Znam dwie definicje słowa „blagier”. Jedna pochodzi ze Słownika języka polskiego PWN i odnosi się do osoby, która kłamiąc i udając oczekuje na (określony) efekt. Druga to odnośnik prowadzący do hasła „Dean Moriarty”.

Wokół książki „W drodze”, jej powstania, postaci i samego autora krąży masa legend. Jedna z nich mówi, że Kerouac napisał powieść będąc w trzytygodniowym narkotycznym transie. Inna zgadza się z nią, dodaje jednak, że pisarz nosił przy sobie notesiki, w których wszystko zapisywał, a we wspomniane tygodnie jedynie to spiął to w jedną całość. Co do postaci, to ich odnośniki do prawdziwych osób są dziś powszechnie znane i wymieniają m.in. Gore Vidala, Williama S. Burroughsa, Allena Ginsberga i innych. Legend o samym Kerouacu przytaczać nie będę, bo ich liczba sięga setek, tysięcy albo i lepiej.

„W drodze” jest jedną z pierwszych książek zanurzonych po uszy w czymś, co sam autor określił jako „beat”, w kulturze bitników, ludzi Ameryki lat 40-tych i 50-tych XX wieku, odrzucających normy i wymogi społeczne, spokojnie i dostatnie życie, biorąc w zamian wieczny pęd, chęć zabawy (nierzadko niemoralnej w oczach ogółu), ale i ubóstwo, niepewność, nierzadko tułaczkę, konflikty z rodziną i bliskimi. Chociaż, dla bitników, to oni sami stali się dla siebie jedną wielką rodziną, jedynymi przyjaciółmi i kompanami.

Kerouac na blisko 400 stronach opisuje kilka lat z życia swojego alter-ego – Sala Paradise – dzielącego czas między jazdę samochodem, autostopem, autobusem, wędrówkę pieszo, siedzenie w domach swoich znajomych, poznawanie nowych, coraz to bardziej szalonych ludzi, imprezy i słuchanie w klubach San Francisco dzikiego, gorączkowego i granego całą noc bopu.

W swoich wyprawach nie jest sam. Towarzyszy mu wspomniany Dean Moriarty, ochrzczony przez samego autora Świętym blagierem. To on tak naprawdę jest ucieleśnieniem beatu, największym, niemal mitycznym, wielkim bitnikiem. Jego pojawienie się zawsze zwiastuje kłopoty, nie tylko dla siebie, ale i dla wszystkich wokół. Niemniej, to właśnie to szaleństwo sprawia, że przyciąga Sala jak magnes.

Główną siłą powieści jest styl. Luźny, swobodny, nieraz przypominający gawędę snutą przez dobrego przyjaciela, spotkanego gdzieś w przydrożnym barze, po długich latach rozłąki. Faktem w końcu jest, że „W drodze” powstała jako jeden ciągły tekst, bez nowych akapitów czy podziału na rozdziały. Na publikację zresztą czekała kilka lat, podczas których przechodziła liczne modyfikacje, takie jak wycięcie scen uznanych wtedy za pornografię, zamiana prawdziwych nazwisk na fikcyjne i podział, na rozdziały, akapity, części.

Książkę szczerze polecam wszystkim. I tym, którzy tęsknią do życia takiego, jak niegdyś bitnicy, i tym, dla których taka droga jest niczym więcej, jak mrzonką.