Kino sportowe, a w szczególności bokserskie, już od paru lat nie może narzekać na napływ przedstawicieli. Dlatego – mimo, że fanem boksu nie jestem – bardzo chętnie przystąpiłem do seansu „The Fighter”. I zawiodłem się.

Głównym bohaterem jest bokser Micky. Gdy go poznajemy, wszystko idzie źle. Matka (i menadżer) trzyma go na krótkiej smyczy, siostry jej w tym wtórują, a jego brat – kiedyś też pięściarz – zamiast pomagać mu w treningach, spędza całe dnie na wdychaniu cracku.

Kiedy wszystko jest w rozsypce, Micky poznaje Charlene. I wszystko od razu wydaje się lepsze. Zostawia despotyczną, grającą na jego poczuciu winy matkę, odcina się od brata, dogaduje się z drugim trenerem i zaczyna wygrywać. Bardzo ładnie to wygląda i miło się ogląda, tylko co z tego, kiedy znudzony spojrzałem na zegarek oczekując końca filmu, dowiedziałem się, że minęła niespełna godzina.

Tak, film Davida O. Russella nudzi. Mimo tego, że historia zdaje się być ciekawa, zwłaszcza na początku, zaraz zostaje zdeptana przez banał i oczywistość ciągnącą się przez trzy czwarte trwania obrazu. Sytuację ratują tak naprawdę dwie rzeczy – aktorstwo Bale’a i walki. Mark Wahlberg, tytułowy „The Fighter”, nie tworzy ani w połowie tak wyraźnej postaci, jak jego ekranowy brat. Obraz chudego, zniszczonego przez narkotyki Dicky’ego to z pewnością czołówka, jeżeli chodzi o kreacje odtwórcy nowego Batmana.

Walki z kolei – mimo, że jak wspomniałem, fanem boksu nie jestem – naprawdę są dobrze zrobione. Nie ma tu schematu znanego z serii ze Stallone’m i mimo, że czas trwania to zaledwie kilka minut, pojedynek sprawia wrażenie autentycznego. Dobrze – i tego się bałem – zrobiona została charakteryzacja. Bokserzy nie wyglądają śmiesznie, jak w niektórych filmach, ale tak, jak w dodatkach sportowych po „Wiadomościach”.

„The Fighter”, gdyby nie rozwidlał się na kilka dużych wątków, byłby świetnym filmem. A tak, mamy pogoń za karierą, problemy z matką, siostrami, bratem, byłą żoną, dziewczyną. Wszystko po trochu, czyli tak naprawdę nic. Nie do końca też rozumiem, co ten film robi obok „127 Hours” i „Black Swan” w nominacjach do Oskarów 2010.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    „Equilibrium” to film, za który polubiłem Bale’a. W Batmanie trochę mnie irytują te jego moralizatorskie miny, to nadęcie. „The Fightera” oczywiście nie widziałem, bo od paru lat mam kurewskie zaległości w filmach, ale akurat czułem, że to nie jest film, który obejrzę mimo wszystko. Jeszcze ten Wahlberg.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Nowe Batmany niezłe, ale kurde, Bale jednak tam średnio mi pasuje. Z drugiej strony, nie znam się na aktorach tak, żeby mówić, kto lepiej by to zrobił. A Wahlberg jest fajny, on to trochę taki Schwarzenegger poczciwych kolesi. W każdym filmie taki sam, obojętnie kogo by nie grał, jest tak samo sympatyczny i tak samo chcesz z nim pogadać o pierdołach.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    W każ­dym fil­mie taki sam

    to tak jak Paweł Wilczak

    tak samo chcesz z nim poga­dać o pierdołach

    to zupełnie odwrotnie niż Paweł Wilczak :D

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Znowu udało mi się coś upolować na wyprzedaży. Cholera, zaczynam się uzależniać…

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Ja dziś kupiłem budyń i mleko. Mentalnie wygrałem, mimo że budyń za pełną cenę.