Jeżeli w kontynuacjach powinno być „więcej i lepiej”, to druga część „Twilight” – „New Moon” spełnia te założenia. Jest i więcej i lepiej. Nudy.

Film podejmuje wątek trudnej miłości Edwarda i Belli przedstawiony wcześniej. Trudnej – bo on jest wampirem, ona człowiekiem. Niestety, już na początku na idealnym obrazie związku pojawia się rysa w postaci nagłego zerwanie i wyjazdu chłopaka. Cierpiącej Isabelli ukojenie – ale tylko częściowo – przynosi przyjaciel, Jake. Kiedy ten się zakochuje, dostaje przysłowiowego kosza, co popycha go… do wstąpienia w szeregi wilkołaków.

Jeżeli to streszczenie pierwszej połowy filmu wydaje wam się nużące, naciągane i – co tu dużo mówić – głupie, to przykro mi, tak jest cały film. „New Moon” powtarza błędy poprzednika i dodaje swoje własne. Dobrym tego przykładem jest prężący odsłonięty tors Taylor Lautner, który z roli stojącego w cieniu fajnego chłopaka stał się „autodestrukcyjnym” zmiennokształtnym.

No właśnie, Stephanie Meyer kompletnie nie szanuje żadnego z kanonów wampiryzmu ani wilkołactwa. Nie byłby to problem, gdyby tworząc swoje własne uniwersum, wysiliła się i faktycznie pokazała, że ich życie nie jest aż tak usłane różami. A tutaj – wampiry w słońcu zaledwie błyszczą, co zresztą jest „magiczne”, krwi co prawda wymagają, ale zdobywają ją bez żadnych problemów, nie starzeją się, ale tak naprawdę w niczym im to nie wadzi. Wilkołaki… cóż, tutaj jest podobnie – jedyny chyba problem to tatuaż na ramieniu. Zamiana (i to w obie strony) następuje „na życzenie” i – co jeszcze lepsze – tak naprawdę nie w wilkołaka, a w wilka.

Zaczynając „New Moon”, miałem nadzieję, że zmiana reżysera pomoże. Niestety – nadal jest miałko, nudno i bez polotu. Aktorstwo – tak samo, jak wcześniej (w końcu ci sami aktorzy). Znowu najlepszy element to zdjęcia lasu.

Nie mogę powiedzieć, że się zawiodłem – niczego nie oczekiwałem. Nie liczyłem nawet – po wcześniejszym seansie – na jakąkolwiek rozrywkę. Zdecydowanie polecam osobom, którym nie wystarcza samobiczowanie.