Po ogromnym sukcesie skradanego „Deus Ex: Human Revolution” myślałem że gry zeń czerpiące zaleją rynek. A tymczasem, jedyną ważną pozycją – nadchodzącą jednak cicho i bez wzbudzania nadziei – jest „Dishonored” od Bethesdy i Arkane.

Dla wielu osób definicja skradanki, lub stealth game to seria „Metal Gear Solid”. Bo faktycznie, gdyby nie incydent na Shadow Moses, pewnie sporo gier wyglądałoby dziś inaczej. Ale japońska szkoła projektowania to nie realizm – to umowność. Dlatego zwolennicy większej dokładności i swobody musieli poczekać na „Spliter Cell”. I mimo, że niczym „Devil May Cry” i „God of War”, gry te są od siebie różne, to one stanowią podwalinę pod omawiany dziś tytuł.

„Dishonored” opowiada historię Corvo Attano, ochroniarza Cesarzowej miasta Dunwall, niesłusznie oskarżonego o morderstwo i uprowadzenie następczyni tronu. Teraz nie pozostałe mu nic innego, jak – przy użyciu wszystkich koniecznych środków – nie tyle oczyścić swoje imię, co zemścić się i uratować porwaną dziewczynkę. W tym celu do dyspozycji dostaje dwie ścieżki. Pierwsza to czysta akcja, strzelanie i zarzynanie przeciwników bez cienia skrupułów czy subtelności. Druga, bardziej dedykowana przez twórców, to współpraca z cieniem. Gra oferuje szeroką gamę możliwości skradania się, krycia w cieniu, skrytobójstw i wszystkiego tego, czego od dobrej skradanki oczekiwać można.

Pozycja nie zawodzi też w kwestii historii. Mimo, że streszczenie pierwszych minut to bolesna klisza, potem jest dużo lepiej. Na szczególną uwagę zasługują wybory moralne dostępne w prawie każdej misji. Jeżeli naszym celem jest likwidacja kogoś, prawie zawsze dostaniemy możliwość uniknięcia rozlewu krwi. Na przykład, kiedy proszeni jesteśmy o zabicie Lady Boyle, możemy ją jedynie ogłuszyć i dostarczyć niedoszłemu wielbicielowi, który wywiezie ją daleko od ludzkiego wzroku i – jak sam mówi – cierpliwie poczeka, aż ta nauczy się go kochać. Czy taki los jest lepszy, czy gorszy niż śmierć, pozostaje do decyzji Corvo.

Dodatkowego smaczku dodają umiejętności (np. zatrzymywanie czasu czy wchodzenie w skórę innych ludzi na kilka sekund), których bohater może uczyć się z czasem. Mówię może, ponieważ nie są one wymagane do skończenia gry, a żeby je poznać, należy zdobywać tzw. runy, stanowiące jedną z walut. Drugą są monety, za które kupujemy ulepszenia mechaniczne (np. lornetkę w jednym oku czy dodatek zwiększający celność w kuszy).

Ważnym aspektem gry jest tzw. miernik chaosu. Jeżeli Corvo zostawia za sobą dużo trupów, panika w mieście zaczyna narastać. Kończy się to tym, że strażnicy są bardziej wyczuleni, ale i agresywni w stosunku do cywilów. Warto mieć to na uwadze, ponieważ ma to wpływ nie tylko na najbliższe misje, ale i na zakończenie gry.

Oprawa graficzna i dźwiękowa są na świetnym poziomie. Gra nie sili się na fotorealizm, zamiast tego stylizowana jest na obrazy olejne. Za muzyką stoi Daniel Licht, wyraźnie zainspirowany tutaj muzyką Londynu sprzed ponad stu lat. Wyróżnia się jedynie utwór grany w napisach, w którym gościnnie pojawia się bratanek kompozytora – Jon. Głosu udzielają prawdziwe gwiazdy. Za Corvo odpowiada znany z „Lost” Josh Holloway, a partnerują mu m.in. Susan Sarandon, Michael Madsen czy Carrie Fisher.

„Dishonored” nie jest kamieniem milowym, nie burzy wizji świata gier, nie rewolucjonizuje ani nie wprawia w euforię. Ale jest dopracowaną, wciągającą grą ze świetną oprawą i dobrą historią. Zapewnia świetną rozrywkę na kilka długich wieczorów, a – tak naprawdę – czego chcieć więcej od gry?