja zaiste nieudana. Może to jednak wynikać z braku pomysłu na ten film. To chyba najlepsze wytłumaczenie.

  • http://buszewski.com Tomek

    Inna ekranizacja ważnej książki – „Faktotum” jest zdecydowanie lepsza (choć od książki gorsza). Myślę, że Sellers potraktował „W drodze” tylko jako kronikę, nie jako powieść. No i zabrakło tego „porozumienia” na linii Sellers – Kerouac.