Tyle czasu spędził Aron Ralston uwięziony w wąskiej szczelinie jednego z wielu kanionów w USA. Jedyni towarzysze to kamera wideo, kończąca się woda, insekty i wspomnienia.

Danny Boyle potrafi kręcić świetne filmy. I nie tylko te, które ładnie urzekają komisję Oskarów, ale i takie, które widza hipnotyzują przez cały czas trwania. Najlepszym tego przykładem jeszcze do niedawna był kultowy „Trainspotting”,ale teraz historia Edynburczyków musi zadowolić się drugim miejscem. Na rzecz „127 Hours”.

Bohater filmu jest zapalonym alpinistą, wspina się po wszystkich możliwych górach – i tych oblanych śniegową polewą, i tych posypanych piaskowym pudrem. Poznajemy go, kiedy wyrusza na kolejną – krótką, bo weekendową – wyprawę do kanionu Blue John w Utah. W bardzo efektownie nakręconych szaleństwach Arona pojawia się zgrzyt – wypadek. Wpada do dość głębokiej szczeliny, a prawą rękę przygniata mu głaz.

Po krótkim i bardzo naturalnym momencie paniki, Ralston dochodzi do siebie i stara się racjonalnie wyjść z sytuacji. Wraz z upływem czasu i rosnącą liczbą nieudanych prób uwolnienia się, dociera do niego, że niepozorny przesmyk może być jego grobem.

Autor historii, czyli oryginalny Aron Ralson świetnie uchwycił to, co dzieje się w człowieku uwięzionym i niemalże czekającym na śmierć. Przez dużą część filmu analizuje swoje życie, wspomina dobre i złe chwile. Uświadamia sobie, że możliwość spędzenia w szczelinie reszty krótkiego życia nie zawiera w sobie pożegnania z najbliższymi, wyjaśnienia pomyłki dziewczynie czy nawet wypicia piwa na imprezie, na którą został zaproszony. Znajduje więc pierwszą najlepszą alternatywę – nagranie wypowiedzi na kamerę wideo. Z jednego filmiku robią się dwa, potem więcej. Sprzęt staje się spowiednikiem i pocieszycielem bohatera odchodzącego powoli – z wycieńczenia i pragnienia, ale też i z ciągłego myślenia – od zmysłów. W końcu zarówno on, jak i widz tracą poczucie rzeczywistości.

Film trwa zdecydowanie mniej, niż inne nominowane do Oskara – zaledwie półtorej godziny. To bardzo dobra decyzja, bo na dłuższą metę, gdyby reżyser chciał pokazać jak bardzo wydłuża się czas w takiej sytuacji, znudziłby widza i zepsuł świetnie wrażenie wywołane już na początku. Dużym atutem „127 Hours” jest to, że akcja nie trzyma w napięciu cały czas, ale tylko momentami. Są chwile, gdzie nie dzieje się wiele, praktycznie nic, są też takie, które ciśnienie podnoszą do stanu przedzawałowego.

Nietrudno się domyślić, że to film jednego aktora. Osoby występujące we wspomnieniach czy prologu tak naprawdę nie zajmują więcej, niż kilka minut czasu ekranowego. Na barkach Jamesa Franco leży utrzymanie wzroku widza na ekranie. I udaje mu się to bezbłędnie. Kreacja młodego Amerykanina na pewno przejdzie do historii – i dziwię się, że Oskara za najlepszą rolę męską dostał Firth, bo odtwórcy roli Ralstona statuetka należała się bardziej.

„127 Hours” trzyma w napięciu, porażając swoim realizmem i dobitnością. Boyle nie pomija trudnych fragmentów, nie stara się zrobić ze scenariusza kolejnego miłego dla oka i wywołującego uśmiech filmu do obejrzenia w sobotnie popołudnie. Otrzymujemy ciężkie, duszne kino o granicach wytrzymałości psychicznej i fizycznej, w którym każdy aspekt jest dopracowany i ostry.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    No to jak, wychodzi, umiera, znajdują go?

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Specjalnie nie pisałem żeby nie spoilerować, ale film jest oparty na książce tego faceta.

  • http://walkingfear.blogspot.com/ wmichael

    Zgadzam się to był bardzo dobry film.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Dziś byłem w Saturnie i kupiłem Tom Waits „Blue Valentine” za dwie dychy. W ogóle było parę fajnych rzeczy za dwie dychy, ale ja miałem na wydanie tylko dwie dychy. Co za niesprawiedliwość.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    U mnie w mieście, to mogę iść najwyżej do jakiejś księgarni i dowiedzieć się, czego nie ma na stanie. To jest niesprawiedliwość :(

  • http://walkingfear.blogspot.com/ wmichael

    @dawrweszte

    Moja ulubiona płyta Waitsa. Kiedyś w empiku na rogu Krakowskiego Przedmieścia i Racławickich (tam, gdzie teraz jest Rosmann) kupiłem za podobną cenę. Wtedy był festiwal „nice price” z katalogu Warnera. Zanabyłem wtedy jeszcze jakieś Jane’s Addiction, Faith No More. I nawet Legendary Pinkt Dots „The Maria Dimension”, choć nie było w Warnera to jednak cena 14,95 za cd była fajna. Lubie takie promocje.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Ja z kolei co jakiś czas wpadam do jednego Saturna i grzebię w koszyku z napisem „Płyty cd od 5,99″. Oczywiście w koszyku nie znalazłem żadnej płyty za 5,99, wszystkie za ok.20zł.