Komunikacja werbalna, chociaż dziś coraz częściej spychana pod krótkie, często skrótowe wiadomości pisane na telefonie czy komputerze, nadal pozostaje świetnym kanałem wymiany myśli. Wymagającym, ale i dającym najwięcej. Nic dziwnego, że wielu scenarzystów zjada zęby na pisaniu dobrych dialogów. W tej, coraz dziś rzadziej spotykanej sztuce, mistrzem niewątpliwie jest Jim Jarmusch.

„Night on Earth” to kameralny komediodramat z początku lat 90-tych. Wtedy właśnie dużą popularność zdobywał mit taksówkarza będącego powiernikiem najgłębszych sekretów i chwilowym przyjacielem. Rozmowy w taksówce dzielono wtedy na dwie grupy – albo głębokie zwierzenia, zahaczające o błędy młodości i nieszczęście w małżeństwie, albo zwykłe pogaduchy o pogodzie podczas krótkiego kursu do pracy. Film przedstawia pięć takich epizodów, każdy w innym miejscu świata, z innymi grupami społecznymi, z różnymi problemami. Wszystko dzieje się w tym samym momencie. W Los Angeles dopiero co zapada wieczór, w Nowym Jorku jest noc, w Rzymie, Paryżu i Helsinkach zaczyna świtać.

Jak wspomniałem, taksówkarz był wówczas trzecim, po barmanie i zapewne księdzu, spowiednikiem Ameryki. Jarmusch postanowił jednak lekko zamieszać w hierarchii i nierzadko to kierowca staje się tym, który do powiedzenia ma najwięcej. Szczególnie mocno zarysowane jest to w scenie z Roberto Beningnim, który snuje swoją spowiedź (dosłownie, bo wiedzie księdza którego o ów sakrament poprosił) przez cały epizod. Innym razem, mimo że z początku milczący Mika, przekonuje podpitych pasażerów, że utrata pracy, groźba rozwodu ani nawet ciąża nastoletniej córki to nie koniec świata.

Nie bez powodu napisałem, że Jarmusch jest mistrzem dialogu. Tak tutaj, jak w „Coffee and Cigarettes”, poza rozmową nie dzieje się nic. Owszem, zmieniają się obrazy za oknami taksówki, pojawiają się prośby i przysługi, nawiązuje się – chociaż tylko na chwilę – ludzka znajomość, sympatia. Ale to wszystko przechodzi w tło, kiedy bohaterowie otwierają usta.

Momenty, kiedy rozmowa cichnie, wypełnia Tom Waits świetnym soundtrackiem i Frederick Elmes dobrymi zdjęciami największych światowych metropolii. Jednak nie są to monumentalne ujęcia World Trade Center, wieży Eiffla czy Koloseum. Nie, oglądamy boczne uliczki Rzymu, szary i brudny Brooklyn czy zimne osiedle budzących się Helsinek. To dodatkowo dodaje obrazowi smaku, pokazując, że widzimy właśnie rozmowę nie wyjątkowych, a zwykłych, szarych i zajętych swoim światem ludzi.

Pierwszy film Jima Jarmuscha nakręcony w latach dziewięćdziesiątych mogę polecić każdemu, kto lubi spokojne, kameralne i powolne, ale w żadnym wypadku nie nużące kino.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Dawno oglądałem ten film, ale jak oglądałem, to sikałem z radości. Po prostu był boski. Muszę go po latach odświeżyć.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Did I say „boski”?

  • http://buszewski.com Tomek

    Yes you did!