Oglądając najnowszy film Toma Hoopera nietrudno odnieść wrażenie, że w dążeniu do perfekcji wizualnej i dźwiękowej zapomniał – wraz ze scenarzystami – że powieść Victora Hugo to cztery grube tomy i streścić to w dwuipółgodzinnym obrazie po prostu się nie da.

Założenie mówi, że tak naprawdę „Les Misérables” jest ekranizacją musicalu scenicznego, a dopiero ten jest adaptacją powieści. Jeżeli faktycznie taki był zamysł autorów, to całkiem możliwe, że udał się dużo lepiej, niż na to wygląda. Niestety, dla szarego widza który przedstawienia nie zna, nie ma to znaczenia i automatycznie skazuje film na porównania z książką. A tu klapa, bo nawet proste, znajdowane w Internecie czy w brykach streszczenia lepiej przybliżają panoramę Francji autorstwa Hugo, niż film Hoopera.

Nie można powiedzieć, żeby historia w „Les Misérables” cierpiała na jakieś ułomności, bo tak nie jest. Ale już na początku widać, że jest robiona troszkę po łebkach. W jednej chwili razem z Jeanem Valjeanem jemy u anonimowego księdza, by dosłownie za kilka minut stać w tłumie i przyglądać się, jak Fantyna sprzedaje swoje włosy i zęby, by móc opiekunom swojej córki wysłać pieniądze. Pominięte zostają powody, dla jakich dziecko jest z dala od matki a także to, dlaczego dziewczyna musiała wyjechać ze swojego miasta. Podobnych cięć jest więcej i wrażenie, że forma góruje nad treścią nasuwa się dość brutalnie.

Na szczęście, luki fabularne nie są aż tak bolesne, jak może się to wydawać. Tak naprawdę, patrząc na całość, schemat fabularny jest tylko łyżeczką dziegdziu w beczce miodu. A to dlaczego, że oprawa odrywa od tego całkowicie. Zdjęcia, mimo że wyraźnie widać pomoc komputerów, są oszałamiające. Wszystko jest w nich zapięte na ostatni guzik – oświetlenie, scenografia, dobór kolorów i kontrast. Na uwagę zasługują również niektóre ujęcia pozwalające poczuć się bardziej, jak gdybyśmy oglądali przedstawienie, niż widowiskowy film.

Nie jestem fanem musicali. Owszem, niektóre lubię, ale to bardziej wyjątek potwierdzający regułę. Dlatego do „Les Misérables” podchodziłem z delikatną rezerwą. Na szczęście – niepotrzebnie. Hugh Jackman powinien rozważyć branie większej ilości ról wymagających śpiewu, bo fragmenty z nim zawsze zachwycają. Podobnie Russel Crowe ze swoim niskim głosem i przeszywającym spojrzeniem. Nie zawiodła też pozostała część obsady, z Anna Hathaway na czele (Oskar w pełni zasłużony), jednak gdy na ekranie pojawia się jeden z głównych bohaterów, reszta blaknie.

Ekranizacja „Nędzników” to zadanie karkołomne z wielu względów. Przede wszystkim – są to cztery tomy, każdy po mniej więcej trzysta, czterysta stron. Opowiedzenie tej historii w jednoczęściowym filmie jest po prostu niemożliwe. Les Misérables” ogląda się jednak bardzo dobrze i myślę, że każdemu mogę ten obraz polecić.