Największym ciosem, jaki może otrzymać gra akcji jest stwierdzenie, że wieje przy niej nudą. A takie właśnie wrażenie praktycznie bez przerwy towarzyszyło mi przez niespełna pół godziny potrzebne na skończenie dema najnowszego „God of War”.

Od razu powiem, że wiele po tej produkcji nie oczekiwałem. Mimo hucznych zapowiedzi twórców o zmienionym stylu walki czy nawet zmienionym Kratosie (w końcu jest tu dużo młodszy, niż w późniejszych odsłonach) doskonale widać było, że siłą „Ascension” jest rozgrywka wieloosobowa. Jednak demo pozwala tylko na tryb dla pojedynczego gracza – i tym się zajmę.

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to zmiana scenerii w stosunku do poprzedniej odsłony. Nie ma już zimnego, szarego kamienia połączonego z chmurami w kolorze żelaza. Twórcy wrócili do bardziej przyjemnych dla oka kolorów znanych z pierwszych części, tj. do błękitnego nieba i słońca smażącym ziemię pod stopami. To zdecydowanie ruch na plus, bo jedna z największych wad „trójki” to właśnie szare, niemalże jednostajne lokacje. Wiem, fabuła niejako to podyktowała, ale jednak.

Kolejny niuans to zapowiedziana już zmiana Kratosa. Jest młodszy i faktycznie zdaje się walczyć bardziej zawzięcie, niż w swoich późniejszych przygodach. Nowość to podnoszenie broni z ziemi – można wziąć opuszczony przez przeciwnika miecz i użyć go całkiem skutecznie. Jest to jednak tylko malutki dodatek, a nie coś, co stanowiłoby jakkolwiek poszerzenie osi rozgrywki, którą nadal pozostają Ostrza. Przecież już w pierwszej części – i to nawet niedaleko początku – dostawaliśmy drugą broń – miecz, który może się i przydawał, jednak nie znam nikogo, kto wolałby go ponad podstawowe narzędzia.

Zdecydowanie największą nowością – rzucającą się w oczy dopiero po jakimś czasie – jest oprawa graficzna. Na początku nie widać dużo różnic w stosunku do „God of War III”, ale kiedy sceneria zaczyna się zmieniać, można wyraźnie dostrzec, że magicy z Sony Santa Monica przeszli samych siebie. Z czystym sumieniem mówię, że z „Ascension” powtórzyli sukces, jakim był wygląd dwóch pierwszych części na PlayStation 2. Jednocześnie pojawia się pytanie, czy kolejna generacja konsol, zapowiedziana na zimę bieżącego roku jest faktycznie potrzebna, skoro można osiągać takie cuda.

Niestety, grafika gry nie uratuje. Ja, jako fan Kratosa, jestem zawiedziony. „Ascension”, przynajmniej w wersji demonstracyjnej, to nic więcej, jak stary „God of War”, tylko bez tego znanego z pierwszych części polotu. Możliwe, że to po prostu przesyt – w końcu to szósta odsłona na duże konsole (liczę tu „Chains of Olympus” i „Ghost of Sparta” wydane zbiorczo na PlayStation 3), w której poza kosmetyką nie ulega zmianie nic. Z jednej strony – to przecież dobrze, seria zdobyła popularność swoją unikalnością, z drugiej – wszystko się przejada.