„Bunraku”

Pierwsze wzmianki o filmie „Bunraku” pojawiły się już jakiś czas temu. Nie było wiadomo wiele – ba, nic nie było wiadomo – poza zarysem fabuły i Joshem Hartnettem. Informacji stopniowo przybywało, a moje zainteresowanie rosło. Kiedy w końcu wyklarowało się, o czym jest obraz, okazało się, że pokazywany jest tylko na festiwalach, w dodatku zagranicznych.

Wydarzenia nie wydają się być szczególnie odkrywcze, bo motyw dwóch nieznajomych przybywających do opanowanego przez przestępczość miasta jest stary, bardzo stary. Dodanie do tego barmana ze swoją historią, będącego też mędrcem i największego przeciwnika otoczonego grupą zaufanych mistrzów walki również nie powala innowacyjnością. Sami chyba jesteście w stanie domyślić się, jakie są powody wizyty wspomnianych na początku nieznajomych, prawda?

Na szczęście – co rzadko wychodzi – obecność tych wszystkich klisz nie szkodzi obrazowi, a nawet działa na jego korzyść. Nie ma co prawda napięcia fabularnego, paznokci obgryzionych z nerwów ani zimnego potu na plecach, ale w zamian za to otrzymujemy stosunkowo prostą, przyjemną i przewidywalną rozrywkę. Ale, gdyby „Bunraku” operował jedynie tym i nie wyróżniał się niczym szczególnym, przepadłby dawno, nie uratowany nawet przez świetną obsadę (wspomniany Josh Hartnett, Gackt, Woody Harrelson, Ron Perlman, Demi Moore, Mike Patton).

Ale, zaraz. Wiecie w ogóle, co to jest bunraku? Ja, przyznam szczerze, nie wiedziałem do niedawna. To specyficzna odmiana teatru japońskiego. Na początku operował ilustracjami, teraz lalkami. Zresztą, cały teatr japoński jest dla naszej kultury bardzo wyjątkowy, szczególnie przez dekoracje sceniczne. Są tak sztuczne, że nawet nie próbują udawać realnych obiektów, a często są tylko malunkami.

No i właśnie – film nakręcono w taki sposób! Naturalnie, zamiast lalek są aktorzy, ale dekoracje w większości są teatralne. To bardzo miła i interesująca odmiana, szczególnie że dziś każdy film akcji jest po brzegi wypełniony drogimi efektami i animacjami (do momentu, kidy nie wiemy czy w scenie dynamicznej to aktor, czy już komputerowa projekcja). Ogląda się to świetnie, szczególnie że wszystko dobrane jest idealnie. Kolory są żywe, zróżnicowane, sugestywne. Niektóre sceny, jak choćby jeden z końcowych pojedynków, zapierają dech swoim wyglądem, czasem do tego stopnia, że wydarzenia schodzą na dalszy plan.

Kolejnym interesującym zabiegiem są aktorzy. Hartnett, który najwyraźniej nie dał się wciągnąć do komedii romantycznych (z tą urodą byłby gwiazdą) i angażuje się w projekty nie zawsze przynoszące spory zysk („I Come with the Rain” czy właśnie „Bunraku”), tutaj naprawdę dał świetny popis możliwości. Jego bezimienny włóczęga jest ucieleśnieniem każdego mitu, sztampy i kliszy. Podobnie samuraj w wykonaniu Gackta, chociaż tu aktorstwo stoi na gorszym poziomie. Do postaci Harelsoma czy Perlmana też nie mogę się przyczepić. Ten pierwszy, zawsze mający odpowiedzi i asy w rękawie, rady i rozwiązania idealnie prowadzi bohaterów, podczas gdy Nicola tego drugiego jest znudzonym i szukającym wyzwania, ale i bezwzględnym złoczyńcą. Całości dopełnia Demi Moore w roli famme fatale dwóch mężczyzn i Mike Patton jako narrator.

„Bunraku” nie jest filmem, który puści TVN w piątek o ósmej. Nie dziwi także brak kinowych pokazów, a jedynie dystrybucja na wideo. Obraz jest specyficzny, na pewno więcej w nim teatru niż filmu. Wygrywa widza świetną stylistyką, oryginalną i bardzo interesującą. Szkoda tylko, że masa ludzi ten właśnie największy walor traktuje jako wadę i drogę na skróty.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Jest Woody Harrelson, a koleś z reguły w popelinie nie gra, więc jestem w stanie założyć, że film wciągający. Ta scenografia przywiodła mi na myśl Dogville, tam też był dość interesujący pomysł i niektórzy tego w ogóle nie łyknęli. Ja bardzo na tak.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    „Dogville” widziałem tylko część (Ewa zaspoilerowała mi zakończenie ;(), ale tam jest inaczej. W „Bunraku” masz takie klasyczne japońskie dekoracje typu malowane plansze czy figury na kształt origami (tylko w realnej skali). Zresztą, sprawdź pierwsze siedem minut: http://www.youtube.com/watch?v=dOBT3dXK5x4

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Ewa zaspo­ile­ro­wała mi zakoń­cze­nie

    O fuck. W ogóle można by się zabawić i powymieniać filmy, w których najlatwiej zaspoilerować zakończenie. Oprócz Dogville jeszcze Podejrzani ;) Ale sza…

    ps. kurna, muszę wreszcie notkę o radiogłowych dać, bo już przerobiłem ich do cna (mojego cna).

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Co do „Podejrzanych” to Foreman w „House’ie” zrobił to za Ciebie :P „Oddałem jej” (Ewie w sensie) streszczeniem „Before Sunrise” / „Before Sunset”.

    No właśnie, myślałem już, że nie wiem, stoisz w miejscu „to niby takie dobre, a dla mnie średnie”. Been there, done that, jakieś siedem czy sześć lat temu pierwszy kontakt z Radiogłowymi był cieniutki. Z dużej chmury, uznałem.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    No wła­śnie, myśla­łem już, że nie wiem, sto­isz w miej­scu „to niby takie dobre, a dla mnie śred­nie“

    nie, no nie w tym rzecz. Chcę o każdej płycie (oprócz Pablo) coś skrobnąć, a złapałem się na tym, że jak już miałem pisać, to sobie pomyślałem, że jeszcze tej, albo tamtej słuchnę i tak się wlecze. W tym tygodniu już must.

    „Before Sun­rise…”, no tak, Julie Delpy. Widziałem „Dwa dni w Paryżu”, przyjemny.

    Co do „Podej­rza­nych“ to Fore­man w „House’ie“ zro­bił to za Cie­bie

    Co za buc

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Straszny buc, nie? Miałem nosa hejtując go od pierwszego odcinka.

    No to, czekam na ten wpis z niecierpliwością!

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    No jest już u mnie ta notka o Radiohead. Zapraszam więc.

    A tutaj oceny poszczególnych płyt:
    http://rateyourmusic.com/collection/dawrweszte/recent/