„Zmierzch” jako książka stał się światowym hitem z kilkoma kontynuacjami. „Zmierzch” jako film powtórzył, a może nawet przeskoczył ten sukces, robiąc z Roberta Pattisona bożyszcze nastolatek, a samą sagę budując do jednego z największych zjawisk ostatnich lat. Setki tysięcy internetowych żartów tylko to potwierdzają. W końcu dziś jesteś tak dobry, jak memy o tobie.

Na obejrzenie pierwszej części sagi miałem sporo czasu i okazji. W końcu, za namową siostry, pożyczyłem na święta płytę z pierwszą częścią i – kiedy Jezus Chrystus zmartwychwstawał – raczyłem się dwiema godzinami „Twilight”.

Historia do najoryginalniejszych nie należy, zresztą, jak przystało na romans – należeć nie może. Isabella (dla przyjaciół Bella) przeprowadza się do miasteczka Forkes, by zamieszkać ze swoim ojcem. W szkole spotyka stroniącego od ludzi, intrygującego i  szalenie przystojnego Edwarda. Kiedy zostają parą, młody kochanek potwierdza podejrzenia dziewczyny – jest wampirem.

Motyw miłości drapieżnika i ofiary jest dość często eksploatowany, stąd przyszłe losy dwójki zakochanych można odgadnąć bardzo szybko. Nie byłby to problem, gdyby nie szereg wad.  Największą jest zdecydowanie aktorstwo. Pattisona można kojarzyć z wcześniejszej roli Cedrika z filmów o Harrym Potterze, gdzie nie powalał, ale robił dobrą robotę jako postać drugoplanowa. Tutaj jest dużo, dużo gorszy. Właściwie każda scena z nim razi sztucznością i zdaje się być wyklepana na pamięć, z recytacją tekstu i mimiką włącznie. Partnerująca mu Kristen Stewart jest, czego się nie spodziewałem, jeszcze gorsza. Mając w swoim wachlarzu jedną minę, klepie beznamiętnie swoje partie dialogów jakby była to ostatnia rzecz, na jakiej jej zależy.

Scenariusz ma naprawdę sporo dziur, chociaż to niekoniecznie jest wadą. Szukanie ich i notowanie gdzieś w głowie może pomóc na jeszcze większą bolączkę – nudę. „Twilight” od pierwszej sceny rozłazi się, nie zajmuje ani nie wciąga, co dobitnie pokazuje, że reżyserka – Catherine Hardwicke – nie miała kompletnie pomysłu na film. Nie interesuje ani główny wątek, ani te poboczne, ledwie niestety zauważalne. Sztuczne dialogi pełnią jedynie funkcję informacyjną, a postaci drugoplanowe przypominają zblazowane dzieciaki z nowych seriali Disneya.

Gdybym miał wskazać jakikolwiek dobry element filmu, z pewnością byłyby to niezłe zdjęcia skąpanego w wiecznej mgle lasu, do którego udają się bohaterowie. Poza tym, nie jestem w stanie wskazać ani jednej pozytywnej rzeczy.

Jestem naprawdę zaskoczony. Przed seansem wiedziałem, że nie mogę oczekiwać cudów, ale to, co pokazała Catherine Hardwicke naprawdę mną wstrząsnęło. Na pewno jest to najgorszy film, jaki widziałem od bardzo długiego czasu, chyba od czasów oglądania niedzielnych hitów Polsatu.