Każdy kojarzy zespół Pidżama Porno. Jedni tylko z nazwy, drudzy już z muzyki. I mnie twory Grabaża nie są obce, jednak jeszcze do niedawna nie znałem dobrze żadnego ich albumu. Dopiero od zeszłego tygodnia słucham codziennie „Marchfi w butonierce”.

Pierwszy mój kontakt z tą płytą to jeszcze czasy podstawówki (a może gimnazjum?). W każdym razie, w okolicach premiery telewizję bombardował jeden z największych hitów grupy – „Twoja generacja”. Wpadłem po uszy. Nie byłem zresztą wyjątkiem, piosenka była (jest, jest) bardzo łatwo przyswajalna, tekst i melodia wchodziły w ucho po pierwszym przesłuchaniu. Postanowiłem zdobyć longplay. Wtedy jeszcze niewiele osób z mojego otoczenia miało urządzenie zwane komputerem, a o nagrywarce w ogóle nikt nie słyszał. Dlatego moja kopia była nagrana na kasetę, zaczynała się gdzieś po piętnastu minutach i brzmiała dość marnie.

Od razu powiem, że nigdy tej kasety do końca nie przesłuchałem. Zawsze kończyłem na drugim (czy trzecim) singlu, czyli „Bon ton na ostrzu noża”. Kolejny utwór, wtedy jeszcze nie wiedziałem jak się nazywa, odrzucał mnie skutecznie. Był nudny i miałki, nie chciało mi się iść dalej, przewijać i szukać początku drugiej strony (jak się nagrywało, to tak jak wyszło, nikt nie patrzył żeby zacząć na początku taśmy). Po jakimś tygodniu, może dwóch, słuchania tych sześciu kawałków z brzegu, zapomniałem o Pidżamie.

Długo zespół z Piły musiał czekać na drugą szansę (ale zabrzmiało fajnie). Na początku liceum jakoś przez Łukasza (a może jemu przeze mnie) wpadł zespół Strachy na lachy, wydający właśnie swój drugi krążek – „Piła tango”. Spodobał mi się, głównie ze względu na zabawny utwór tytułowy i dwa zamykające kawałki. Głos wokalisty poznałem od razu, namierzyłem więc jedyne inne znane dokonanie Grabowskiego, czyli wspomnianą „Marchef” w mp3 192 (jakość!). Ściągałem to z eMule jakiś tydzień, ale opłaciło się. To był ten album, nie jakieś amatorskie porno (kiedyś połowę Internetu stanowiły fałszywki).

Pierwszy kontakt to naturalnie sześć bardzo fajnych, skocznych kawałków, ale potem, no właśnie. Piosenka „Noc jak noc” naprawdę jest cienka. Ba, już mówię, że najgorsza na płycie. Ale przebrnąłem. Niestety kawałek wywarł na mnie tak negatywne wrażenie, że cała reszta wydała mi się nic nie warta. Zostałem, jak i parę lat wcześniej, przy pierwszych sześciu trackach.

Wiecie co? Stałem przy nich, tak na oko, jakoś cały czas. Raz, dwa razy w miesiącu słuchałem „Chłopcy idą na wojnę”, „Bon ton…” czy „Taksówki w poprzek czasu”.

Parę dni temu wpadła mi „Dodekafonia” Strachów. Falstart, no wiem, ale po „Zakazanych piosenkach” uznałem, że nie ma co się spieszyć. Błąd, bo płyta w porządku. Wracamy do liceum – trzeba dać szansę „Marchfi”. Żeby nie mieć na co zwalać winy, pożyczyłem od kolegi oryginał, zripowałem EAC-em i zacząłem słuchać.

Tutaj zaczyna się faktyczna recenzja.

Płytę otwiera wspomniana już „Twoja generacja”. Słuchając kawałka pierwszy, drugi czy dziesiąty raz – fajny, zabawny, przyjemny. Taki nieskomplikowany rocker, nie dziwię się, że to pierwszy singiel i największy (chyba) hit Pidżamy komercyjnie. Kolejne pięć kawałków nie odbierają jakością. Nie ma tu co prawda rewolucji ani pięknych liryków (nie, Grabaż to nie jest największy polski poeta), ale są za to dobre, wpadające w ucho, energiczne punkrockowe kawałki. Nie za długie, nie za krótkie, ze sprawdzoną strukturą. Po prostu, przyjemne piosenki.

Dalej jest ta nieszczęsna „Noc jak noc”. Nadal uważam, że to nie jest utwór wybitny. Ba, myślę nawet, że jest raczej średni, ale nie psuje odbioru tak, jak mi się zdawało. Bardzo różni się stylistyką, jest wolny, spokojniejszy, powiedziałbym że bliżej mu do post-punku niż punk-rocka. Potem jest „Brudna forsa”, niosąca ze sobą kompletną voltę stylistyczną. Skoczny, zalatujący wygłupami i reggae. Niezbyt mi przypada do gustu, bo nie lubię takich klimatów.

Następne w kolejce utwory są… znowu,fajne. Może to nie takie przeboje jak „Bon ton…” czy piosenka tytułowa, ale mimo wszystko, jest fajnie. Jedynie „Chcąc pokonać Babilon”, przypominające „Brudną forsę” wchodzi mi tak średnio. Na uwagę zasługuje utwór zamykający, czyli „Nocny gość”. Znowu bardzo wolny, interesujący, ale zaaranżowany dużo lepiej niż „Noc…”.

Na płycie są jeszcze cztery bonusy. Jest tam jeden kawałek na żywo i trzy zagrane podczas innych sesji, w lekko zmienionych aranżacjach czy tekstach. Bardziej ciekawostka niż faktyczny materiał wpływający na ogólną całość.

„Marchef w butonierce”, gdzieś tam z tyłu, urywkami, towarzyszy mi kilka ładnych lat. Mimo, że to nie jest płyta wybitna, nie jest to największe dokonanie polskiego rocka XXI wieku, to z pewnością warto posłuchać, choćby dla tych najbardziej energicznych numerów.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    „Złodzieje zapalniczek”, na ten album się załapałem. „Marchfii” słuchałem, ale bez rewelacji. Ja średnio lubię tę kapelę. Męczy mnie maniera Grabaża, z resztą, za dużo osób w moim otoczeniu tego słuchało. Zupełnie nie dla mnie. Mam gdzieś w mp3, ale to są takie otchłanie, ze nie bywam.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Uuu, to u mnie nikt nie słuchał Pidżamy. Wszyscy Peja, SLU.

    Mnie tam Grabaż nie robi krzywdy, chyba jestem w tej (wąskiej chyba ostatnio) grupie, której jego głos nawet się podoba.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Nie no głos ma ok, tylko taka barwa charakterystyczna. Ja miałem z tym problem taki, że było kilka numerów, które mi się podobały, ale większość takich, co nie przemawiały do mnie. Bo to właściwie niby był punk, ale jakiś taki mało punkowy. Ja punka słuchałem Siekiery, Armii, Dezertera, Exploited, GBH, to dla mnie taka Pidżama była za późno i już mnie nie chwytała. „Bal u senatora” zajebiście lubiłem, to pamiętam, ale to był taki hicior, że chyba każdy lubił. Poza tym tekst miał świetny, to mi imponowało.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Pidżama to nie jest taki mocny punk, prawdziwy czy coś. Zdecydowanie bardziej pop punk czy punk rock. Nigdy nie byłem fanów gatunku i poza jakimiś rzeczami typu NoMeansNo od Leszka to nic nie znam.

    Właśnie sobie puściłem „Złodziei”, mam nadzieję przesłuchać w całości (chociaż lecę na pysk, zawsze w weekend najwięcej pracy). W zeszłym tygodniu obiecałem koleżance, że posłucham co najmniej jednego nowego albumu Pidżamy, więc w sumie muszę :P

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Koleżanka:D He;)

    No nie jest to punk taki strice, ale też nigdy do takiego nie aspirowali, więc nie było problemu. Problem z Pidżamą miałem ja, bo to nie była po prostu moja estetyka. Kiedyś byłem fanem gatunków, ale to szybko przeszło. Pidżama to jedna z tych rzeczy, która dla mnie pojawiła się odrobinę za późno (albo ja za późno odkryłem), stąd słabe zainteresowanie materiałem. Poza tym w pewnym momencie Grabaż miał spory hype, parę lat temu był wszędzie. To w sumie było dość dziwne, bo jak zaczynali, to się mało nie rozpadli od razu. A może nawet rozpadli i chyba po kilku latach dopiero zeszli i zrobili jako taka karierę. Właściwie, to szczerze mówiąc, powiem tak: Pidżama jest całkiem spoko, ale w zbyt dużej dawce (nawet kilka utworów) męczy mnie niemiłosiernie.

    NoMeansNo wymiata, choć to też nie punk. Ale wymiata po całości! I love it!

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Był taki okres, faktycznie, że Grabaż i Pidżama byli wszędzie. Chyba po premierze „Bułgarskiego centrum”. Chociaż już po „Marchfi” było słychać o nich sporo.

    „Złodzieje” nawet nieźli, chociaż pierwsza połowa płyty zdawała się trwać w nieskończoność.

    NoMe­an­sNo wymiata, choć to też nie punk.
    No widzisz, moja cała znajomość gatunku :D

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Dałbym 5/10 chyba. Teraz. Jakbym przesłuchał jeszcze teraz, to może 6. Choć wątpię.

  • http://futrzak.salon24.pl futrzak

    Złodzieje i Styropian to jedne z lepszych polskich płyt pop ever – potem już mnie nie ruszali..

  • http://walkingfear.blogspot.com/ wmichael

    Miałem okres słuchania Pidżamy. Nawet kilkakrotnie byłem na ich koncertach, bo młodsza siostra bardzo lubiła ten zespół. Zespół mało wybitny, choć fajnie się tego słuchało kilka czy kilkanaście lat temu. Jednak po latach trudno by mi było zmusić się do przesłuchania całej płyty. „Marchew” jako całość była taka sobie, ale kilka kawałów można zanucić ;) Po latach jednak to chyba tylko „Tom Petty” i „Bon ton”. Może jeszcze „Nocny gość”.

    Ze Strachów lubię tylko płytę z piosenkami Kaczmarskiego. Reszta mi nie przypasiła.