Wielka trójka The Smashing Pumpkins

Tomek — 03.10.2011 — MuzykaKomentarze (37) — Tagi:
Wielka trójka The Smashing Pumpkins

Grupa The Sma­shing Pump­kins jest już dziś legendą. Co prawda nadal funk­cjo­nuje, ale to ory­gi­nalny skład, czyli Billy Cor­gan, James Iha, D’arcy Wretzky i Jimmy Cham­ber­lin stwo­rzył naj­lep­szy mate­riał i osią­gnął poziom, do któ­rego już dziś nie wrócą. Na kon­cie mają sie­dem albu­mów, w tym tylko trzy w ory­gi­nal­nej eki­pie, dwa kolejne bez Cham­ber­lina, a reszta to tak naprawdę tylko Billy.

Doro­bek mają umiar­ko­wany jeżeli cho­dzi o ilość, ale w kwe­stii jako­ści, tu jest naprawdę dobrze. Jed­nak dla mnie — a na blogu mogę sobie na to pozwo­lić — liczą się tylko „Sia­mese Dream“, „Mel­lon Col­lie and the Infi­nite Sad­ness“ (wspo­mniane) i „Adore“. Debiut, do któ­rego ostat­nio się co prawda prze­ko­na­łem, nie jest tak dobry, mimo że sygna­li­zuje by zespo­łem się inte­re­so­wać i śledzić.

Sia­mese Dream“ to przede wszyst­kim duży postęp po „Gish“. Album obfi­tuje w świetne, deli­katne bal­lady (prze­bo­jowe „Today“ czy „Soma“) ale także i ostrzej­sze kawałki („Quiet“, „Roc­ket“). Mimo, że tych pierw­szych jest wię­cej, to trac­kli­sta jest uło­żona tak, że płyta wydaje się być bar­dziej hard– niż alt-rockowa. Jed­nak to wra­że­nie szybko mija i wyraź­nie widać wtedy całą wraż­li­wość i deli­kat­ność kompozycji.

Podob­nie jak w przy­padku poprzed­niczki, tak i tutaj widać wyraźny nacisk na pro­duk­cje. Czy­stość i dba­łość o dźwięk są bar­dzo dużą zaletą w cza­sach, kiedy (nawet i sztuczny) brud był na topie. Cor­gan tak się roz­krę­cił w swoim per­fek­cjo­ni­zmie, że grupa prze­kro­czyła ter­min wyda­nia i budżet dość zna­cząco. Na szczę­ście Vir­gin pozwo­lił im dalej pra­co­wać tym ryt­mem, co nie­wąt­pli­wie się opłaciło.

Album zde­cy­do­wa­nie jest świet­nym przed­się­wzię­ciem i wiel­kim suk­ce­sem The Sma­shing Pump­kins. Dosko­nale poka­zuje, na co stać Cor­gana jako kom­po­zy­tora ale także i jako muzyka. (7÷10)

Wymie­niona wyżej płyta, mimo że bar­dzo dobra, w kon­fron­ta­cji z jej młod­szą sio­strą, może ucho­dzić jedy­nie za zapo­wiedź. „Mel­lon Col­lie and the Infi­nite Sad­ness“ to magnum opus Dyń, dwu­pły­towy album któ­rym zdo­byli sobie rze­szę fanów i krytyków.

Mimo, że pisa­łem już o tym albu­mie, dobrych słów nigdy za wiele. Naj­więk­szą róż­nicą mię­dzy tym albu­mem a „Sia­me­ase Dream“ jest zde­cy­do­wa­nie wkład kom­po­zy­cyjny reszty grupy. Pod­czas kiedy wcze­śniej Cor­gan pia­sto­wał sta­no­wi­sko władcy abso­lut­nego, tu wkład od reszty jest więk­szy (szcze­gól­nie pio­senka „Fare­well and Good­ni­ght“, świetny clo­ser). Wię­cej jest też eks­pe­ry­men­tów — „Toni­ght, Toni­ght“ nagrane z orkie­strą, noise roc­kowe „Bodies“, „1979“ oparte na per­ku­syj­nym loopie. Wymie­niać można długo, bo tak naprawdę każdy utwór tutaj jest wyjąt­kowy, wyróż­nia się i nie pozwala słu­cha­czowi na nudę.

Mel­lon Col­lie“ trwa ponad dwie godziny, ale gwa­ran­tuję, że jest to czas spę­dzony bar­dzo dobrze. Może za pierw­szym, czy dru­gim nawet razem uzna­cie, że to wcale nie jest taka dobra płyta, ale szcze­rze pole­cam poświę­cić jej kilka paź­dzier­ni­ko­wych wie­czo­rów. Opłaci się. (10÷10)

Kto­kol­wiek inte­re­so­wał się histo­rią The Sma­shing Pump­kins wie, że początki Billy’ego Cor­gana z muzyką to new wave i gotycki rock. To wła­śnie do tej, porzu­co­nej prze­cież już przy „Gish“ sty­li­styki, zespół powraca na kon­tro­wer­syj­nym „Adore“.

Wydany w 1998 roku long­play był jed­nym z naj­bar­dziej ocze­ki­wa­nych. Cor­gan dwoił się i troił w wywia­dach by pod­grzać atmos­ferę, która zresztą i tak wrzała dzięki poprzed­niej, już wtedy kul­to­wej, pły­cie. Napi­sa­łem wcze­śniej, że to mate­riał kon­tro­wer­syjny, bo tak jest. Podzie­lił fanów, a kry­tycy orze­kli, że to kom­pletne zerwa­nie z prze­szło­ścią. Nic dziw­nego, w końcu zro­bili tutaj to, co dwa lata póź­niej i na więk­szą skalę popeł­nią Radio­head. Tak, „Adore“ jest w cało­ści oparta na elek­tro­nice. Loopy i bity two­rzą ten album, są nawet utwory gdzie prócz głosu Cor­gana nie ma niczego żywego (świetne „Appels + Oranjes“).

Płyta przy­nio­sła też drugą, bar­dzo chwa­loną przez kry­ty­ków zmianę. Nie było tajem­nicą, że tek­sty nigdy nie były mocną stroną Billy’ego. Mimo że radził sobie nie­źle, to nie­które z nich wywo­ły­wały — i nadal wywo­łują — uśmie­szek na twa­rzy. Na „Adore“ Cor­gan przed­sta­wił liryki zde­cy­do­wa­nie bar­dziej doj­rzałe i na wyż­szym pozio­mie arty­stycz­nym. Meta­fory, nie­co­dzienny układ są na porządku dziennym.

Bar­dzo żałuję, że to jedyny krą­żek Dyń w tym stylu. Głów­nie dla­tego, że tutaj Cor­gan jesz­cze nie do końca opa­no­wał nowy styl kom­po­zy­cyjny, przez co „Adore“ nie jest tak dobre, jak mogłoby być. Po pierw­szych odsłu­chach zachwyca, jed­nak im dalej w las, tym gorzej. Po wtó­rym prze­słu­cha­niu zaczy­nają wycho­dzić wady, powta­rzal­ność i zle­wa­nie się w jedno a także brak pomy­słów na taką ilość pio­se­nek. Gdyby było ich o trzy, cztery mniej, long­play sporo by zyskał. Ale i tak, jest bar­dzo dobry. (7÷10)

Myślę, że te trzy albumy mogę pole­cić każ­demu. Mimo, że wokal nie każ­demu pasuje, to zachę­cam do dłuż­szego obco­wa­nia z The Sma­shing Pump­kins. Mnie też od razu nie zachwy­cili — ba — na początku nawet ode­pchnęli, ale cier­pli­wość jest tu sowi­cie wyna­gra­dzana. Kli­ma­tyczne nagra­nia grupy z Chi­cago to świetna pro­po­zy­cja na nad­cho­dzące wła­śnie jesienne wieczory.

37 komentarze/y

  1. dawrweszte pisze:

    Wciąż Sma­shing? Cie­kawe porów­na­nie Adore do Kid A. Może i cos w tym jest, ale jed­nak melo­die Cor­gana są prze­sło­dzone, on jed­nak nie ma tej nuty eks­pe­ry­mentu z formą. Bo to wszystko wciąż piosenki.

    pamię­tam też utwór „The Eye“ na sound­tracku do lost High­way. Kie­dyś podo­bał mi się nie­sa­mo­wi­cie, teraz jak włą­czy­łem sound­track, to zauwa­ży­łem, że ten kawa­łek jest strasz­nie łopa­to­lo­giczny. Owszem, fajny, ale taki prze­wi­dy­walny i prze­sad­nie „loopowy“, że tro­chę jed­nak to po latach razi. Cor­gan miał szansę pójść w coś naprawdę cie­ka­wego, ale jakoś to poszło bokiem. Potem wró­cił do gitary i już tro­chę nudził, szcze­rze mówiąc.

  2. Wciąż, ale to już ostat­nie :D Zna­czy pomysł na ten wpis mia­łem od dawna, tak jakoś się uło­żył nie­długo po „Gish“ i roz­mów o Nirvanie.

    Porów­na­nie jest jedy­nie na zasa­dzie zerwa­nia z formą, w żadnym wypadku poziomu artystycznego.

    Eye“ jest fajne, ale jak mówisz, takie loopowe i prze­wi­dy­walne, kom­po­zy­cja leży, mimo że środki użyte są fajne. Cor­gan źle zro­bił, że nie poci­snął eks­pe­ry­men­to­wa­nia (sprawdź na Tubie nagra­nia live z „Adore“ z Gar­so­nem), tylko roz­wią­zał zespół, potem reak­ty­wo­wał i nagrali nie wia­domo co, w skła­dzie tak naprawdę on + Cham­ber­lin. Wia­dome było, że ani jeden an drugi nie będą mieli tyle pary, co dzie­sięć czy nawet pięć lat temu, a jemu się wyda­wało, że może dalej grać tę samą formę. Wyszło słabo.

    Śmiesz­nie, że jakieś dwa, trzy lata po „Adore“ taki elek­tro­niczny rock to był prze­bój i gdyby Cor­gan potre­no­wał, roz­wi­nął się w kom­po­no­wa­niu, poszedł może troszkę w indu­strial (zobacz choćby „With Teeth“ czy „Year Zero“ NIN), Sma­sze mogliby być poważ­nymi posta­ciami na sce­nie, a nie legendą wyko­nu­jącą jakieś dziwne ruchy, bar­dziej śmieszne niż jakie­kol­wiek inne.

    Billy eks­pe­ry­men­tuje ale z formą wyda­wa­nia. Te kawałki z „Tear­gar­den…“ latają jakoś ni z lewej ni z pra­wej, raz ma wyjść płyta na czter­dzie­ści trac­ków, za chwile wycho­dzą jakieś EPki, teraz do tej „Oraty“ czy coś wycho­dzą mp3 do ścią­gnię­cia czy słu­cha­nia. To jest tak, że jeżeli nie śledzisz codzien­nie new­sów ze świata Sma­szin­gów, to za tydzień nie wiesz, co się dzieje, a to jest prak­tycz­nie samo­bój­stwo dla nich. Fani któ­rzy poznali ich nawet przy „Adore“ mają dziś pracę i rodziny, nie ster­czą cały dzień na Twit­te­rze czy innym Fejsie.

    On tak chyba „Machina II“ wypu­ścił, że było za friko mp3 320kbps do wzię­cia. Ale to chyba dla­tego, że on wie­dział, że to ostatni dech i nie ma sensu bawić się w labele.

  3. dawrweszte pisze:

    Cor­gan chyba się po Adore zajął bar­dziej pro­duk­cją nagrań dla innych, szcze­gól­nie pamię­tam, że sobie upodo­bał pracę z Court­ney Love, ona wtedy zaczęła robić ponowną karierę. Prze­cież riff do „Cele­brity Skin“ był jego (zaje­bi­sty zresztą). Potem ten sam riff powtó­rzył — z tego co pamię­tam — w „Ever­la­sting Gaze“. No może nie powtó­rzył, ale podobne były. Póź­niej się chyba pożarł z Court­ney i tyle tego było. Nie wiem czy on miałby cha­ry­zmę pójść w taką mini rewo­lu­cję brzmie­niowo kom­po­zy­cyjną, bo tak jak usta­li­li­śmy już „The Eye“ było tyle fajne co miał­kie. Pamię­tam też sin­gie­lek „Per­fect“ z Adore, też był dość sło­dziutki. Był poten­cjał, ale się zagu­bił. Potem już odci­na­nie kupo­nów. Machina była słaba, ale image w kli­pie do Ever­la­sting Gaze mi się podo­bał. Te płasz­cze, łysa pała, przy­po­mi­nało mi to film Dark City, który uwielbiam.

  4. Zajął się innymi, bo chyba nie miał pomy­słu na sie­bie i swoją muzykę. Ludzie „Adore“ przy­jęli chłodno głow­nie dla­tego, że to fajny pomysł, ale roz­wi­nięty na pół gwizdka.

    Per­fect“ ma podobną sty­li­stykę, co więk­szość płyty. Ona cała taka jest, co tro­chę się kłóci z ich wize­run­kiem. Tutaj smu­tek, gotyk, czarno-białe foty, a z dru­giej strony heeej „Pistol Pete“ czy wła­śnie „Per­fect“. Myślę, że gdyby Billy poszedł bar­dziej w smut­niej­sze rze­czy, tro­chę drone’u, indu­strialu (śladowo, naprawdę), „Adore“ byłaby hitem.

  5. dawrweszte pisze:

    No ba! Prze­cież „Ava Adore“ to zaje­bi­sty kawa­łek. Świetny kli­mat, świetna muzyka, cóż chcieć wię­cej. Potem nie­stety ta płyta tro­chę siada i to ją pogrąża.

  6. Ava Adore“ ma jesz­cze super tele­dysk! :> Tam sty­li­za­cja Cor­gana i reszty mi się mega­po­doba (lubię ten styl). Gdyby poszli w taki gotycki elek­tro­niczny rock, kurde, byliby wielcy :D

  7. dawrweszte pisze:

    Cor­gan się pew­nie zra­ził małymi nie­po­wo­dze­niami. Jak czy­ta­łem z nim jakiś wywiad kie­dyś, to coś wspo­mi­nał o kawałku ‚The Eye’. Że Lynch coś tam zamó­wił (czy Trent raczej, bo to on ścieżkę Lost High­way pro­du­ko­wał), ale się Lyn­chowi nie spodo­bał i umie­ścił go w byle jakim momen­cie w fil­mie (chyba w knaj­pie jakieś czy coś). No i się pew­nie Billy wku­rzył, że nie rozu­mieją jego wizji. Ale to były takie lata, że jak ktoś grał takiego rocka z sam­plami (niech będzie, rocka indi­strial­nego), to albo w to weszli na maxa (Trent, Mini­stry choć oni w tym zęby zje­dli), albo na eks­pe­ry­men­tach się koń­czyło. Zobacz, Dan­zig też swoją Piątkę nagrał elek­tro­niczną i porzu­cił. Wydaje mi się, że to było na zasa­dzie eks­pe­ry­mentu z brzmie­niami, bo wszy­scy teraz, bo modne, ale zabra­kło pasji w tym. Odro­biny sza­leń­stwa. Bo jak sobie słu­cham Kid A, które wymie­ni­łeś w tek­ście, to mam swoją teo­rię, choć nie znam szcze­gó­łów wyda­nia tej płyty, ani opi­nii chło­pa­ków z zespołu na jej temat — wydaje mi się, że to było na zasa­dzie total­nego eks­pe­ry­mentu. Pew­nie Thom Yorke w takie dźwięki poszedł i namó­wił kapelę na taki skok w bok tro­chę. Na zasa­dzie: nagrajmy taki album, zoba­czymy co się sta­nie, naj­wy­żej nas zje­dzą. Taką sobie doro­bi­łem teo­ryjkę na pocze­ka­niu, bo Kid A tro­chę tak brzmi.

    A u Cor­gana tego zabra­kło. Bo Adore brzmi tak, jakby Cor­ga­nowi ukra­dli gitarę i posta­no­wił zro­bić płytę bez gitary. Zamiast dosto­so­wać się do formy brzmie­nio­wej, on dosto­so­wał formę do swo­ich potrzeb. Wyszło jak wyszło i się wycofał.

  8. Kid A“ tak brzmi i pew­nie (też się nie zagłę­bia­łem wiele, szcze­rze mówiąc) tak to zro­bili. Na pewno żaden nie wie­dział, że to będzie prze­bój. Posta­wili wszystko na jedną kartę. Cor­gan z „Adore“ też tak zro­bił, ale on prze­jął się fanami (któ­rych zresztą wini za słabą sprze­daż płyty), któ­rzy byli bar­dziej kon­ser­wa­tywni, któ­rym nie podo­bał się eksperyment.

    Tutaj poja­wia się pyta­nie, ile w dzi­siej­szych cza­sach można grać roc­kowe pio­senki. Pamię­tasz, gada­li­śmy u Cie­bie, albo cią­gle ewo­lu­ujesz, albo zni­kasz w tłumie.

  9. dawrweszte pisze:

    No Cor­gan jest raczej miło­śni­kiem takiej pio­sen­ko­wo­ści. Skoro już tak sobie porów­nu­jemy do Radio­head, to jed­nak u Radio­gło­wych poja­wiają się na Ok Com­pu­ter kawałki tro­chę jakby rodem z rocka pro­gre­syw­nego (Para­noid Android). COr­gan tłu­cze jeden sche­mat: zwrotka-refren-zwrotka-refren-cośtam-refrenrefren. Tro­chę nuda. Jak już ten sche­mat dopro­wa­dził do per­fek­cji (Mel­lon…) to już potem tylko zmie­niał skład­niki. Bo w sumie taki „Ava Adore“ ma sporo wspól­nego z fan­ta­stycz­nym „1979“ (w ogóle Adore odwo­łuje się do kli­matu z tego sin­gla), a taki „Ever­la­sting Gaze“ ma sche­mat jak „Zero“. Słabo. Koleś chyba nie ma żyłki ryzy­kanta eks­pe­ry­men­ta­tora. On pew­nie chciałby być świet­nym wytwórcą kla­sycz­nie roc­ko­wych kawałków.

    Przy­po­mniała mi się kapela Stab­bing Westward, oni też sporo sam­pli wrzu­cali i też nie­wiele zmie­niali w swo­ich kawał­kach. Taki typowy ame­ry­kań­ski spo­sób. I jesz­cze Prong, któ­rego „Cle­an­sing“ ostat­nio słu­cha­łem. Na tej pły­cie oni rze­komo rzu­cili się na elek­tro­nikę, a tego w ogóle nie sły­chać! To było na zasa­dzie jakichś niu­an­sów pro­duk­cyj­nych, cichych dodat­ków brzmie­nio­wych. Być może szat­ko­wali gitary czy perkę w sam­ple na Pro Tools, ale co to za elek­tro­nika. To już krau­trock to wyko­rzy­sty­wał. Zresztą Prong też się nie obro­nił z cza­sem, a szkoda.

  10. Do „1979“ nawią­zuje „Per­fect“, bo to ma być kon­ty­nu­acja. „Ava Adore“ też, głów­nie dla­tego, że cała płyta jest nagrana na modłę tego utworu (skoro „1979“ ma loop i było hitem, nagram tak płytę!).

    Żeby roc­kowa pio­senka zwrotka-refren-zwrotka była dobra, musi mieć w sobie to coś. Radio­head potra­fili cztery lata temu nagrać „In Rain­bows“, pio­sen­kowy album, który urywa głowę. Jesz­cze wcze­śniej „Hail to the Thief“ też miał bli­sko do takiej kon­struk­cji. Cor­gan został w roz­kroku, tu eks­pe­ry­menty, elek­tro­nika, tu kla­syczna kom­po­zy­cja na trzy­mi­nu­tową piosenkę.

  11. dawrweszte pisze:

    Ale zobacz np. „idio­te­que“ i takie „The Eye“. Tu i tu tro­chę toporna elek­tro­nika, ale u RH jest jesz­cze kli­mat, prze­st­zreń i tro­chę psy­cho­de­lii. U Billy’ego po pro­stu piosenka.

  12. Zobacz sobie pierw­szy lep­szy kawa­łek z „Kid A“ czy „Amne­sac“, potem porów­naj z naj­lep­szymi kawał­kami z „Adore“. Nie chcę tu powie­dzieć, że to słaba płyta, ale pierw­szy lep­szy kawa­łek Radio­head z tam­tego okresu ma wię­cej fak­tycz­nego mate­riału, warstw, kli­matu, niż cały ten album.

    Cor­gan się chyba tro­chę prze­li­czył, bo to jest sche­ma­tyczna płyta, a w elek­tro­nice sche­mat jest kil­ka­krot­nie bar­dziej zabój­czy, niż w gita­ro­wym graniu.

  13. dawrweszte pisze:

    Kur­cze, jed­nak zje­cha­li­śmy to Adore.

  14. Daj spo­kój, to nie jest zły album, nadal rzu­cam mu 7/10, ale są kole­sie, co zre­ali­zo­wali pomysł przej­ścia na elek­tro­nikę lepiej.

    Zresztą, kilka dekad temu było podob­nie. Jak zespoły się elek­try­fi­ko­wały. Tylko że o tym się nie pamięta, bo to zamierz­chła histo­ria i tak naprawdę każdy podaje Boba Dylana jako pio­niera nurtu. Ale ilu było przed nim, co pró­bo­wali ale im się nie udało? Wcale nie musieli być ciency, po pro­stu nie zatry­biło im. Może publika nie pochwy­ciła, może było rok, dwa za wcześnie.

  15. dawrweszte pisze:

    Rok dwa za wcze­śnie jesz­cze nie do końca uspra­wie­dli­wia. Kra­ftwerk za kaz­dym razem byli rok dwa za wcze­śnie :D

    Nie, no ok, ja się zga­dzam, że płyta cał­kiem fajna, ale jed­nak Cor­gana stać na wię­cej. Stac było, bo teraz już nie wiem na co go stać, bo w ogóle nie śledzę. Coś tam sły­sza­łem z tych ostat­nich nagrań, ale jed­nym uchem wle­ciało i tyle tego było.

    PS. Kra­ftwerk też się prze­rzu­cił na elek­tro­nikę w końcu. Prze­cież zaczy­nali jako band z gitarą, perką i fletem.

    A cazy kiedy Cor­gan nagry­wał Adore, to był okres, kiedy wszy­scy pró­bo­wali elek­tro­niki. Tak się po pro­stu grało. Może dla­tego Adore nie robi aż takiego wra­że­nia. Sma­shing po pro­stu zmie­nili instru­men­ta­rium, to wszystko.

  16. Kra­ftwerk to zupeł­nie inna publika i inny okres. Słu­cha­cze byli przy­zwy­cza­jeni do eksperymentów.

    Wszy­scy pró­bo­wali elek­tro­niki, ale nie jako głów­nego instru­mentu. Loopy, syn­thy w tle — jasne. Ale wykli­ka­nie cało­ści w 1998? Do tego trzeba było odwagi, ale i nie­ba­nal­nej wyobraźni w kwe­stii kompozycji.

    Cor­gana było stać choćby na „Mel­lon Col­lie…“, ale teraz, jak napi­sa­łem wcze­śniej, te podrygi są bar­dziej śmieszne. Coś tam robi, ale nie wia­domo co, kiedy i jak wyj­dzie. On sam chyba nie wie do końca, co jest grane.

  17. dawrweszte pisze:

    teraz zer­k­ną­łem na Pitch­fork, chcia­łem zoba­czyć jak oce­niają Adore. W ogóle nie oce­niali, ale za to „Machina II“ dostała 7.7, a ja nawet tego albumu nie słuchałem.

  18. Co wszy­scy z tym picz­for­kiem? Ja tam patrzy­łem swego czasu, to więk­szość tek­stów jest napi­sana w duchu „pij moją zaje­bi­stość przez słomkę“.

  19. dawrweszte pisze:

    No naj­bar­dziej znany opi­nio­twór­czy ser­wis muzyczny. Na nim się prze­cież Dej­na­ro­wicz wzo­ro­wał two­rząc Por­cys. Ja pitch­forka pozna­łem kilka lat temu i spraw­dzają naj­le­piej oce­nione tam płyty, to w ogóle nie pokry­wają się z moim gustem.

    w duchu „pij moją zaje­bi­stość przez słomkę“.

    Dokład­nie, ale to jest chyba cha­rak­te­ry­styczna cecha nie­za­leż­nego dzien­ni­kar­stwa muzycz­nego. Że recen­zja jest dzie­łem sztuki, a nie recen­zo­wana muzyka.

  20. dawrweszte pisze:

    PS. jedna zaje­bi­sta rzecz w Pitch­forku to to, że oni tam dzień w dzień recen­zje płyty wrzu­cają, z datą pre­miery. Sporo można się dowie­dzieć po pro­stu. Nawet nie trzeba tych recek czytać.

  21. Wiem, wiem. Tak samo jak wiem co to Por­cys, na który też leję cie­płym moczem. Dla mnie recen­zja czy nawet felie­ton ma być tek­stem o tema­cie, nie spo­so­bem na poka­za­nie, jacy to jeste­śmy indie alter­na­tywni w oku­la­rach za 400zł.

    Pre­miery płyt mam na RYMie, wsta­wili takie okienko, że jak te zespoły któ­rych płytę kie­dyś oce­ni­łeś coś wydają, to Ci się poja­wia info.

  22. dawrweszte pisze:

    Pre­miery płyt mam na RYMie, wsta­wili takie okienko, że jak te zespoły któ­rych płytę kie­dyś oce­ni­łeś coś wydają, to Ci się poja­wia info.

    O pro­szę, to fajny pomysł jest. Ja tam nie mam konta, ale może może.

    Z tymi rec­kami to racja, można by nawet zro­bić ran­king naj­głup­szych. Jakieś wstawki z gg, Borys jak recen­zo­wał Mars Volta to drogę na uczel­nię opi­sał. Ok, to może byc subiek­tywne podej­ście do pisa­nia, ale na boga, kto kurna po takich tek­stach uzna je za coś zna­czące? Prze­cież ja też z kum­plem na gg sobie gadam, ale żeby zaraz to wszy­scy czy­tali? Ja tego nie kumam. Starość??

  23. Ja raz w for­mie eks­pe­ry­mentu zro­bi­łem roz­mowę z samym sobą, ale to bar­dziej dla żartu. Oni takie pier­do­le­nie trak­tują chyba poważ­nie, skoro ser­wis ileś tam się trzyma. Ale skoro ludzie to łykają.

  24. dawrweszte pisze:

    To może ja wrzucę gadkę z Tobą z komen­ta­rzy na temat Adore. Będę miał reckę, tylko ocenę wykom­bi­nuję ;) Jak zna­lazł nie­zal dziennikarstwo.

  25. Tylko ocenka nie żadne 7/10, tylko jakieś uła­meczki! 6.85÷10 czy coś.

  26. dawrweszte pisze:

    O tak, ułamki. Zobacz, skala 0–10 im mała. Kurde, może ja na blogu sobie wpro­wa­dzę skalę, wyko­rzy­stu­jąc ich ułam­ko­wość. Skoro każda cyfra może mieć jesz­cze jedną po prze­cinku (od 0 do 9), to tych ocen jest do wyboru, hmm 100? Może od razu dam oceny od 0 do 100? Czad, warto się nad tym zasta­no­wić. W końcu gdzie jak nie na blogu? ;)

    Z dru­giej strony w Pro­jekt Recen­zja co na blo­gach pro­wa­dzimy mamy oceny 1–5 z połów­kami. Czyli 9 róż­nych ocen. Że też wcze­śniej o tym nie pomyślałem.

  27. Wiesz, jaki masz wtedy roz­strzał? 85, 86, 87! So much dif­fe­rence! A serio, to Meta­cri­tic taką skalę, co jest sli­gh­tly poje­bane, bo rze­czy poni­żej 25/100 jest mniej, niż pal­ców u rąk.

    dru­giej strony w Pro­jekt Recen­zja co na blo­gach pro­wa­dzimy mamy oceny 1–5 z połów­kami. Czyli 9 róż­nych ocen. Że też wcze­śniej o tym nie pomy­śla­łem.
    Już Ci to wytkną­łem pod ostat­nią recen­zją. Trol­ling Tomek picks up.

  28. dawrweszte pisze:

    Oce­nia­nie mnie jed­nak męczy, dużo łatwiej mi się pisze czy słu­cha bez oce­nia­nia punk­to­wego. Stąd naj­chęt­niej bym się wymik­so­wał z punk­to­wa­nia, ale w dużej mie­rze cho­dzi o róż­nice punk­towe u nas. Choć w takiej skali nie ma spe­cjal­nie roz­pię­to­ści, bo jed­nak 3 czy 3.5 nie robi takiej róż­nicy jak 6 i 7. Cho­ciaż ja wiem? Teraz to mam tak, że czy­tam kto pod­pi­sany pod recen­zją, potem zer­kam na punk­ta­cję, a i tak naj­waż­niej­sze co w tek­ście. Infor­ma­cja o auto­rze recen­zji daje mi chyba naj­wię­cej :) Ale prze­cież czę­sto jest tak, że taką na przy­kład 6 można wychwa­lić, albo zga­nić. Zależy na czym się skupisz.

  29. Z oce­nami naj­więk­szy pro­blem jest taki, że szóstka szó­stce nie­równa. Oce­nisz jedną płytę na sześć i ją wychwa­lisz, a drugą tak samo, ale ją zga­nisz. Jak sam napisałeś.

  30. dawrweszte pisze:

    Fajny pomysł miał Mariusz Herma u sie­bie na blogu, z tymi drzew­kami. Schlud­nie. Tam chyba max. to 6 drze­wek, no i są połówki.

  31. Ano, tyle że on sam nie­dawno wspo­mi­nał, ile z oce­nia­niem zachodu.

  32. dawrweszte pisze:

    Oj, to oce­nia­nie to subiek­ty­wi­zmem na kilo­metr, dla­tego zawsze czy­tam nazwi­sko autora recen­zji. Na blo­gach to przy­naj­mniej subiek­ty­wizm jest w for­mułę wpisany.

  33. Na stro­nie polygamia.pl jest skala 1–5 bez połó­wek. Więk­szość gier — i takich mało war­tych i tych nie­złych — dostaje 3/5. To jest dopiero wąskie.

    Oso­bi­ście chciał­bym taką formę, że recen­zje pisze jedna osoba, ale do tego wpa­dają dwie, trzy dodat­kowe opi­nie (kilka zdań) z ewen­tu­alną ocenką. Ale to chyba za dużo zachodu jak na jeden tekst (chyba że główny cel gazety/serwisu to recen­zje, ale to z kolei zawęża tar­get, szcze­gól­nie dziś, kiedy szyb­ciej ścią­gniesz płytę czy film niż prze­czy­tasz recenzje).

  34. dawrweszte pisze:

    W ogóle the best jest dys­ku­sja, też w komen­tach. Ostat­nio z Boja­dżi­je­wem gada­łem, to mi pisał, że on woli o muzie gadać niż pisać i mu się w sumie nie dzi­wię. Bo w dys­ku­sji wypunk­tu­jesz wszystko, albo wszystko posta­rasz się wybro­nić, a recka jest jed­nak zawsze pew­nym uproszczeniem.

  35. Nie zawsze ma się z kim roz­ma­wiać (ja na ten przy­kład nie mam, poza komen­tami tu i u Cie­bie), poza tym nie wszy­scy słu­chają tego samego.

  36. dawrweszte pisze:

    No ja też nie powiem żebym był melo­ma­nami oto­czony ;) W realu to już rzad­kość. Każdy ma swoje hobby. No ale w komen­tach też jest dys­ku­sja i o to chodzi.W końcu jak na razie nie tylko Sma­shing roz­k­mi­ni­li­śmy, a już nie­długo podzielę się wra­że­niami z dys­ko­gra­fii Radio­head, więc też będzie o czym :)

  37. Cze­kam na to Radio, oj ;D

Dodaj komentarz