Ostatnia (książkowo) i przedostatnia (filmowo) część sagi „Twilight”, czyli „Breaking Dawn (Part 1)” to – poza jawnym naciąganiem ludzi na dwa bilety do kina (czy dwie płyty) – najgorsza póki co odsłona przygód Edwarda i Isabelli.

Trzy pierwsze części wyrobiły we mnie dużą odporność na głupoty, jakie serwują scenarzyści opierający się o prozę Stephanie Meyer. Ale na taki ładunek absurdów i idiotyzmów nie przygotowały mnie nawet ostatnie sceny „Eclipse”. Po żenującym przygotowaniach, Isabella staje na ślubnym kobiercu i mówi sakramentalne „tak” Edwardowi. Szczęśliwi wyjeżdżają na miesiąc miodowy odbywający się na prywatnej wyspie wykupionej przez „ojca” Cullena – Carlisle’a. Tam, przymuszony niemal siłą pan młody spełnia swój małżeński obowiązek. I to w stu procentach, bo dziewczyna zachodzi w ciąże.

Twórcy filmu postanowili zostać przy wizji ciąży takiej, jaka panuje dziś wśród nastolatek – to największy koszmar. Dziewięć miesięcy męki, zmian wyglądu i słuchania namów ojca dziecka, by „usunąć to coś”.

Fabuła przez zdecydowaną większość czasu oscyluje właśnie wokół (dosłownie) konającej Belli i jej znajomych próbujących nakłonić ją do wykonania aborcji. Gdzieś w tle snują się jeszcze wątki poboczne, takie jak obawy ojca dziewczyny (który o niczym nie wie i jest utrzymywany w błogim kłamstwie) czy groźba ataku „złych” wampirów na bogu ducha winnych Cullenów.

Nowy reżyser, Bill Condon, dobrze zapoznał się z prawami rynku i wykorzystał to, że naprawdę dobrze sprzedają się tylko seks i śmierć. Obu jest pod dostatkiem. Sceny uniesień miłosnych między młodymi kochankami przeważają w pierwszej godzinie filmu, niestety, są zrobione kompletnie bez smaku i wyczucia. Za to z prawdziwym komediowym sznytem.

„Breaking Dawn (Part 1)” to zdecydowanie najgorsza część sagi. To również jeden z niewielu filmów, w których nie mogę znaleźć żadnych zalet, nawet w postaci kilku dobrych ujęć czy scenerii. Po prostu wszystko leży.

  • http://walkingfear.blogspot.com/ wmichael

    Pełna zgoda :) Nawet zabawne to już nie jest, bo pierwszą część sagi odbierałem jako pastisz. Chyba błędnie.

  • http://buszewski.com Tomek

    Do jedynki usiedliśmy z podejściem „będzie śmiesznie”. Po dwudziestu minutach, rzucając któryś już raz komentarz o grze Stewart czułem się (Ewa zresztą też) jakbym kopał leżącego. Ale wtedy były jeszcze fajne elementy, jak te zdjęcia lasu (cholera, pierwszy raz naprawdę szukam plusów na siłę), teraz nawet tego nie było, tylko szpanerskie „round that jesus” z Rio.

    Ratowałoby trochę luźniejsze podejście twórców, ale oni od początku robią to śmiertelnie poważnie.

  • http://walkingfear.blogspot.com/ wmichael

    „Rato­wa­łoby tro­chę luź­niej­sze podej­ście twór­ców, ale oni od początku robią to śmier­tel­nie poważnie.”

    Właśnie. Gdyby tam było trochę luzu. Mógłby wyjść z tego całkiem przyjemny kampowy pastisz. A tak…