Gdyby zrobić listę albumów, które co chwilę są „przypominane” publiczności, Pink Floyd ze swoim „The Wall” znaleźliby się pewnie na podium.

Wytwórnia EMI, mająca prawa do katalogu brytyjskiego Pink Floyd nie przestaje – z uporem maniaka – wypuszczać coraz to nowszych i bardziej podrasowanych reedycji najważniejszych albumów. Już jakiś czas temu, na 40-te urodziny, dostaliśmy ładną paczkę z debiutem, potem całkiem gustowny i wygodny „Oh, by the Way”. Teraz znowu – boxset „Discovery” i kilkupłytowe wydania najważniejszych płyt.

„The Wall: Immersion Edition”, bo tak nazywa się najnowsze wznowienie klasycznego już albumu, zawiera siedem płyt, z czego jedna to wideo, reszta – audio. Na dwóch pierwszych bez niespodzianek – „The Wall”, tyle że w remasterowanej wersji. Czy czuć różnicę między wersją z 2012 roku, a tą choćby z „Oh by the Way”? Nie taką, za którą warto byłoby zapłacić. Rozbieżności – i tak minimalne – ujawniają się tylko kiedy przesłuchać dwie wersje jedna po drugiej, w innym wypadku placebo to wszystko, co dostaniemy.

Kolejne dwie płyty to bardzo dobra koncertówka wydana wcześniej jako „Is There Anybody Out There?”. Zbiór wszystkich piosenek z albumu studyjnego, zagranych w latach 80-81 to z pewnością łakomy kąsek dla kogoś, kto nigdy nie słyszał grupy na żywo. Jak można się spodziewać, jakość jest wyśmienita – i to chyba największa wada. Niektóre utwory brzmią tak, jakby były nagrane w studio, są niemal sterylne. O inne aranżacje czy zmiany, nawet subtelne, muzycy się nie pokusili, a też szkoda.

Piąta i szósta płyta to to, na co czekałem. Zebrane skrupulatnie wersje pokazowe całego materiału stanowią świetne dopełnienie oryginalnego albumu, a opis czyje jest dane demo dodatkowo dostarcza informacji. W końcu znajdziemy tam ponad dwadzieścia utworów nagranych jedynie przez Watersa i prawie dwa razy tyle stworzonych przez zespół to ponad dwie godziny urwanych, niedokończonych piosenek, zalążków i koncepcji. Zdecydowanie najjaśniejsza część zestawu. Zatwardzali fani zbierający bootlegi na pewno znajdą tu kilka fragmentów, które dało się słyszeć na nieoficjalnym „Under Construction”, jednak tu niektóre z wersji są dużo bardziej surowe, nierzadko działające nawet pod innym jeszcze konceptem.

Na płycie DVD nie ma niestety niczego zachwycającego. Wywiad z Geraldem Scarfe (autorem animacji do „The Wall”), wideo promujące „Another Brick… (Part 2)” i „The Happiest Days of Our Lives” na żywo nie zachwycają, mówiąc wprost. Interesujący jest dopiero ponad godzinny dokument „Behind the Wall” z wypowiedziami jeszcze wtedy czterech muzyków Pink Floyd. Warto wspomnieć, że traktuje nie tylko o „The Wall”, ale ogólnie o zespole od samego początku istnienia. Niestety, ten materiał nie jest zbyt zajmujący jakościowo. Gdybym nie wiedział, skąd jest to wideo, powiedziałbym, że to nagranie z telewizji. Do tego dochodzą jeszcze pamiątki, takie jak szalik, replika biletu z koncertu, album ze zdjęciami i kilka innych.

Nie wiem, czy kolejna reedycja „The Wall” była potrzebna, nawet mimo tych dodatkowych materiałów. Mimo, że jest to klasyczny album, którego nie wypada nie znać, edycja kosztująca 500zł jest zarezerwowana wyłącznie dla zatwardziałych fanów. Niemniej, cena jest jedyną wadą.

  • http://walkingfear.blogspot.com/ wmichael

    Kusi mnie zakup tej wersji, ale cena nieco odstrasza. Tym bardziej, że na półce od lat i oryginalny winyl z wydania brytyjskiego i cd remaster…

  • http://buszewski.com Tomek

    Wiesz co, kupować tylko dla bonusów to trochę kicha, bo one są cienkie. Kupować dla samych b-sideów i DVD raczej też, bo one są najzwyczajniej niewarte tej kasy. A remaster, jak napisałem, jest taki naprawdę kosmetyczny. Zresztą, ja, jako fan kolekcjonerek i zagracania pokoju pudłami, nie kupiłem tylko pożyczyłem ten box, to chyba coś znaczy :P