Rzadko oglądam, chociaż lubię, filmy dokumentalne o muzyce. Przeważnie są to metraże kręcone przez zewnętrze komórki z niewielkim udziałem danego zespołu czy artysty. „The Fearless Freaks”, pokazujące całą historię The Flaming Lips, jest inne.

Film zaczyna się od krótkich wstawek z materiałów archiwalnych sięgających początków grupy. Nagrane na kasety VHS kawałki koncertów są komentowane przez członków zespołu a także ich bliskich i znajomych. Retrospekcje mieszają się z fragmentami wywiadów i historii. Coyne opowiada, jak pracował w knajpie i miał miejsce napad, Drozd o tym, jak dostał perkusję pod choinkę, ale i jednocześnie tygodniowy szlaban na nią. Najmniej czasu dostał Michael Irvins, chociaż wiele osób opowiada o nim jako o najdziwniejszej, przynajmniej na początku istnienia, personie.

Wyraźnie podkreślone jest, jak ważna dla muzyków jest rodzina. Lwia część „The Fearless Freaks” to wypowiedzi braci, matki i żony Wayne’a, ojca, wujka i dziewczyny Stevena, ale także osób związanych z nimi pośrednio czy nawet wcale. Członkowie innych kapel, aktorzy, pracownicy wytwórni – wszyscy mają do dodania swoje trzy grosze.

Olbrzymi plus to to, że dokument niczego nie osładza, nie omija. Najstarszy brat Wayne’a miał większość życia problemy z prawem i nie boi się tego głośno powiedzieć. Steven przez długi czas był uzależniony od heroiny, tutaj jest nawet scena, w której faktycznie bierze działkę.

Naprawdę, ciężko napisać dużo o „The Fearless Freaks” głównie dlatego, że to sama treść. Ogląda się to świetnie, nie ma dłużyzn, a każda wypowiedź jest interesująca. Jedyna wada to brak całych utworów wykonanych na żywo. Widać, że zespół dysponuje świetnymi materiałami, myślę, że mogli się pokusić o wstawienie choćby trzech, czterech najlepszych.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Uwielbiam dokumenty o muzyce. Ale bardziej ogólnie, o stylu jakimś, o mieście czy coś takiego. Ale to się dobrze zapowiada, bo Flaming jak już coś wypuszczają, to raczej ciekawie. A propo: słuchałeś tej ich nowej 6 – cio godzinnej piosenki??

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Ściągnąłem ją. Widzę, archiwum 800MB, a w środku trzy mp3. Ale nie wiem, czy kiedyś jej posłucham, nie mam już sił na takie maratony. „Daughter of Darkness” też tyle trwa i nie dałem rady (bo ja albo słucham od początku do końca, z jakimś tam przerwami między albumami na siku czy coś, albo wcale).

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Otóż to. Ja w ogóle nie próbuję. Zastanawiam się czy ten song nie jest trochę do sztambucha internautom. Na zasadzie: ściągacie całe dyskografie za darmochę, to proszę! Eat this!

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    More like eksperyment dla samego eksperymentowania. Because we can.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Kurna, przez sześć godzin. Nie mają litości. Chyba większym wyczynem jest ten rekord świata coroczny, paręset gitar grających jednocześnie „Hey Joe” i transmisja w Trójce. Rzeźnia na maxa i to live. Jezu, jezu.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Ale on jest nagrany podczas jednej sesji? Bo takie „Delìrivm Còrdia”, niby godzinny kawałek, a nagrany w częściach i potem sklejony.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Oj, nie wiem. Znając Flaming to pewnie w jednej. Cóż mieli do roboty, wolne popołudnie i jest piosenka.

    CHyba, że pytasz o Hey Joe ;)

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Nie no, o Flamingów. Chyba stestuję ten track choćby z brzegu, bo ciekawi mnie, jak to zrobili. Wiesz, myślę że świetnym wyczynem byłoby nagranie takiej długiej piosenki o klasycznej strukturze (zwrota-refren-zwrota), z jednym tematem przewodnim i jakąś historią.

    Yes, Wayne, this is challenge :D

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    świet­nym wyczy­nem byłoby nagra­nie takiej dłu­giej pio­senki o kla­sycz­nej struk­tu­rze (zwrota-refren-zwrota)

    Dokładnie o tym samym pomyślałem. Pytanie co byłoby najdłuższe? Czy zwrotka, czy refren czy też może tych części byłoby relatywnie więcej? No chyba, że najdłuższe byłoby solo.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Ja mam na myśli bardziej standardowe czasy trwania poszczególnych sekcji, tylko ilość byłaby zwielokrotniona. Kilkanaście zwrotek or smtn. Ale Twój pierwszy pomysł, z wydłużonymi fragmentami też jest równie interesujący.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    To trochę odwrócenie koncepcji The Residents na albumie Commercial Album

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    To ten, co jest kilkanaście (30?) miniaturek? Miałem z nimi kiedyś przygodę, ale taką raczej „o, The Residents? sprawdźmy”.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    tam jest chyba 40 utworów, każdy po około minucie. Residents fajna kapela. Traktują muzę bardzo konceptualnie.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Dobrze by było przybliżyć, ale ich dyskografia ma ze sto płyt. Jesteś w stanie wypluć z pięć pozycji, od których warto zacząć?

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Oczywiście. Z miłą chęcia. W kolejności do posłuchania:
    1. Not Available
    2. Meet The Residents
    3. Third Reich’n’Rol
    4. Eskimo
    5. Demons Dance Alone – jako ich bardziej nowoczesne nagrania, bo to 2002r.

    Ogólnie, najfajniejsze są pierwsze płyty, potem już trochę gorzej, a w latach 90 i 00 mają taką nachalną elektronikę, ciężko się przemóc, ale jak już pójdzie, to te kawałki wchodzą. W ramach poszerzenia warto także wspomniany Commercial Album, choć nie na początku, bo może zmęczyć i w ramach ciekawostki EPkę The Beatles Play The Residents and The Residents Play The Beatles, jako ciekawy przykłąd samplowania (plądrofonia). Zresztą, cała Third Reich’n’Roll jest oparta na tym patencie.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    No to dzięki, zabiorę się.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Offtop:
    właśnie zauważyłem, że na RYMie masz skalę ocen 1-5. Czyli tak jak u nas :) Placebo? Pamiętam jak kupiłem „Without You I’M Nothing” po usłyszeniu singla „Pure Morning”, to byłem zachwycony. „Black Market Music” też kupiłem od razu po premierze, gorsza od poprzedniczki, ale wciągająca, bardzo wciągająca. Ma adekwatny tytuł, zawsze mi to dobrze współgrało z muzą. Musze tę płytę odświeżyć. Kiedyś dałbym 4/5, teraz pewnie 3. Może 3,5, ale to jeszcze do odsłuchu.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Tam jest skala 1-5 z połówkami, czyli tak, jak tutaj (bo 1-10 bez połówek).

    Placebo jest fajne, ale posłucham dwa, trzy razy w tygodniu i mam dość. Najlepiej wchodzi mi zbiór singli („Once More with Feeling”). Singiel „Without You, I’m Nothing” z Bowie’m jest ekstra.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Widzę, że na tym RYMie teksty z bloga też wrzucasz. Ogólnie fajna rzecz, coraz bardziej mi się podoba, tym bardziej, że jest pretekst do gadania o płytach. Widzę Rubber Soul sprzed dwóch tygodni. Jak to powiedział John Lennon:

    Rubber Soul was the pot album and Revolver the acid.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Widzę, że na tym RYMie tek­sty z bloga też wrzu­casz
    Proste, że bezczelna promocja.

    Sprzed dwóch tygodni aż? Ostatnio w ogóle nic nie słucham. Siadłem sobie przy „Marchfi w butonierce” i kręcę się tym bardziej przez nostalgię, niż przez faktyczną jakość tej płyty. Na zmianę z nową płytą SNL, też taka jest w miarę.

    Wczoraj tylko „The Crybaby” Melvinsów, ale wymaga powtórki. Na razie mogę powiedzieć, że cover Nirvany lepszy niż oryginał.

    My tu gadugadu, a nowa Ścianka wychodzi w piątek czy sobotę. Kurna. Mam tylko nadzieję, że bardziej w stylu „Pana Planety” niż EPki „Secret Sister”. Singiel („Shifting…”) nie nastraja optymistycznie, ale co zrobić.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Wczo­raj tylko „The Cry­baby“ Melvin­sów, ale wymaga powtórki. Na razie mogę powie­dzieć, że cover Nirvany lep­szy niż oryginał.

    To chyba najgorszy kawałek na tej płycie. Ja do Melvinsów wracam co jakiś czas i muszę pojechać po kilku albumach od razu. „The Crybaby” fajne, ale to jednak dziwny album, tylu gości. Choć kawałek z Toolem niezły. „Bootlicker” to jest album! Ale lepszy na lato, duszne lato.

    Ścianka? Coś czytałem, ale bez odsłuchiwania na razie. Oni na koncertach zawsze rozjeżdżali, choć dawno nie byłem. „Pan…” niezły, ale ja jestem fanem „Dni Wiatru”. To jest dla mnie maestria.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Czy ja wiem, czy taki najgorszy. Podobał mi się, ale taki raczej prosty rocker (jak oryginał).

    Ilość gości faktycznie duża, do każdego tracka ktoś. Najmniej mi się podobał ten z Hankiem 3, kurde nie przekonam się do faceta chyba nigdy. Track z Pattonem daje radę, chyba.

    Aż wstyd, „Dni Wiatru” mam odsłuchane może ze dwa razy i to tak po łepkach. O, może nawet dziś sobie pomęczę.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    No ale przy „Dniach” to na całego słuchanie, nie jakieś tam pierdu pierdu. To cholernie wymagająca płyta. Ale takie lubimy przecież, czyż nie?

    Mi się ten kawałek z Hankiem podoba. Patton to mnie na razie męczy w jakiejkolwiek postaci. Ostatnio nawet słuchałem „The Crybaby”, ale raczej słucham tego bez emocji.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Mój kontakt z „Dniami” był w liceum, jak to była jeszcze w miarę świeża płyta. To było takie słuchanie i robienie czegoś jednocześnie. Niby fajne mi się wydało, ale nie pamiętam ani płyty ani tego, co robiłem.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    To było takie słu­cha­nie i robie­nie cze­goś jed­no­cze­śnie

    No way. Tak to można przy Stonesach :D Ta płyta wymaga kompletnego udziału, jest zajebiście wymagająca. To jest fenomen, że tych kilku kolesi potrafiło pójść aż tak bardzo na całość. Mi się w głowie nie mieści. Flaming Lips i ich 6 – godzinna piosenka to przy tym popierdułka.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Jeszcze cztery lata temu to ja tak wszystko słuchałem. Ale wtedy to miałem może z dziesięć swoich płyt, reszta to taka tam pożyczona.

    Flaming Lips i 6-godzinna piosenka też pewnie powinna być słuchana w skupieniu, ale chyba mam ADHD, bo nie usiedzę tyle czasu ze słuchawkami nic nie robiąc.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    bo nie usie­dzę tyle czasu ze słu­chaw­kami nic nie robiąc

    Ja nie usiedzę, bo go nie mam tyle w jednym ciagu. A znowu poszatkować ten kawałek? No nie wiem, musiałbym Wayne’a zapytać.

    Ja kiedyś, w czasach ogólniaka i studiów miałem rytuał siadania w fotelu na środku pokoju i słuchania płyt, więc. Teraz mam rytuał na słuchawkach, tylko ten czas… W związku z tym każda wolna chwila, to słuchawki na uszy. Ale jednak dziennie daję radę 2-3 razy coś przesłuchać. Albo 2-3 rzeczy.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Na maraton 6h to tylko noc. Niby siądziesz o ósmej, to o drugiej skończysz. Ale to musiałaby być naprawdę świetna kompozycja.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Nie wiem czy 6-cio godzinna kompozycja może być naprawdę świetna. Mi to się kojarzy z Grateful Dead i wieczorkami u Kena Keseya, te ćpuńskie maratony, wtedy człowiek traci poczucie czasu. W innym wypadku to chyba niemożliwe. Dla mnie max dawka z jakiegoś albumu czy coś, to 2 godz. Ale to max absolutnie wygórowany.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    No właśnie. To jest pewnie nagrane na zasadzie korzystania z feedbacku i jakichś random noise’ów, przez godzinę leci tylko zniekształcany jakimś efektem czy czymś szum, potem zmiana, parę minut improwizacji i od nowa.

    Ale daje sobie uciąć rękę, ba, dwie, że gdyby ten track był wypuszczony w formie podzielonego na utwory albumu/-ów, to takiej dyskusji w ogóle by nie było, bo przesłuchanie tego w takiej formie to żaden wyczyn.