Jeżeli „Dublińczycy” to fotografie, „Ulisses” plan miasta a „Portret artysty w wieku młodzieńczym” – schody do dojrzałości, to „Finnegans Wake” – lub, jak od kilku dni oficjalnie w Polsce nazywa się ta publikacja – „Finneganów tren” jest ich (i nie tylko) kolażem.

Siedemnaście lat, podczas których James Joyce pisał swoje ostatnie dzieło nie były dla niego łaskawe. Jak można przeczytać w wielu źródłach, umarł ślepy, pijany i biedny. Taki koniec poprzedziło wiele trosk – zdrowotnych, finansowych, rodzinnych. Problemy z chorobą córki, własnym zdrowiem (postępująca choroba oczu), żoną, o którą był chorobliwie zazdrosny i nie szczędził jej przypomnień o tym, brakiem pieniędzy – to wszystko złożyło się na formę „Trenu”. Ale od początku.

Skończywszy „Ulissesa” – ponad tysiącstronicowego potwora – Joyce był tak wycieńczony, że przez okrągły rok nie napisał ani zdania. Dopiero w marcu 1923 udało mu się spłodzić dwie strony, a potem kilka szkiców, które stały się podłożem nowej powieści. Pracował różnymi technikami, z czego jedną było notowanie niemal każdego wypowiedzianego słowa a potem wkładanie go w tekst. Taki zabieg – jak nietrudno się domyślić – bardzo utrudnił odbiór.

„Finnegans Wake” znane było wtedy jako „Work in Progress” i wydawane w odcinkach, jak większość powieści w tamtych czasach. Przez swoje skomplikowanie i wysoki poziom wymagań stawianych czytelnikom przez autora, tekst otrzymywał bardzo negatywne recenzje. Doszło do tego, że nie chciano publikować gotowych fragmentów.

W dziesięć lat przed premierą – w 1929 – opublikowany został zbiór esejów i listów dotyczących właśnie najnowszego dzieła Joyce’a. Znaleźli się tam artyści, którzy Irlandczyka znali osobiście i rozwój prac śledzili na bieżąco, z Samuelem Beckettem na czele.

Pisać było coraz trudniej, w pewnym momencie Irlandczyk poprosił swojego znajomego, poetę Jamesa Stephensa, by ten, w przypadku gdy pisarz uzna, że nie będzie w stanie skończyć pisania, dokończył za niego. Mimo złego stanu zdrowia – psychicznego i fizycznego – udało się Joyce’owi samodzielnie dobrnąć do końca. Chociaż i to nie było łatwe – jak pierwsza i trzecia księga przyszły podczas, można powiedzieć, burzy, tak prace nad dwiema pozostałymi spotkały się z prawdziwym kataklizmem. Wspomniana choroba córki (Carl Jung, lekarz dziewczyny, po przeczytaniu „Ulissesa” uznał, że należy leczyć bardziej Jamesa, niż ją), śmierć ojca, wrzody i uciekający przez coraz mniej wyraźne palce wzrok wydłużyły proces twórczy do dziesięciu lat.

Wydanie książki nie było takim wydarzeniem, jak poprzednia premiera. „Finnegans Wake” nie spotkało się z publicznym paleniem czy oskarżeniami o pornografię i demoralizację. Pewnie dlatego, że masa czytelników nie przebrnęła przez przedstawioną treść. Praktycznie od daty wydania książka nazywana jest taką nie do przeczytania.

Podejść do tłumaczenia było wiele. Udało się zaledwie kilku osobom. Najpopularniejszy jest przekład holenderski, który idzie niemal słowo w słowo z oryginałem. Ale i Polacy nie pozostawali w tyle. Pierwszy pracę nad „Finneganami” zaczął Maciej Słomczyński. Udało mu się ukończyć i opublikować przekład epizodu „Anna Livia Plurabelle”, który bardziej chyba intrygował oprawą graficzną, niż treścią, która była dla wielu niczym więcej niż zagadką i ciekawostką.

Kolejnym na ringu był Tomasz Mirkowicz. W „Literaturze na świecie” (8/82). Udało mu się ukończyć pierwsze sześć akapitów, do których objaśnienia zawarł obok. Osobiście uważam, że praca Bartnickiego jest lepsza, po prostu lepiej mi się ją przyswaja. Nie podejmuję się jednak stwierdzać, która jest „wyżej” w kwestii językowej czy zgodności z oryginałem.

Ostatnim i tym, któremu się udało, okazał się być właśnie Bartnicki. Chociaż, kiedy dowiedziałem się, w 2010 roku, że jest i przeczytałem w „Literaturze na świecie” (7-8/2004),  że tłumaczenie powstaje, byłem jednocześnie mile zaskoczony ale i lekko sceptyczny. Niepotrzebnie, na szczęście.

„Finneganów tren” ukazał się 29 lutego 2012 roku dzięki korporacji ha!art, w serii „Liberatura”. Książka – co ważne – została wydana w oprawie przypominającej jak najdokładniej oryginał, czyli taka sama okładka, kolory, typografia. Liczba stron treści – naturalnie 629 628 (dziękuję @Nora). Do tego, od wydawców serii i samego autora, jeden krótki artykuł o samym tłumaczeniu i… krótka próba interpretacji i destylacji treści.

A sam tekst?

Ile znasz języków? Prócz swojego, rodzimego polskiego. Jeden, angielski? Dwa? Niemiecki, francuski? Więcej? Pierwsze strony „Finneganów trenu” w tłumaczeniu Krzysztofa Bartnickiego to zweryfikują.

Książka zaczyna się urwanym zdaniem. Jak można przeczytać, domyślić się albo dojść samodzielnie, jest to koniec fragmentu zaczętego 617 stron później – czyli na końcu. Znaczy to – poparte przez słowo „recyrkulacja” zawarte już w trzeciej linijce, że powieść działa na zasadzie nieskończonego dzieła. Jest to odniesienie do filozofii Giambattisty Vico („commodius vicus”). Włoch twierdził, że czas nie jest linearny – dzieląc się na trzy mniejsze fragmenty – zatacza koło.

Kolejne stronice przedstawiają luźny i zamglony świat. Gdzieś tam możemy dostrzec sylwetki ludzi, tego, co się z nimi dzieje i co robią oni sami.

Według Krzysztofa Bartnickiego fabuła książki nie jest zajmująca. Ba, miejscami jest nudna. Podobnego zdania był jeden z czołowych badaczy Joyce’a – Fritz Senn. Ten jednak niedowierzał własnej intuicji i pracy – mówił bowiem, że nie wyobraża sobie, by „Finnegans Wake” było tak trywialne.

Sam zainteresowany na temat fabuły wielu wypowiedzi nie wysnuł, zaznaczył mimo to, że każdy może napisać prostą historię w prosty sposób. Wystarczy trzymać się określonych wytycznych. Dlatego właśnie nowa forma.

Jak wiadomo, powieść ta ma wiele interpretacji. Jedna, tłumacza „Ulissesa” – Macieja Słomczyńskiego – mówi, że to parodia „Księgi umarłych”. Inna, ta popierana niejako przez obecnego translatora, że to opis nocy z życia człowieka. I całkiem możliwe, wszak poprzedzająca pozycja była właśnie skrupulatnym opisem dnia codziennego. Dlaczego tu nie może być odwrotnie? Sam Joyce zapowiedział, że to jest rekonstrukcja życia nocy.

Najsilniejszym głosem opowiadającym się za tą teorią jest właśnie styl. Słowa padające tutaj nie są ostre ani dźwięczne, są wymamrotane, przepuszczone przez zepsuty głośnik, nadkruszone i zagłuszone, najczęściej przez nas samych. A to przez złe przeczytanie danej  frazy, za szybkie bądź za wolne przebiegnięcie się po zdaniu czy pominiecie (albo właśnie skrupulatne niepomijanie) literki. Wszystkie takie zabiegi sprawiają, że – w zależności do tego, jak przeczytamy – dowiemy się określonej ilości rzeczy. W snach wszystko jest niewyraźne, właśnie zagłuszone, zniekształcone. Po przebudzeniu pamiętamy niektóre wątki, postacie, ale rzadko kiedy możemy ich zacytować, praktycznie nigdy nie powtórzymy słowo w słowo wypowiedzi, która tam się objawia.

Zakładając, że to sen, wartość akcji i waga fabuły jako takiej drastycznie spada. W snach przecież mało kiedy przeżywa się coś wyjątkowego. Przeważnie zdarzenia nam zaprezentowane przez naszą podświadomość nie są wydumane, ale na swój sposób niezwykłe. Warto się zastanowić, ile snów tak naprawdę jest dziwnych i skomplikowanych, a ile sami tak klasyfikujemy przez niemożliwość poskładania ich w logiczny ciąg.

„Finneganów tren” nie jest książką łatwą. Nie jest też przyjemna, co wychodzi od pierwszego stwierdzenia. Jest wymagająca i zmuszająca do wysiłku – nierzadko fizycznego, najlepiej czytać ją na głos. Dla kogo jest? Mówi się, że nie dla każdego. Ja tak nie uważam.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Przeczytałem o tym kilka artykułów i właściwie widzę, że nikt nie wie o czym jest ta książka.

    Naj­sil­niej­szym gło­sem opo­wia­da­ją­cym się za tą teo­rią jest wła­śnie styl. Słowa pada­jące tutaj nie są ostre ani dźwięczne, są wymam­ro­tane, prze­pusz­czone przez zepsuty gło­śnik, nad­kru­szone i zagłu­szone, naj­czę­ściej przez nas samych. A to przez złe prze­czy­ta­nie danej frazy, za szyb­kie bądź za wolne prze­bie­gnię­cie się po zda­niu czy pomi­nie­cie (albo wła­śnie skru­pu­latne nie­po­mi­ja­nie) literki. Wszyst­kie takie zabiegi spra­wiają, że – w zależ­no­ści do tego, jak prze­czy­tamy – dowiemy się okre­ślo­nej ilo­ści rze­czy.

    Trzeba partytury. Nut. Jak muzyka klasyczna. Inaczej nie ma koncertu. Poszukiwania Joyce’a w dziedzinie tekstu, niczym poszukiwania Cage’a, Varesego i in. w dziedzinie muzyki?

    Przeczytam na emeryturze ;)

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    @Prze­czy­ta­łem o tym kilka arty­ku­łów i wła­ści­wie widzę, że nikt nie wie o czym jest ta książka.

    No właśnie nie do końca. Jak napisałem, w zależności od tego, ile z książki wyciągniesz, ile treści wygrzebiesz spomiędzy zbitek literowych, tyle będziesz wiedział, o czym jest. Ale to jest mordercza praca, pierwszy dzień, w którym dostałem „Tren”, czytałem prawie cały czas i pod wieczór byłem tak zmęczony, jak gdybym przeorał cały ogród.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    pierw­szy dzień, w któ­rym dosta­łem „Tren“, czy­ta­łem pra­wie cały czas i pod wie­czór byłem tak zmę­czony, jak gdy­bym prze­orał cały ogród.

    Ale wiesz, że to brzmi dość groteskowo.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Wiem. Ale prawda jest taka, że to nie jest książka, z którą siadasz wieczorkiem na pół godzinki, żeby się do niej pośmiać.

  • kaa

    groteskowo brzmiące czy nie, ja Tomkowi wierzę (w przeorane ogrody), kaa
    ps: to, że nikt nie wie, o czym jest książka nie dowodzi tego, że jest o niczym. raczej jest tak, że ona dla każdego (może być) o innym.

  • Nora

    @Tomek Buszewski: skad Panu wiadomo o tym, ze joyce umarl slepy i pijany (do biedoty sie nie czepiam, gdyz szastal pieniedzmi na lewo i prawo; choc na jego ostatni wjazd do zurychu przyjaciele zebrali dosc spora kwote pieniezna, jako jego zabezpieczenie przed policja kantonalna)? – dokuemnty podaja, ze joyce jednak nie calkiem oslepl (dzieki operacjom prof. vogta w zurychu). inne, ze w przeddzien trafienia do szpitala (a byl w nim cztery dni, zanim zmarl) niewiele jadl i zle sie czul (wiec raczej takze i nie pil az tyle, by sie upic, a nawet gdyby, to cztery dni chyba wystarczaja na wytrzezwienie).
    Pisze Pan o wydawaniu „work in progress” tak beztrosko, jakby jego wydawanie rzeczywiscie takie bylo. a to przeciez nieprawda. mimo ze wydawca „transition”, eugène jolas, kilka fragmentow wydal, to jednak wcale nie byl do tego do konca przekonany; wielu przyjaciol joyce’a nie rozumialo ksiazki i uwazalo, ze zle robi, ze postanowil ja wydac (por. listy joyce’a).
    a coz to za konstrukcja w jezyku polskim: „ucie­ka­jący przez coraz mniej wyraźne palce wzrok”? – „CORAZ MNIEJ WYRAZNE PALCE”??? – nie znam takiego zwiazku frazeologicznego. a jesli chodzi o proces tworczy, to nie dziesiec, a siedemnascie lat (1922-1939).
    znow zacytuje: „Liczba stron tre­ści – natu­ral­nie 629″. no, a wlasnie, ze nienaturlanie. bo liczba stron to 628 (szescset dwadziscia osiem).
    pogrzebano w tym artykule fritza senna. gdy tymczasem staruszek ma sie dobrze i nadal bierze czynny udzial w badaniach nad joyce’em. ukazala sie nawet niedawno kolejna jego ksiazka. Mr. Senn chyba zachnalby sie na stwierdzenie, ze „niedowierza wlasnej intuicji”. dzieki tej intuicji i amatorskiej pasji, jak o niej mowi, stal sie autorytetem w dziedzinie dziel joyce’a.
    nie rozumiem, o co tez chodzi w akapicie z nowa forma. ktory zainteresowany? joyce? senn? – joyce mowil, nie tylko w przypadku finnegans wake, ze jego fabuly zawsze sa proste: „jesli to, co pisze, nastrecza jakichkolwiek trudnosci, to jest to wina materialu, jakiego uzywam. moje mysli sa zawsze proste” (moj przeklad).
    wiele jest ksiazek psychologicznych i psychoanalitycznych, w ktorych przytacza sie dokladne opisy snow. pacjenci (i nie tylko pacjenci) pamietaja doskonale kazdy szczegol, postac, wypowiedz, barwe, ba – nawet smak, dzwiek i zapach. i dlaczego „W snach prze­cież mało kiedy prze­żywa się coś wyjąt­ko­wego”? kolejny raz nie wiem, skad autor powyzszego artykulu czerpie swoja wiedze, ale chyba nie z literatury fachowej. gdyby odwolal sie do swoich doswiadczen sennych i nie staral sie ich uogolniac, nie byloby problemu. wszak nie kazdy ma nudne, nieskoplikowane sny! uprzejmie prosze tez o wyjasnienie, dlaczego „war­tość akcji i waga fabuły jako takiej dra­stycz­nie spada”, skoro ksiazka to sen?

    @dawrweszte: nie wie, bo niewielu przeczytalo. ;-)

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    @Nora: Skąd wiem, że umarł ślepy i pijany? Choćby stąd, że przechodził liczne operacje oczu, które nie zawsze kończyły się powodzeniem. Mówiąc „ślepy” nie zawsze ma się na myśli „nie widział całkowicie”, tak samo jak „pijany” nie znaczy „umarł z piętnastoma promilami we krwi” a „biedny” – „nie miał na chleb”.

    Wcale nie napisałem beztrosko o wydawaniu „Work in Progress”, proszę przeczytać raz jeszcze. Dokładnie wyszczególniłem, że proces wydawniczy wcale nie należał do łatwych.

    „Coraz mniej wyraźne palce” to metafora.

    O stronach faktycznie się machnąłem, szkoda że podczas pisania patrzyłem, ile ma i nawet zanotowałem to w zeszycie, żeby się nie pomylić. Gdybym pisał z pamięci, pewnie wpisałbym poprawnie. Dziękuję za to wytknięcie, sam nie widziałem tego mimo czytania kilka razy.

    Senna nie uśmierciłem, w żadnym wypadku. Faktycznie użycie formy czasu przeszłego było niefortunne, jednak nie to miałem na myśli.

    Jeżeli o sny chodzi, to czasem wolałbym mieć zwykłe, nudne, miałkie sny :) Dlaczego wartość akcji i fabuły spada? W snach, nie tylko dla mnie, to nie fabuła jest najważniejsza. Niemniej jednak, to nie jest stanowisko żadnych badaczy, jedynie moje. Myślę, że fakt, że publikuję to na prywatnym blogu, a nie w formie, która reprezentuje większy i złożony podmiot, pokazuje to dobitnie.

    Co do reszty, to uważne przeczytanie pozwoli rozwiać wątpliwości (mam taką nadzieję :)).

    W każdym razie, bardzo mi miło, że mogłem porozmawiać o detalach i zapraszam ponownie!

    @kaa: Miło mi, że mi wierzysz ;) Niestety, zmęczenie przy czytaniu tej pozycji często daje się we znaki, ale chyba bardziej przez mój opór i ciekawość.

  • Nora

    @Tomek Buszew­ski: dzieki za odpowiedz. nadal sie jednak bede upierac, ze powinnismy pisac to, co myslimy. wokol joyce jest tyle legend i falszywych przekazow, ktore wynikaja z nieznajomosci tematu, ze lepiej tego nie mnozyc. kiedy ktos zupelnie nieobeznany z tematem przeczyta „umarl slepy i pijany” moze rzeczywiscie tak pomyslec. w koncu wielu wspolczesnych joyce’owi (i niekoniecznie pisarzy mam tu na mysli) konczylo pijanych w rynsztoku. joyce pil duzo i z pewnoscia to bylo przyczyna perforacji dwunastnicy, ktora nota bene zostala zoperowana. joyce zmarl po tym zabiegu (bezposrednio po czul sie dobrze), wiec byc moze w wyniku pooperacyjnych komplikacji. uwazam, ze czeczowosc przekazu, nawet na blogu, to podstawa. ;-) nie mozemy wiedziec, co autor „mial na mysli”, gdyz nie znamy jego mysli, ani w przypadku pijactwa i slepoty, ani w przypadku senna, ani w przypadku ilosci stron…
    serdecznosci.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Z jednej strony masz rację, z drugiej czytanie wszystkiego i interpretowanie tego 1:1 nigdy nie było, w moim mniemaniu, drogą dobrą. Chociaż faktycznie, powinienem wyrazić się bardziej rzeczowo i dokładnie. Będę o tym na przyszłość pamiętał. Jeszcze raz dziękuję za tak fajną rozmowę (mam nadzieję, że nie tylko tym razem) :)

  • pilch

    Bardzo ciekawy tekst. Wydaje mi się, że o ile Ulissesa można jak najbardziej traktować jak książkę, literaturę, to Finnegans Wake powinno być trochę inaczej odbierane. Jest to coś innego, dlatego ciężko mówić o „czytaniu” w zwykłym znaczeniu. Nie mogę mówić o swoich odczuciach do tego dzieła, bo jeszcze się nie zapoznałem z całością. Znam jedynie kilka polskich fragmentów dostępnych przed premierą. Póki co, dużo frajdy sprawiło mi również przeczytanie kilku zdań po angielsku z objaśnieniami: zajęcie karkołomne, męczące…ale potem pół dnia myślałem o jednym zdaniu:)

    Odnośnie Twojego pisania: ostatnio dużo przeczytałem recenzji (?), informacji o wydaniu i wywiadów z tłumaczem. I, za przeproszeniem, rzygać mi się chce. Wszędzie te same głupkowate zwroty: książka-potwór, książka-monstrum, nie do przeczytania i nie do przetłumaczenia. Dlatego świetnie, że pokusiłeś się o utrwalenie swojej niezależnej opinii. Nawet nie chodzi o to, żeby się zgadzać z nią czy nie, ale o formę zapisania swojego zdania. I takie krótkie odczucia na temat książek chciałbym czytać w gazetach, a nie te wyświechtane zwroty. Osobiście spodobała mi się gdzieś zasłyszana opinia, że Joyce stworzył nowy język, i Wake jest jego słownikiem.Także znajomość angielskiego czy innego języka nic tutaj nie pomoże, nawet native speakerom.
    Pozdrawiam

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    O „Ulissesie” więcej jest mitów i legend, niż faktycznych wypowiedzi osób, które przeczytały od deski do deski. To stąd ten „lęk”, niechęć, beznadzieja i traktowanie jak coś dziwnego, ale „dziwnego” w złym sensie. Z „Finneganami” jest (i teraz w Polsce będzie) podobnie, przy czym tutaj jest więcej racji.

    Opinie o „Trenie” padają takie, a nie inne, bo są bezpieczne. Są prawdziwe, ale nikt nie kusi się o napisanie kilku zdań więcej. Tu nie ma jednej konkretnej interpretacji (przynajmniej ja tak uważam) i dobrego klucza, każdy może zapoznawać się zgodnie ze swoim tempem, swoimi możliwościami (choćby znajomości języków obcych, są przecież elementy choćby po niemiecku) czy nawet chęciami.

    Ja, jako że piszę to prywatnie i nie boję się, że mi tekstu nie puszczą, mogłem napisać swoje zdanie od początku do końca, w gazetach przeważnie trzeba trzymać się bezpiecznych granic i bardzo niewielu redaktorom wolno je przekraczać. Dlatego ostatnio coraz częściej kierujemy się opiniami recenzentów z ich prywatnych Facebooków czy Twitterów, niż z publikacji na papierze.

    Dziękuję za miłe słowa i komentarz ;)

  • Nora

    Panowie, wiecej tego prosze, wiecej. bo dobrze sie to czyta. :-) pozdrawiam! n