Terry Pratchett nie przestaje drwić z kultu i świętości. W drugiej części „Świata Dysku”, w „Blasku fantastycznym” bierze na cel baśnie, legendy o barbarzyńcach i koniec świata.

Książka jest bezpośrednią kontynuacją „Koloru magii”, podejmuje więc historię tam przedstawioną tak, jakby była po prostu drugim tomem. To bardzo przyjemny i w tym wypadku potrzebny zabieg. Szczególnie, że pierwsza część skończyła się naprawdę niezłym cliffhangerem.

Pratchett przygotował dla swoich podopiecznych naprawdę interesujący świat, tym razem poznamy jego fragmenty wypełnione barbarzyńcami (nie zawsze w sile wieku), szalonymi (i, co gorsza, ambitnymi) magami, parodiami baśni dla dzieci i quasi-komunistycznymi miasteczkami. Jest w czym wybierać.

Cała historia krąży wokół tajemniczej, czerwonej gwiazdy pojawiającej się nagle na niebie. Z jakiegoś powodu magom z Niewidzialnego Uniwersytetu do rozwiązania zagadki z nią związanej potrzebny jest Rincewind. Żywy lub martwy.

„Blask fantastyczny” to naprawdę duża dawka humoru, ironii i – czasami – groteski. Ilość wątków pobocznych rośnie w zatrważającym tempie, jednak te wcale nie wybijają z rytmu – wyraźnie widać, na czym skupiona jest cała powieść. Do tego postaci drugoplanowe, którym nierzadko udaje się ukraść scenę Rincewindowi i Dwukwiatowi.

Patrząc na dwie pierwsze części „Świata Dysku”, ta druga jest lepsza, jednak zważywszy na treść, nie mogę ich dzielić na dwa. Stanowią integralną całość, jedna bez drugiej nie jest pełna, choć – paradoksalnie – nie traci aż tak wiele. Jednak, jeżeli czytać, to od początku.