Płyty „Issues” zespołu Korn ostatni raz słuchałem… cztery lata temu? Albo trzy, jakoś tak. Czułem się wówczas bardzo zawiedziony, bo kiedy byłem w gimnazjum, był to dla mnie jeden z ważniejszych albumów. Niedawno, przy okazji napływu wspomnień związanych z tamtym okresem, postanowiłem odświeżyć ten krążek.

Wiele osób uważa, że to najbardziej artystyczne dzieło Jonathana Davisa i jego kolegów, głównie dlatego, że użyto tu dość dużo różnych efektów gitarowych. Zespół postanowił też odejść od dodawania do mieszanki hip-hopu, co dodatkowo czyni „Issues” pierwszą od czasów debiutu płytą nagraną bez gości. Muzycy ruszyli też w stronę bardziej zaawansowanych warstwowo utworów, nie porzucając tym samym swojej unikalnej umiejętności w tworzeniu przyjaznych telewizji hitów.

Jak część z Was wie (czytając komentarze), jeszcze kilka lat temu zdecydowaną większość muzyki słuchałem robiąc jednocześnie sto innych rzeczy. Dlatego też „Issues” poznawałem podczas grania w coś na komputerze, uczenia się czy robienia czegokolwiek innego przy biurku. To z pewnością wpłynęło na fakt, że duża część wad tej płyty po prostu mi umknęła, przeleciawszy gdzieś między jedną a drugą walką w „Baldur’s Gate II”. W głowie utykały piosenki, które zespół promował w telewizji (które, bądźmy szczerzy, miały tak utknąć), czyli te najbardziej chwytliwe, z „Falling Away From Me” czy „Somebody Someone” na czele. Miałem wtedy naprawdę dobrą opinię o tej płycie.

Sięgając po nią po raz pierwszy od lat, tydzień temu, wiedziałem, że nie będzie to muzyczna uczta, słuchanie pełne zamyśleń i kontemplacji każdej piosenki. Ale, szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że będzie aż tak źle.

To znaczy, „Falling Away…”, „Trash” czy „Make Me Bad” nadal są fajne, ale już nie świetne. Przewidywalne i wtórne, owszem, ale przyjemne jednocześnie. Niewymagające, czasem nagradzane obfitym ziewnięciem, ale po prostu miłe. Do posłuchania w oderwaniu od wszystkiego.

Niestety, pięć kawałków nie uratuje całego albumu. Oprócz nich jeszcze jeszcze jedenaście innych, słabych, w porywach kiepskich. Najbardziej biją po uszach przerywniki trwające około minuty, będące niczym innym jak ślepym zaułkiem. Oprócz nich są jeszcze „pełne” utwory, dzielące się na dwie grupy – wtórne i szukające. Te pierwsze („Hey Daddy”, „Dirty”) to tak naprawdę stary Korn, nie wychodzący poza określone wynikami sprzedaży ramy. Drugie („Counting”, „Let’s Get This Party Started”), no cóż, nie są wcale daleko od pierwszych, mają jednak delikatną nutkę eksperymentowania, czy to z innym efektem gitarowym, czy trochę ciekawszym intro. Przypominają nieśmiałe pytanie „czy wolno?”, delikatne drapanie grubej ściany wtórności.

Gdy teraz o tym myślę, to schemat kilku dobrych i reszty kiepskich utworów towarzyszy całej twórczości zespołu. Przecież na „Follow the Leader” też były „Freak on a Leash” czy „Got the Life” i „Dead Bodies Everywhere”, ale potem? Nie pamiętam. Na „Life is Peachy” był „Good God” i „A.D.I.D.A.S.”. I tak dalej.

Ciężko ocenić, czy to album się zestarzał, czy to ja dojrzałem w kwestii wrażliwości muzycznej. Myślę, że jak i w wielu innych przypadkach, prawda leży gdzieś pośrodku. Faktem jednak jest, że Korn, nastawiony praktycznie od początku na medialność i zarabianie, radzi sobie z jedną rzeczą – komponowaniem wpadających w ucho singli. Wpadających jednym, wypadających drugim.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    jesz­cze kilka lat temu zde­cy­do­waną więk­szość muzyki słu­cha­łem robiąc jed­no­cze­śnie sto innych rze­czy

    To tak jak ja:)

    czy to album się zesta­rzał, czy to ja doj­rza­łem w kwe­stii wraż­li­wo­ści muzycz­nej

    Ty dojrzałeś. Ten album zawsze był stary, nieudany, tylko, że nam (czyli tym, którzy Korna bardzo lubili trudno było przyznać, że płyta jest słaba. Ona jest może i hiciarska, ale piosenkowa i w ogóle nijaka. Zgadzam się, ale nie wrócę do niej celem sprawdzenia. Ostatnio nawet widziałem parę razy klip do „Somebody…” i nie wytrzymałem całego.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Masz pewnie rację. Faktem jest, że kiedyś mi się podobał piekielnie, a teraz, słuchając go, wyraźnie widzę, że oni nie wiedzieli za bardzo, gdzie chcą z tym iść. Namiastki starego stylu z trzech pierwszych płyt, dołożenie „eksperymentalnych” rzeczy jak te właśnie przerywniki stylizowane na psychodelię (choćby „Wish You Could Be Me”). Wiele rzeczy jest nadskubanych, ale niczego nie doprowadzili do końca.

    Jak napisałeś, jest hiciarski, ten i każdy inny ich album. Góra pięć piosenek (z czego trzy to single) jest taka, że wpada w ucho za pierwszym razem. Tylko co z tego, jak to miałkie i nijakie po dłuższym obcowaniu.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Ha, ale to jest dobry przykład kapeli z jednego nurtu. Bo Korn to prekursorzy Nu Metalu, potem mieli mnóstwo naśladowców („Follow the Leader”, he), sam nurt trochę nam zmarniał i stał się po prostu wtórny. Decydowała nie jakość kompozycji, ale brzmienie. Korn się chciał z tego zgrabnie wymiksować, ale poległ. Tyle, że druga sprawa:

    Wydaje mi się, że to już były przymiarki do przejęcia władzy absolutnej w kapeli przez Davisa. On właśnie po tej płycie zaczął nabierac wiatru w żagle, sporo solowych przedsięwzięć. Nauka śpiewu itd. Soundtrack do Queen of the Damned. Idę o zakład, że „Issues” to był jego poligon doświadczalny. Tak to widzę.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Nurt nie zmarniał, on po prostu miał od początku wyznaczony schemat, koryto. To, co robił Korn w swojej karierze, i poniekąd robi (chociaż od odejścia Head’a to to są bardziej podrygi trupa), to zawsze jest to samo, z małymi, subtelnym i kosmetycznymi zmianami.

    Tak myślę, że prawdziwy Korn to były czasy pierwszej płyty, i to początki. Potem MTV ich podchwyciło, a oni zaczęli już analizować, jakie kawałki się dobrze sprzedają. Praktycznie całe lata 90-te były zdominowane przez nich, szlifujących tylko utartą formę.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Pamiętam, że Korna poznałem przy okazji soundtracka do Kruka, drugiej albo trzeciej części. Był tam kawałek o nazwie „Sean Olson” (chyba?, nie guglam). Potem przeczytałem, że wokalista to świr, pracuje w kostnicy i ma fantazje, że dusi swoją dziewczynę w czasie seksu. Super, wiedziałem, że kapela musi być zajebista. No i jeszcze wyczytałem gdzieś, że się popłakał jak nagrywał utwór „daddy”. Potem usłyszałem „Life is Peachy”, a dopiero potem dotarłem do pierwszego ich albumu. I to właśnie debiut mnie pozamiatał, potem poprzeczka była już tak wysoko, że siłą rzeczy nie dali rady mnie tak wciągnąć. „Issues” jest ostatnim albumem, który miałem przegrany od kogoś. „Untouchables” zaś jest ostatnim, którego przesłuchałem w całości.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    A nie wiem, co tam było. Oni ogólnie na soundtrackach sporo grali, do „Spawna” coś robili, potem Davis „QotD” (swoją drogą, przecudowny film, chyba rekordzista w kwestii szybkości wypowiedzianego przeze mnie na głos „ja pierdolę…”, a to było w czasach gdy kochałem Korna).

    Mnie debiut średnio ruszał, był zbyt szorstki, chyba po prostu zbyt mało dostępny w porównaniu z „Leaderem” czy „Take a Look in the Mirror”. Swoją drogą, gdyby Korn skończył na tej płycie, po odejściu Heada, uratowaliby sobie dupy.

    Przy okazji tych fantazji Davisa, to jak byłem mały, to faktycznie, myślałem, że cuda wianki, pracował w kostnicy, oh lord! Dziś bym pewnie olał.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    „Take a Look in the Mir­ror“. Swoją drogą, gdyby Korn skoń­czył na tej pły­cie, po odej­ściu Heada, ura­to­wa­liby sobie dupy

    W kwestii prestiżu na pewno, ale przecież to są zawodowi muzycy, firma, więc co im tam. Korn to marka, nie ma sensu tego kończyć. A propo, oni teraz coś z elektroniką kombinują.

    Przy oka­zji tych fan­ta­zji Davisa, to jak byłem mały, to fak­tycz­nie, myśla­łem, że cuda wianki, pra­co­wał w kost­nicy, oh lord! Dziś bym pew­nie olał

    No ba! Mało, że bym olał, to jeszcze bym wykpił. Do Spawna to takie duety były. Slayer z Atari Teenage Riot, Marylin z Crystal Method, a Korn to chyba z Butthole Surfers (?). Kurwa, nie pamiętam.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Z Dust Brothers na Spawnie grali!

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Tyle, że teraz oni są podupadającą, a właściwie to dogorywającą marką, a tak, wydaliby jakieś koncertowe DVD, potem co jakiś czas best of, boxset i zachowaliby twarze. To raz, dwa, że mogliby za parę lat zrobić reunion i naprawdę spić śmietankę.

    Na „Spawnie” grali „Kick the P.A.”, jeden z pierwszych tracków Korna, jak ściągnąłem z Kaaza :D

  • bojadżijew

    nie lubię tej płyty wyjątkowo, największy ich hit a ja nie wiem dlaczego, słaba jest.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    No słaba, właśnie. Nudna, przewidywalna.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Tyle, że teraz oni są pod­upa­da­jącą, a wła­ści­wie to dogo­ry­wa­jącą marką, a tak, wyda­liby jakieś kon­cer­towe DVD, potem co jakiś czas best of, boxset i zacho­wa­liby twa­rze. To raz, dwa, że mogliby za parę lat zro­bić reu­nion i naprawdę spić śmietankę.

    He, mogliby. Ale, nie wiem na ile oni są świadomi, że poziom troszeczkę spadł. Bo może Davis wciąż myśli, że jest zajebisty, albo że lepszy nawet niż jak zaczynał.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Wiesz co, jak odchodzi od gitarzysta prowadzący i pałker będący w bandzie od początku, to poziom siłą rzeczy leci. Wyrównanie takich strat to jest mega wymagające, a Korn zaczął udawać że wszystko gra i przecież nigdy nic. Fajne było, jak wzięli Jordisona, chociaż on nie jest dla mnie (jak dla wielu) objawieniem wśród perkusistów.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Headowi to chyba coś strzeliło do łba, jak się nie mylę. Jakieś religijne objawienia, Jezus Chrystus. Za wikipedią:

    In a 2009 radio interview with The Full Armor of God Broadcast,[11] Welch explained: „I was walking one day, just doing my Rock & Roll thing making millions of bucks, you know success and everything, addicted to drugs and then the next day I had Revelation of Christ and I was like, everything changes right now!”

    Oh yeah! Nie dziwne, ze odszedł. Musieli sporo ćpać w tym Kornie. Tak sobie teraz czytam o ich utarczkach, to kurde.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Oni skandowali wcześniej hasło, że Korn bez jednego członka nie ma prawa bytu. Że wiesz, we’re one. A tu co?

    Headowe objawienie to trochę chyba pic na wodę, chciał dość mocno upchnąć swoją muzę fanom zespołu, jakoś mu to nie wychodziło i momentalnie zamknął pysk (albo ja przestałem śledzić, nie pamiętam :D).

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Na wiki coś jest, że niby album ma być w 2012, ale to cholera wie. No i były do tej pory dwie płyty. Książkę nawet napisał.

    Headowe obja­wie­nie to tro­chę chyba pic na wodę

    Może i pic, ale jednak takie chrystusowe gadanie powoduje, że sporo fanów tracisz. On sobie z tantiemów spokojnie będzie żył, tylko pewnie mu teraz trochę brakuje. Bo jednak bez kapeli chuja zdziałasz. A oni się ładnie w tym Kornie dobrali.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Książkę to każdy dziś napisał. Nawet ja, prawie. A on coś wydał, serio? Hm, nawet jeśli tak, to to musi być albo kiepskie, albo znienawidzone i sprzedawane po $0,99 w jakichś budkach, bo nic nie słychać.

    Gadanie ujmuje fanów, prawda to, ale może chciał wyskoczyć z czymś oryginalnym. Albo faktycznie mu odbiło, to się jednak zdarza.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Offtop: siedzę sobie w tym RYMie i oceniam i stwierdzam, że daję prawie same wysokie oceny. Nie wiem czemu, podoba mi się to wszystko co akurat slucham i tyle chyba. I w ogóle zauważyłem, że jak mam płytę zjebać, w kwestii recenzji czy coś, to mi ciężko. Wolę w ogóle przemilczeć. Ogólnie recenzje to ciężka sprawa. Pamiętam jak pisałeś o King of Limbs (chyba) to też eksperymentowałeś z formą. Przypomniałem sobie swój eksperyment z formą recenzji, to się pochwalę:

    http://dawrweszte.salon24.pl/277565,sztuka-dekonstrukcji-czy-sztuczna-dekonstrukcja