Seria gier „Halo” jest obecnie jedną z najważniejszych sag oglądanych na konsolach Microsoftu. Co ciekawe, zawdzięcza to nie tylko epickości i rozmachowi, ale przede wszystkim trzymaniu się postawionych w pierwszej części, bardzo sztywnych wytycznych dotyczących rozgrywki.

Pierwsza część gry światło dziennie ujrzała ponad dziesięć lat temu. Wtedy model rozgrywki był – można śmiało powiedzieć – na czasie. Wraz z kolejnymi dwiema częściami niewiele się zmieniło, mimo że „Halo 3″ premierę miało w 2007 roku. Coraz bardziej imersyjne „Call of Duty” czy „Killzone” stały jakby po drugiej stronie barykady, skutecznie dodając coraz to nowe pomysły, będące dziś standardem. Za przykład może posłużyć choćby dokładne celowanie czy system osłon. Tymczasem produkty od Bungie forsowały znany z gier wydawanych na początku wieku model w którym możemy jedynie skoczyć, kucnąć, uderzyć kolbą pistoletu i strzelać. Jak pokazują rzesze fanów i wyniki sprzedaży, nowe nie zawsze znaczy lepsze.

Nigdy nie byłem fanem „Halo”. W część trzecią, ponoć najlepszą, grałem z umiarkowaną frajdą. Widziałem w niej wiele wad, jak choćby zbyt kolorowe otoczenie, śmieszne modele przeciwników czy momentami dość irytujący poziom trudności. Dużo lepsze było „Halo 3: ODST”, gdzie pierwszy zarzut poszedł w niepamięć. Również „Reach” pokazało, że da się zrobić to wszystko trochę inaczej. Jednak nadal czułem, że brak tu czegoś, co pozwoliłoby mi przejść z grupy ludzi lubiących „Halo” do kręgu jej fanów.

Jakiejś wolty – może nie rewolucyjnej, ale odczuwalnej – wypatrywałem w zmianie studia odpowiedzialnego za najnowszą część gry. Liczyłem na powiew świeżości związany z nowym deweloperem i innym spojrzeniem. Jednocześnie wiedziałem, że „Halo” sprzedaje się głównie dlatego, że fani przy okazji nowych części czują się jak w domu. A jednak – pozmieniało się.

Największą i zauważalną od razu zmianą jest grafika. Silnik, który napędzał poprzednie gry miał już swoje lata. „Halo 3″ wyglądało jak poprawione „Halo 2″ z pierwszego Xboksa, a kolejne części nie odstawały od tego wzoru zbytnio. „Halo 4″ dostało nowy, świetny engine, sprawiający, że wreszcie tę serię można stawiać jako poważny pokaz możliwości graficznych konsoli Microsoftu. Efekty oświetlenia, wystrzałów, śmierci niektórych z przeciwników są naprawdę świetne. Zmieniło się też otoczenie. Dawne czyste, białe, prawie że sterylne budynki i zawsze błękitne niebo ustąpiły miejsca bardziej klimatycznym planszom. Pierwszy etap gry momentami przypomina nawet korytarze widywane w drugiej części „Obcego”. Naturalnie, gra nie zmieniła wyglądu o 180 stopni, nadal jest czysto i błyszcząco, jednak już… inaczej.

Niestety (dla mnie), trzon rozgrywki pozostał praktycznie nienaruszony. Nadal możemy robić to, co mogliśmy w czasach „Halo 3″ i nic więcej. Doszły za to nowe bronie, dodatki i przede wszystkim – przeciwnicy. Nowa rasa różni się od Sprzymierzonych – w teorii – prawie wszystkim. W praktyce, mają trochę innych ataków i inne bronie, które zachowują się prawie tak samo, jak te już znane. Niemniej, sam pomysł i design zarówno postaci jak i ich oręża zasługuje na pochwałę.

„Halo” małymi krokami idzie do przodu. Jeszcze bez innowacji w kwestii modelu rozgrywki, ale nowi przeciwnicy i zmiana otoczenia to zdecydowanie dobry kierunek. Jest to jednak tylko „kolejna gra z serii”, a nie oczekiwania (nie tylko przeze mnie) rewolucja.