Terry Pratchett ze swoim cyklem „Świat Dysku” stał się legendą i jedną z największych ikon fantastyki bardzo szybko – liczbę fanów liczy się w milionach. A wszystko zaczęło się od „Koloru magii”.

Pierwsza książka z cyklu – wbrew logice – nie jest tą, od której powinno się zaczynać. Zaleca się rozpoczęcie przygody z Anglikiem od późniejszych – najlepszych prac. Ja jednak spróbowałem ścieżki chronologicznej. I wcale nie żałuję.

„Kolor magii” przedstawia zarys całego uniwersum Dysku, wraz z jego największym miastem – Ankh-Morpork i cudami tam się znajdującymi. W tej właśnie metropolii spotykają się dwie osoby – niedoszły mag Rincewind i pierwszy w mieście turysta – Dwukwiat. Będąc tu gościem, nie zna panujących zwyczajów i staje się łatwym łupem, bardziej przez naiwność i dobroduszność, niż brak wiedzy praktycznej. Mag postanawia – naturalnie nie za darmo – pomóc przybyszowi. To, że szybko tego pożałuje, zdaje się być tylko formalnością.

Pratchett, prócz ciekawej i wartkiej historii ma coś, co chyba w połowie pomogło mu zdobyć sławę. To jego wyjątkowy, prześmiewczy humor. W swojej pierwszej książce na cel bierze turystykę, a dokładnej stereotypowych, ciekawych wszystkiego i szastających swoją walutą turystów. „Turysta oznacza idiotę” – stwierdza po niedługim czasie Rincewind.

Mimo takich – niemałych przecież – zalet, pierwsza z ksiąg „Świata Dysku” ma swoje wady. Układ jest specyficzny, starający się upodobnić do akcji filmowej. Kilka wątków jest prowadzonych jednocześnie i przechodzenie między nimi jest dość częste (nawet dwa razy na jednej stronie). To – jeśli nie czytamy książki dużymi fragmentami – może wprowadzać zamęt. Jednak po dłuższym obcowaniu, sposób ten przyjmiemy za normalny, potem dostrzeżemy zalety i stanie się w pełni akceptowalny. Kolejną wadą – jednak kompletnie wybaczalną i powszechną w debiutach – jest przewidywalność akcji.

Skromne wady nie psują „Koloru magii”, co najwyżej lekko go skubią. W najmniejszym stopniu nie przeszkadzają jednak świetnie bawić się w towarzystwie Rincewinda i Dwukwiata.