Mitologizacja muzyków to jedna z domen tego przemysłu. Nierzadko to właśnie te opowiastki zasłyszane gdzieś kątem ucha stanowią iskrę potrzebną, by rozpalić w ludziach zainteresowanie danym artystą. Tak było z niejakim Sixto Rodriguezem w RPA. 

Plotka, jakoby ktoś zakończył swoją karierę spektakularnym samobójstwem na scenie nie zdarza się codziennie. Ale, w kraju, w którym dostęp do informacji zza granicy jest utrudniony, nietrudno takową wyrobić. Republika Południowej Afryki w latach 70-tych zeszłego wieku była niezmiernie restrykcyjnym państwem. Brak swobodnego przepływu informacji i zamknięte granice skutecznie utrudniały komunikację ze światem zewnętrznym. Ale, to właśnie tam, nie wiadomo w jaki sposób, przebojem stał się debiutancki album „Cold Fact” artysty podpisującego się jako Rodriguez.

Tak pewnie by zostało, gdyby nie Stephen „Sugar” Segerman – amator dobrej muzyki, mieszkający w RPA. Zaczął promować artystę wśród znajomych, ale chciał też dowiedzieć się jak najwięcej. Słysząc wiele plotek o śmierci Rodrigueza, zaczął grzebać. Prywatne śledztwo jego i dziennikarza Craiga Bartholomew doprowadziło ich w końcu do najstarszej córki muzyka. Jak sam wspomina, miał kilkanaście pytań, ale to najważniejsze zostawił na koniec. Jak umarł Sixto?

Przez półtorej godziny widzimy sporo wywiadów z producentami dwóch płyt Rodrigueza, opowieści ludzi, którzy go znali, czy w końcu wypowiedzi dwóch domorosłych detektywów, którzy praktycznie trzymają całą historię w ryzach. Okazuje się, że mimo świetnego materiału i dobrych recenzji, albumy „Cold Fact” i „Coming From Reality” w Stanach sprzedawały się fatalnie. Do tego stopnia, że wytwórnia podziękowała muzykowi i odtąd musiał radzić sobie sam.

To nie historia o tym, jak skreślony przez grube ryby artysta samodzielnie ściele sobie ścieżkę do sukcesu. Nie, to historia faceta, który mimo niesamowitego talentu i zaangażowania w swoje otoczenie, pozostał niezauważony i – żeby przeżyć i utrzymać rodzinę – musiał zacząć pracować fizycznie. Ani jego poezja, ani zdolności do komponowania, ani nawet fakt, że pracę traktował jak świętość, nie okazały się takim darem, jak przedstawiają to filmy czy historie choćby Beatlesów.

Nagrodzony Oscarem dokumentalny „Searching for Sugar Man” to dobry – chociaż bez rewelacji w kwestii reżyserii – i naprawę przejmujący dokument o tym, że światem rządzą trochę inne reguły, niż wmawia nam telewizja i kino. Do tego świetna muzyka Rodrigueza, która teraz, po czterdziestu latach, ma szanse na należyte uznanie.

  • http://walkingfear.blogspot.com wmichael

    Potwierdzam. Warto zobaczyć. Ja bym dał nieco wyższa ocenę, ale to nie zmienia faktu, że film jest godny polecenia.

  • http://buszewski.com Tomek

    Wahałem się nad oceną, ale ósemka za wysoka, bo początek jest trochę nudnawy. Kiedy łapiesz się na tym, że nie śledzisz filmu tylko z kimś gadasz, to to nie jest Twoja wina.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Muszę ten film obejrzeć, ale to może jeszcze trochę potrwać. Ostatnio oglądałem na tvp kultura jakiś mega kulturalny program, w którym mądre głowy mówią o tym, jakie super kulturalne rzeczy się w tygodniu pojawiły. No i oczywiście, że ten Rodriguez taki wspaniały, ta muzyka, ach!, onanizowali się niemalże. Ja słuchałem może ze 3 kawałków, to mi się z Donovanem skojarzyło. Nie jest zły, nie powiem, ale taki hajp, że nagle taki wspaniały muzyk, że się wszystko chowa, to trochę zabawne jest. A film sam to chyba nawet nie do końca o tym, z tego co na necie czytam. No ale teraz Rodriguez będzie modny w akademikach.

  • http://buszewski.com Tomek

    Muza jest bardzo fajna. Nie żadna rewolucja, ale niemniej fajny i z dobrym tekstem. Fajnie, że wrócił do studia. Tylko musi się pospieszyć, bo zaraz o nim zapomną. Za rok znowu Oscary przecie.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Muszę posłuchać tego Rodrigueza, jak tylko skończę The Who (to przez autobiografię Pete’a townshenda), wtedy zobaczę. Ciekawe co takiego nagra. Może będzie powrót na miarę Gila Scotta Herona (choć ten w sumie mnie nie porwał).

  • http://buszewski.com Tomek

    Ja się boję, że z tego comebacku nie będzie wiele. Głównie dlatego, że Rodriguez będzie teraz takim zapomnianym bohaterem, a media będą chciały ugryźć z tego jak najwięcej. Uwielbiamy patrzeć na takie historie.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Dokładnie. I snobować się, że gdyby koleś (reżyser) tego Rodrigueza z szafy nie wyjął, znaleźlibyśmy go na rym dawno temu.

    #Słuchałem_Rodrigueza_kiedy_nie_był jeszcze_znany_dziwko

  • http://buszewski.com Tomek

    Na RYMie wskoczyło mu sporo ocen pierwszej płyty ostatnio. Ale prawda to, że teraz znajdzie się masa „fanów Rodrigueza, co znali go zanim film nakręcili”. Szkoda, że nikomu o nim nie mówili, ale im bardziej artysta mniej znany, tym lepiej dla słuchacza. No tak, czy nie tak?