O perfekcji, dążeniu do, osiąganiu lub umieraniu po drodze mówiło się, mówi i mówić będzie jeszcze długo. Jest to stan tak samo znienawidzony, jak pożądany.

Stawianie sobie poprzeczki jest cechą każdego. Nawet ci najmniej ambitni mają swoje małe cele, których realizacja przynosi im satysfakcję, radość, poczucie spełnienia. Ale to jednostki najbardziej pracowite przeważnie są też tymi najwięcej wymagającymi od siebie. Taką osobą jest Nina, główna bohaterka głośnego „Black Swan”.

Równie ambitny Aronofsky z większym lub mniejszym sukcesem – nie tylko kasowym – realizuje projekty, które nie do końca wchodzą w kanon filmów lekkich, łatwych i przyjemnych. Od niedocenianego „Pi”, przez przeceniane i przesycone moralizatorstwem „Requiem for a Dream”, filozoficzne „The Source” i zadziwiająco zwykłego „The Wrestler” nakręcił swój najlepszy obraz w karierze – „Black Swan”.

Historia łabędzia, baletnicy i presji, jaką otoczenie i obowiązki wywierają na kruchą i delikatną Ninę stają się dla twórców jedynie tłem do zilustrowania zakradającego się powoli, ale konsekwentnie i stanowczo szaleństwa kryjącego się za pogonią doskonałości. Otrzymanie głównej roli w najważniejszej premierze sezonu – w „Jeziorze łabędzim” aranżowanym na nowo przez wybitnego Thomasa to dla dziewczyny szansa, spełnienie marzeń i szok, ale także początek końca i bolesnego upadku.

„Black Swan” szokuje na wielu polach. Dla jednych, rzadkie, acz intensywne sceny brutalności, dla innych głośna scena seksu z Natalie Portman i Milą Kunis, dla jeszcze innych – klimat. Ja zaliczam się do tej ostatniej grupy. Dawno już film nie zmęczył mnie tak, żebym w pewnym momencie musiał wyjrzeć przez okno tylko po to, by odetchnąć z ulgą. Dawno też żaden film nie utrudniał mi tak oderwania wzroku od telewizora.

Niemała w tym zasługa świetnej reżyserii i scenariusza, ale nie tylko. Niesamowita muzyka Mansella, zdjęcia stałego współpracownika reżysera, Matthew Libatique’a, montaż Weisbluma i scenografia pod dyrekcją Davida Stein’a zapewniają świetnemu scenariuszowi (tym razem nie autorstwa Aronofsky’ego) tak świetną oprawę, na jaką zasługuje.

Oscary 2011, które teraz nadrabiam, obfitują w świetne kino. Najpierw był dobry, ale niezasługujący na najważniejszą ze statuetek „The King’s Speech”, potem świetny „127 Hours”. Teraz – genialny „Black Swan”. Boję się sięgać po kolejne filmy.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Oglądałem „Pi”, „Requiem” i „Źródło”, każdy z tych filmów po kilka razy (może „Źródło” tylko 2). Głównie z jednego powodu – muzyka. Jest tak sugestywna i dobrana, że wymiata. Nie wiem jak to jest z „Zapaśnikiem” i „Łabędziem”, ale pewnie podobnie.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    W „Łabędziu” o tyle fajnie, że jest jeszcze ten balet Czajkowskiego, a nie tylko plumki Mansella. „Zapaśnika” oglądałem jakoś jednym okiem i to głównie dla Rourke’a i jego comebacku. Będę odświeżał jakoś niedługo pewnie, bo mnie „Black Swan” przeprosił z Aronofskym.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Jakie plumki, panie, to doskonała muza jest. W ogóle dla mnie kwestia dźwięku i muzyki w filmie decyduje czy mi się film podoba czy nie. To jest główny czynnik.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Jakiś zły na niego jestem po „Requiem”.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Czemu? Że patos? To chyba najbardziej wyeksploatowana melodia. Pasuje do każdej sytuacji. Jeszcze Kronos Quartet…

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    A ja wiem, myślisz? Może za to, że wszędzie te melodię słyszałem przez kilka ładnych lat? A może właśnie za ten srogi patos lejący się z filmu i muzy. Don’t know mon.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Ja obejrzałem ten film w kinie, gdzieś w okolicach premiery, więc na świeżo. Dopiero potem ta melodia się wszędzie wkradała. Ale fakt, że tam jest wszystko przerysowane, jest po bandzie, łącznie z muzą. Z tym, że wg mnie, to akurat w tym filmie się sprawdza. Zresztą Aronofsky ma takie skłonności do dramy. Z przytupem u niego jest, jak płakać, to bardzo, jak smucić się, to po całości, jak schiz, to też odjechany. Nie ma tak, że sobie piwko pijemy i palimy szlugi. Dramat musi być, dramat. Trza się zmagać z przeciwnościami, trza cierpieć wewnętrznie. Łabędź chyba też taki, co?

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Niby też, ale nie ma tego niepotrzebnego moralizatorstwa i pokazywania jakie to dragi/przesadzanie ze staraniami złe.

  • http://walkingfear.blogspot.com/ wmichael

    „BBlack Swan” był super. Odjechany, jak to Aronofsky, świetna Portman i muzyka. „Rewqueim dla snu” to film genialny, ale obejrzałem go tylko raz. Boję się powtórnego seansu choć dvd stoi na półce i kusi…

    Jeśli chodzi o Oscary 2011 to polecam „The Social Network” – jeden z najlepszych filmów ostatniego dziesięciolecia. Moim zdaniem to „Obywatel Kane” naszych czasów. Ale Akademia woli takie efektowne pierdołki, o których zapomina się kilka minut po seansie jak „The King’s Speech”. W tym roku było podobnie – wygrała efektowna błahostka, czyli „Artysta”, a „Moneyball” olano totalnie (skończyło się tylko na nominacjach).

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski
  • http://walkingfear.blogspot.com/ wmichael

    Przeczytałem Twoją reckę. No cóż, na tym to polega, że każdy ma inne zdanie ;)

    BTW oglądałeś „Dziewczynę z tatuażem”? Też Fincher, ponownie Reznor i Ross odpowiedzialni za muzykę. Moim zdaniem bardzo dobre kino. Nie podobał mi się literacki pierwowzór, był jakiś tak dziwnie napisany (lub to wina tłumacza). Szwedzka ekranizacja mnie znudziła. Wersja Finchera jest mroczna, przytłaczająca miejscami. Bardzo mi to pasowało. Kolejny zeszłoroczny przykład, po serialu „The Killing”, gdzie amerykański remake jest lepszy niż oryginał. No i Rooney Mara – aktorskie arcydzieło.