James Joyce znany był ze swojej dokładności niemalże tak bardzo, jak z pychy. Już na początku swojej kariery, bo po „Dublińczykach” zaczął pisać powieść, która objętością dorównywała „Ulissesowi”. Zostały z niej jedynie skrawki opublikowane pośmiertnie jako „Stefan bohater”.

Książka ma historię prawie tak ciekawą, jak ta, którą przedstawia. „Legenda” głosi, że Joyce pochwalił się swojemu wydawcy istnieniem 914-stronicowego rękopisu będącego jego quasi-biografią, jednak zaznaczył, że nie zamierza póki co kontynuować, a co dopiero kończyć pracy nad dziełem. A szkoda, bo może wtedy jego siostra nie musiałaby wyciągać z płomieni resztek szkicu.

„Stefan bohater” trafia do nas w bardzo ubogiej i uszkodzonej formie, stanowiąc tak naprawdę niewielką próbkę całości. Zaczyna się bowiem pod koniec… XV rozdziału i oferuje jedynie jedenaście takowych. Naturalnie, po drodze brakuje stron a te, które się zachowały, wydawca wzbogacił odautorskimi komentarzami i przypisami doń tak szczegółowymi, jak dokładny kolor kredki, którą naniesiono uwagę czy rodzaj pisma (w jednym miejscu znajdziemy nawet krytyczną wzmiankę przypisywaną bratu Joyce’a).

Historia właściwa przypomina wejście na film w połowie jego trwania, co bez znajomości tła „Stefana bohatera” może zniechęcić. Chociaż i to nie wydaje się być takie złe, kiedy uświadamiamy sobie, że książka zaczyna się, kiedy tytułowy bohater idzie do szkoły wyższej. Pechowo, do takiej samej, jak Joyce – do jezuitów. Niezbyt odpowiadają mu panujące tam reguły i rygor duchownych, toteż postanawia nie przestrzegać ani jednego, ani drugiego. Czarę goryczy przelewa jednak problem jego dopracowywanego i szlifowanego przez miesiące odczytu. Nie tyle nie spotkał się on z brawami, co nagrodzono go deszczem uwag i krytyki. To wydarzenie stało się jakby katalizatorem w procesie rozwoju duchowego i umysłowego najstarszego syna rodziny Deadalus.

Wraz z ubiegiem czasu, Stefan zjednuje sobie kilku kolegów, popada w zauroczenie i… w konflikt z Kościołem. Tak, ta książka to w dużej mierze szeroko rozwinięty opis sądów młodego Joyce’a na temat religii, katolicyzmu, Kościoła, nauki, Irlandii, języka irlandzkiego itd. Pod każdym stwierdzeniem podpisuje się bohater powieści, jednak gołym okiem widać, że więcej w nim Jamesa niż Stefana.

„Stefan bohater”, jak głosi tył okładki, to pierwsza powieść Joyce’a. Znając choćby pobieżnie biografie pisarza, nietrudno się domyślić, które wątki budowane są na wspomnieniach, które na wyobraźni. Jednak bez takiej wiedzy, wyznaczenie granicy wcale łatwe nie jest – to druga najbardziej bogata w rozbudowane, pełnokrwiste opisy i postaci książka Zoli Irlandii.