Szkic artysty z czasów młodości („Stefan bohater“)

Tomek — 20.02.2012 — KsiążkaKomentarze (0) — Tagi:

James Joyce znany był ze swo­jej dokład­no­ści nie­malże tak bar­dzo, jak z pychy. Już na początku swo­jej kariery, bo po „Dubliń­czy­kach” zaczął pisać powieść, która obję­to­ścią dorów­ny­wała „Ulis­se­sowi”. Zostały z niej jedy­nie skrawki opu­bli­ko­wane pośmiert­nie jako „Ste­fan bohater”.

Książka ma histo­rię pra­wie tak cie­kawą, jak ta, którą przed­sta­wia. „Legenda” głosi, że Joyce pochwa­lił się swo­jemu wydawcy ist­nie­niem 914-stronicowego ręko­pisu będą­cego jego quasi-biografią, jed­nak zazna­czył, że nie zamie­rza póki co kon­ty­nu­ować, a co dopiero koń­czyć pracy nad dzie­łem. A szkoda, bo może wtedy jego sio­stra nie musia­łaby wycią­gać z pło­mieni resz­tek szkicu.

Ste­fan boha­ter” tra­fia do nas w bar­dzo ubo­giej i uszko­dzo­nej for­mie, sta­no­wiąc tak naprawdę nie­wielką próbkę cało­ści. Zaczyna się bowiem pod koniec… XV roz­działu i ofe­ruje jedy­nie jede­na­ście tako­wych. Natu­ral­nie, po dro­dze bra­kuje stron a te, które się zacho­wały, wydawca wzbo­ga­cił odau­tor­skimi komen­ta­rzami i przy­pi­sami doń tak szcze­gó­ło­wymi, jak dokładny kolor kredki, którą nanie­siono uwagę czy rodzaj pisma (w jed­nym miej­scu znaj­dziemy nawet kry­tyczną wzmiankę przy­pi­sy­waną bratu Joyce’a).

Histo­ria wła­ściwa przy­po­mina wej­ście na film w poło­wie jego trwa­nia, co bez zna­jo­mo­ści tła „Ste­fana boha­tera” może znie­chę­cić. Cho­ciaż i to nie wydaje się być takie złe, kiedy uświa­da­miamy sobie, że książka zaczyna się, kiedy tytu­łowy boha­ter idzie do szkoły wyż­szej. Pechowo, do takiej samej, jak Joyce – do jezu­itów. Nie­zbyt odpo­wia­dają mu panu­jące tam reguły i rygor duchow­nych, toteż posta­na­wia nie prze­strze­gać ani jed­nego, ani dru­giego. Czarę gory­czy prze­lewa jed­nak pro­blem jego dopra­co­wy­wa­nego i szli­fo­wa­nego przez mie­siące odczytu. Nie tyle nie spo­tkał się on z bra­wami, co nagro­dzono go desz­czem uwag i kry­tyki. To wyda­rze­nie stało się jakby kata­li­za­to­rem w pro­ce­sie roz­woju ducho­wego i umy­sło­wego naj­star­szego syna rodziny Deadalus.

Wraz z ubie­giem czasu, Ste­fan zjed­nuje sobie kilku kole­gów, popada w zauro­cze­nie i… w kon­flikt z Kościo­łem. Tak, ta książka to w dużej mie­rze sze­roko roz­wi­nięty opis sądów mło­dego Joyce’a na temat reli­gii, kato­li­cy­zmu, Kościoła, nauki, Irlan­dii, języka irlandz­kiego itd. Pod każ­dym stwier­dze­niem pod­pi­suje się boha­ter powie­ści, jed­nak gołym okiem widać, że wię­cej w nim Jamesa niż Stefana.

Ste­fan boha­ter”, jak głosi tył okładki, to pierw­sza powieść Joyce’a. Zna­jąc choćby pobież­nie bio­gra­fie pisa­rza, nie­trudno się domy­ślić, które wątki budo­wane są na wspo­mnie­niach, które na wyobraźni. Jed­nak bez takiej wie­dzy, wyzna­cze­nie gra­nicy wcale łatwe nie jest – to druga naj­bar­dziej bogata w roz­bu­do­wane, peł­no­krwi­ste opisy i postaci książka Zoli Irlandii.

  • 7 / 10

Dodaj komentarz