Grupa The Smashing Pumpkins jest już dziś legendą. Co prawda nadal funkcjonuje, ale to oryginalny skład, czyli Billy Corgan, James Iha, D’arcy Wretzky i Jimmy Chamberlin stworzył najlepszy materiał i osiągnął poziom, do którego już dziś nie wrócą. Na koncie mają siedem albumów, w tym tylko trzy w oryginalnej ekipie, dwa kolejne bez Chamberlina, a reszta to tak naprawdę tylko Billy.

Dorobek mają umiarkowany jeżeli chodzi o ilość, ale w kwestii jakości, tu jest naprawdę dobrze. Jednak dla mnie – a na blogu mogę sobie na to pozwolić – liczą się tylko „Siamese Dream”, „Mellon Collie and the Infinite Sadness” (wspomniane) i „Adore”. Debiut, do którego ostatnio się co prawda przekonałem, nie jest tak dobry, mimo że sygnalizuje by zespołem się interesować i śledzić.

Siamese Dream” to przede wszystkim duży postęp po „Gish”. Album obfituje w świetne, delikatne ballady (przebojowe „Today” czy „Soma”) ale także i ostrzejsze kawałki („Quiet”, „Rocket”). Mimo, że tych pierwszych jest więcej, to tracklista jest ułożona tak, że płyta wydaje się być bardziej hard- niż alt-rockowa. Jednak to wrażenie szybko mija i wyraźnie widać wtedy całą wrażliwość i delikatność kompozycji.

Podobnie jak w przypadku poprzedniczki, tak i tutaj widać wyraźny nacisk na produkcje. Czystość i dbałość o dźwięk są bardzo dużą zaletą w czasach, kiedy (nawet i sztuczny) brud był na topie. Corgan tak się rozkręcił w swoim perfekcjonizmie, że grupa przekroczyła termin wydania i budżet dość znacząco. Na szczęście Virgin pozwolił im dalej pracować tym rytmem, co niewątpliwie się opłaciło.

Album zdecydowanie jest świetnym przedsięwzięciem i wielkim sukcesem The Smashing Pumpkins. Doskonale pokazuje, na co stać Corgana jako kompozytora ale także i jako muzyka. (7/10)

Wymieniona wyżej płyta, mimo że bardzo dobra, w konfrontacji z jej młodszą siostrą, może uchodzić jedynie za zapowiedź. „Mellon Collie and the Infinite Sadness” to magnum opus Dyń, dwupłytowy album którym zdobyli sobie rzeszę fanów i krytyków.

Mimo, że pisałem już o tym albumie, dobrych słów nigdy za wiele. Największą różnicą między tym albumem a „Siamease Dream” jest zdecydowanie wkład kompozycyjny reszty grupy. Podczas kiedy wcześniej Corgan piastował stanowisko władcy absolutnego, tu wkład od reszty jest większy (szczególnie piosenka „Farewell and Goodnight”, świetny closer). Więcej jest też eksperymentów – „Tonight, Tonight” nagrane z orkiestrą, noise rockowe „Bodies”, „1979” oparte na perkusyjnym loopie. Wymieniać można długo, bo tak naprawdę każdy utwór tutaj jest wyjątkowy, wyróżnia się i nie pozwala słuchaczowi na nudę.

„Mellon Collie” trwa ponad dwie godziny, ale gwarantuję, że jest to czas spędzony bardzo dobrze. Może za pierwszym, czy drugim nawet razem uznacie, że to wcale nie jest taka dobra płyta, ale szczerze polecam poświęcić jej kilka październikowych wieczorów. Opłaci się. (10/10)

Ktokolwiek interesował się historią The Smashing Pumpkins wie, że początki Billy’ego Corgana z muzyką to new wave i gotycki rock. To właśnie do tej, porzuconej przecież już przy „Gish” stylistyki, zespół powraca na kontrowersyjnym „Adore„.

Wydany w 1998 roku longplay był jednym z najbardziej oczekiwanych. Corgan dwoił się i troił w wywiadach by podgrzać atmosferę, która zresztą i tak wrzała dzięki poprzedniej, już wtedy kultowej, płycie. Napisałem wcześniej, że to materiał kontrowersyjny, bo tak jest. Podzielił fanów, a krytycy orzekli, że to kompletne zerwanie z przeszłością. Nic dziwnego, w końcu zrobili tutaj to, co dwa lata później i na większą skalę popełnią Radiohead. Tak, „Adore” jest w całości oparta na elektronice. Loopy i bity tworzą ten album, są nawet utwory gdzie prócz głosu Corgana nie ma niczego żywego (świetne „Appels + Oranjes”).

Płyta przyniosła też drugą, bardzo chwaloną przez krytyków zmianę. Nie było tajemnicą, że teksty nigdy nie były mocną stroną Billy’ego. Mimo że radził sobie nieźle, to niektóre z nich wywoływały – i nadal wywołują – uśmieszek na twarzy. Na „Adore” Corgan przedstawił liryki zdecydowanie bardziej dojrzałe i na wyższym poziomie artystycznym. Metafory, niecodzienny układ są na porządku dziennym.

Bardzo żałuję, że to jedyny krążek Dyń w tym stylu. Głównie dlatego, że tutaj Corgan jeszcze nie do końca opanował nowy styl kompozycyjny, przez co „Adore” nie jest tak dobre, jak mogłoby być. Po pierwszych odsłuchach zachwyca, jednak im dalej w las, tym gorzej. Po wtórym przesłuchaniu zaczynają wychodzić wady, powtarzalność i zlewanie się w jedno a także brak pomysłów na taką ilość piosenek. Gdyby było ich o trzy, cztery mniej, longplay sporo by zyskał. Ale i tak, jest bardzo dobry. (7/10)

Myślę, że te trzy albumy mogę polecić każdemu. Mimo, że wokal nie każdemu pasuje, to zachęcam do dłuższego obcowania z The Smashing Pumpkins. Mnie też od razu nie zachwycili – ba – na początku nawet odepchnęli, ale cierpliwość jest tu sowicie wynagradzana. Klimatyczne nagrania grupy z Chicago to świetna propozycja na nadchodzące właśnie jesienne wieczory.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Wciąż Smashing? Ciekawe porównanie Adore do Kid A. Może i cos w tym jest, ale jednak melodie Corgana są przesłodzone, on jednak nie ma tej nuty eksperymentu z formą. Bo to wszystko wciąż piosenki.

    pamiętam też utwór „The Eye” na soundtracku do lost Highway. Kiedyś podobał mi się niesamowicie, teraz jak włączyłem soundtrack, to zauważyłem, że ten kawałek jest strasznie łopatologiczny. Owszem, fajny, ale taki przewidywalny i przesadnie „loopowy”, że trochę jednak to po latach razi. Corgan miał szansę pójść w coś naprawdę ciekawego, ale jakoś to poszło bokiem. Potem wrócił do gitary i już trochę nudził, szczerze mówiąc.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Wciąż, ale to już ostatnie :D Znaczy pomysł na ten wpis miałem od dawna, tak jakoś się ułożył niedługo po „Gish” i rozmów o Nirvanie.

    Porównanie jest jedynie na zasadzie zerwania z formą, w żadnym wypadku poziomu artystycznego.

    „Eye” jest fajne, ale jak mówisz, takie loopowe i przewidywalne, kompozycja leży, mimo że środki użyte są fajne. Corgan źle zrobił, że nie pocisnął eksperymentowania (sprawdź na Tubie nagrania live z „Adore” z Garsonem), tylko rozwiązał zespół, potem reaktywował i nagrali nie wiadomo co, w składzie tak naprawdę on + Chamberlin. Wiadome było, że ani jeden an drugi nie będą mieli tyle pary, co dziesięć czy nawet pięć lat temu, a jemu się wydawało, że może dalej grać tę samą formę. Wyszło słabo.

    Śmiesznie, że jakieś dwa, trzy lata po „Adore” taki elektroniczny rock to był przebój i gdyby Corgan potrenował, rozwinął się w komponowaniu, poszedł może troszkę w industrial (zobacz choćby „With Teeth” czy „Year Zero” NIN), Smasze mogliby być poważnymi postaciami na scenie, a nie legendą wykonującą jakieś dziwne ruchy, bardziej śmieszne niż jakiekolwiek inne.

    Billy eksperymentuje ale z formą wydawania. Te kawałki z „Teargarden…” latają jakoś ni z lewej ni z prawej, raz ma wyjść płyta na czterdzieści tracków, za chwile wychodzą jakieś EPki, teraz do tej „Oraty” czy coś wychodzą mp3 do ściągnięcia czy słuchania. To jest tak, że jeżeli nie śledzisz codziennie newsów ze świata Smaszingów, to za tydzień nie wiesz, co się dzieje, a to jest praktycznie samobójstwo dla nich. Fani którzy poznali ich nawet przy „Adore” mają dziś pracę i rodziny, nie sterczą cały dzień na Twitterze czy innym Fejsie.

    On tak chyba „Machina II” wypuścił, że było za friko mp3 320kbps do wzięcia. Ale to chyba dlatego, że on wiedział, że to ostatni dech i nie ma sensu bawić się w labele.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Corgan chyba się po Adore zajął bardziej produkcją nagrań dla innych, szczególnie pamiętam, że sobie upodobał pracę z Courtney Love, ona wtedy zaczęła robić ponowną karierę. Przecież riff do „Celebrity Skin” był jego (zajebisty zresztą). Potem ten sam riff powtórzył – z tego co pamiętam – w „Everlasting Gaze”. No może nie powtórzył, ale podobne były. Później się chyba pożarł z Courtney i tyle tego było. Nie wiem czy on miałby charyzmę pójść w taką mini rewolucję brzmieniowo kompozycyjną, bo tak jak ustaliliśmy już „The Eye” było tyle fajne co miałkie. Pamiętam też singielek „Perfect” z Adore, też był dość słodziutki. Był potencjał, ale się zagubił. Potem już odcinanie kuponów. Machina była słaba, ale image w klipie do Everlasting Gaze mi się podobał. Te płaszcze, łysa pała, przypominało mi to film Dark City, który uwielbiam.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Zajął się innymi, bo chyba nie miał pomysłu na siebie i swoją muzykę. Ludzie „Adore” przyjęli chłodno głownie dlatego, że to fajny pomysł, ale rozwinięty na pół gwizdka.

    „Perfect” ma podobną stylistykę, co większość płyty. Ona cała taka jest, co trochę się kłóci z ich wizerunkiem. Tutaj smutek, gotyk, czarno-białe foty, a z drugiej strony heeej „Pistol Pete” czy właśnie „Perfect”. Myślę, że gdyby Billy poszedł bardziej w smutniejsze rzeczy, trochę drone’u, industrialu (śladowo, naprawdę), „Adore” byłaby hitem.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    No ba! Przecież „Ava Adore” to zajebisty kawałek. Świetny klimat, świetna muzyka, cóż chcieć więcej. Potem niestety ta płyta trochę siada i to ją pogrąża.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    „Ava Adore” ma jeszcze super teledysk! :> Tam stylizacja Corgana i reszty mi się megapodoba (lubię ten styl). Gdyby poszli w taki gotycki elektroniczny rock, kurde, byliby wielcy :D

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Corgan się pewnie zraził małymi niepowodzeniami. Jak czytałem z nim jakiś wywiad kiedyś, to coś wspominał o kawałku ‚The Eye’. Że Lynch coś tam zamówił (czy Trent raczej, bo to on ścieżkę Lost Highway produkował), ale się Lynchowi nie spodobał i umieścił go w byle jakim momencie w filmie (chyba w knajpie jakieś czy coś). No i się pewnie Billy wkurzył, że nie rozumieją jego wizji. Ale to były takie lata, że jak ktoś grał takiego rocka z samplami (niech będzie, rocka indistrialnego), to albo w to weszli na maxa (Trent, Ministry choć oni w tym zęby zjedli), albo na eksperymentach się kończyło. Zobacz, Danzig też swoją Piątkę nagrał elektroniczną i porzucił. Wydaje mi się, że to było na zasadzie eksperymentu z brzmieniami, bo wszyscy teraz, bo modne, ale zabrakło pasji w tym. Odrobiny szaleństwa. Bo jak sobie słucham Kid A, które wymieniłeś w tekście, to mam swoją teorię, choć nie znam szczegółów wydania tej płyty, ani opinii chłopaków z zespołu na jej temat – wydaje mi się, że to było na zasadzie totalnego eksperymentu. Pewnie Thom Yorke w takie dźwięki poszedł i namówił kapelę na taki skok w bok trochę. Na zasadzie: nagrajmy taki album, zobaczymy co się stanie, najwyżej nas zjedzą. Taką sobie dorobiłem teoryjkę na poczekaniu, bo Kid A trochę tak brzmi.

    A u Corgana tego zabrakło. Bo Adore brzmi tak, jakby Corganowi ukradli gitarę i postanowił zrobić płytę bez gitary. Zamiast dostosować się do formy brzmieniowej, on dostosował formę do swoich potrzeb. Wyszło jak wyszło i się wycofał.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    „Kid A” tak brzmi i pewnie (też się nie zagłębiałem wiele, szczerze mówiąc) tak to zrobili. Na pewno żaden nie wiedział, że to będzie przebój. Postawili wszystko na jedną kartę. Corgan z „Adore” też tak zrobił, ale on przejął się fanami (których zresztą wini za słabą sprzedaż płyty), którzy byli bardziej konserwatywni, którym nie podobał się eksperyment.

    Tutaj pojawia się pytanie, ile w dzisiejszych czasach można grać rockowe piosenki. Pamiętasz, gadaliśmy u Ciebie, albo ciągle ewoluujesz, albo znikasz w tłumie.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    No Corgan jest raczej miłośnikiem takiej piosenkowości. Skoro już tak sobie porównujemy do Radiohead, to jednak u Radiogłowych pojawiają się na Ok Computer kawałki trochę jakby rodem z rocka progresywnego (Paranoid Android). COrgan tłucze jeden schemat: zwrotka-refren-zwrotka-refren-cośtam-refrenrefren. Trochę nuda. Jak już ten schemat doprowadził do perfekcji (Mellon…) to już potem tylko zmieniał składniki. Bo w sumie taki „Ava Adore” ma sporo wspólnego z fantastycznym „1979” (w ogóle Adore odwołuje się do klimatu z tego singla), a taki „Everlasting Gaze” ma schemat jak „Zero”. Słabo. Koleś chyba nie ma żyłki ryzykanta eksperymentatora. On pewnie chciałby być świetnym wytwórcą klasycznie rockowych kawałków.

    Przypomniała mi się kapela Stabbing Westward, oni też sporo sampli wrzucali i też niewiele zmieniali w swoich kawałkach. Taki typowy amerykański sposób. I jeszcze Prong, którego „Cleansing” ostatnio słuchałem. Na tej płycie oni rzekomo rzucili się na elektronikę, a tego w ogóle nie słychać! To było na zasadzie jakichś niuansów produkcyjnych, cichych dodatków brzmieniowych. Być może szatkowali gitary czy perkę w sample na Pro Tools, ale co to za elektronika. To już krautrock to wykorzystywał. Zresztą Prong też się nie obronił z czasem, a szkoda.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Do „1979” nawiązuje „Perfect”, bo to ma być kontynuacja. „Ava Adore” też, głównie dlatego, że cała płyta jest nagrana na modłę tego utworu (skoro „1979” ma loop i było hitem, nagram tak płytę!).

    Żeby rockowa piosenka zwrotka-refren-zwrotka była dobra, musi mieć w sobie to coś. Radiohead potrafili cztery lata temu nagrać „In Rainbows”, piosenkowy album, który urywa głowę. Jeszcze wcześniej „Hail to the Thief” też miał blisko do takiej konstrukcji. Corgan został w rozkroku, tu eksperymenty, elektronika, tu klasyczna kompozycja na trzyminutową piosenkę.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Ale zobacz np. „idioteque” i takie „The Eye”. Tu i tu trochę toporna elektronika, ale u RH jest jeszcze klimat, przestzreń i trochę psychodelii. U Billy’ego po prostu piosenka.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Zobacz sobie pierwszy lepszy kawałek z „Kid A” czy „Amnesac”, potem porównaj z najlepszymi kawałkami z „Adore”. Nie chcę tu powiedzieć, że to słaba płyta, ale pierwszy lepszy kawałek Radiohead z tamtego okresu ma więcej faktycznego materiału, warstw, klimatu, niż cały ten album.

    Corgan się chyba trochę przeliczył, bo to jest schematyczna płyta, a w elektronice schemat jest kilkakrotnie bardziej zabójczy, niż w gitarowym graniu.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Kurcze, jednak zjechaliśmy to Adore.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Daj spokój, to nie jest zły album, nadal rzucam mu 7/10, ale są kolesie, co zrealizowali pomysł przejścia na elektronikę lepiej.

    Zresztą, kilka dekad temu było podobnie. Jak zespoły się elektryfikowały. Tylko że o tym się nie pamięta, bo to zamierzchła historia i tak naprawdę każdy podaje Boba Dylana jako pioniera nurtu. Ale ilu było przed nim, co próbowali ale im się nie udało? Wcale nie musieli być ciency, po prostu nie zatrybiło im. Może publika nie pochwyciła, może było rok, dwa za wcześnie.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Rok dwa za wcześnie jeszcze nie do końca usprawiedliwia. Kraftwerk za kazdym razem byli rok dwa za wcześnie :D

    Nie, no ok, ja się zgadzam, że płyta całkiem fajna, ale jednak Corgana stać na więcej. Stac było, bo teraz już nie wiem na co go stać, bo w ogóle nie śledzę. Coś tam słyszałem z tych ostatnich nagrań, ale jednym uchem wleciało i tyle tego było.

    PS. Kraftwerk też się przerzucił na elektronikę w końcu. Przecież zaczynali jako band z gitarą, perką i fletem.

    A cazy kiedy Corgan nagrywał Adore, to był okres, kiedy wszyscy próbowali elektroniki. Tak się po prostu grało. Może dlatego Adore nie robi aż takiego wrażenia. Smashing po prostu zmienili instrumentarium, to wszystko.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Kraftwerk to zupełnie inna publika i inny okres. Słuchacze byli przyzwyczajeni do eksperymentów.

    Wszyscy próbowali elektroniki, ale nie jako głównego instrumentu. Loopy, synthy w tle – jasne. Ale wyklikanie całości w 1998? Do tego trzeba było odwagi, ale i niebanalnej wyobraźni w kwestii kompozycji.

    Corgana było stać choćby na „Mellon Collie…”, ale teraz, jak napisałem wcześniej, te podrygi są bardziej śmieszne. Coś tam robi, ale nie wiadomo co, kiedy i jak wyjdzie. On sam chyba nie wie do końca, co jest grane.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    teraz zerknąłem na Pitchfork, chciałem zobaczyć jak oceniają Adore. W ogóle nie oceniali, ale za to „Machina II” dostała 7.7, a ja nawet tego albumu nie słuchałem.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Co wszyscy z tym piczforkiem? Ja tam patrzyłem swego czasu, to większość tekstów jest napisana w duchu „pij moją zajebistość przez słomkę”.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    No najbardziej znany opiniotwórczy serwis muzyczny. Na nim się przecież Dejnarowicz wzorował tworząc Porcys. Ja pitchforka poznałem kilka lat temu i sprawdzają najlepiej ocenione tam płyty, to w ogóle nie pokrywają się z moim gustem.

    w duchu „pij moją zaje­bi­stość przez słomkę“.

    Dokładnie, ale to jest chyba charakterystyczna cecha niezależnego dziennikarstwa muzycznego. Że recenzja jest dziełem sztuki, a nie recenzowana muzyka.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    PS. jedna zajebista rzecz w Pitchforku to to, że oni tam dzień w dzień recenzje płyty wrzucają, z datą premiery. Sporo można się dowiedzieć po prostu. Nawet nie trzeba tych recek czytać.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Wiem, wiem. Tak samo jak wiem co to Porcys, na który też leję ciepłym moczem. Dla mnie recenzja czy nawet felieton ma być tekstem o temacie, nie sposobem na pokazanie, jacy to jesteśmy indie alternatywni w okularach za 400zł.

    Premiery płyt mam na RYMie, wstawili takie okienko, że jak te zespoły których płytę kiedyś oceniłeś coś wydają, to Ci się pojawia info.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Pre­miery płyt mam na RYMie, wsta­wili takie okienko, że jak te zespoły któ­rych płytę kie­dyś oce­ni­łeś coś wydają, to Ci się poja­wia info.

    O proszę, to fajny pomysł jest. Ja tam nie mam konta, ale może może.

    Z tymi reckami to racja, można by nawet zrobić ranking najgłupszych. Jakieś wstawki z gg, Borys jak recenzował Mars Volta to drogę na uczelnię opisał. Ok, to może byc subiektywne podejście do pisania, ale na boga, kto kurna po takich tekstach uzna je za coś znaczące? Przecież ja też z kumplem na gg sobie gadam, ale żeby zaraz to wszyscy czytali? Ja tego nie kumam. Starość??

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Ja raz w formie eksperymentu zrobiłem rozmowę z samym sobą, ale to bardziej dla żartu. Oni takie pierdolenie traktują chyba poważnie, skoro serwis ileś tam się trzyma. Ale skoro ludzie to łykają.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    To może ja wrzucę gadkę z Tobą z komentarzy na temat Adore. Będę miał reckę, tylko ocenę wykombinuję ;) Jak znalazł niezal dziennikarstwo.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Tylko ocenka nie żadne 7/10, tylko jakieś ułameczki! 6.85/10 czy coś.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    O tak, ułamki. Zobacz, skala 0-10 im mała. Kurde, może ja na blogu sobie wprowadzę skalę, wykorzystując ich ułamkowość. Skoro każda cyfra może mieć jeszcze jedną po przecinku (od 0 do 9), to tych ocen jest do wyboru, hmm 100? Może od razu dam oceny od 0 do 100? Czad, warto się nad tym zastanowić. W końcu gdzie jak nie na blogu? ;)

    Z drugiej strony w Projekt Recenzja co na blogach prowadzimy mamy oceny 1-5 z połówkami. Czyli 9 różnych ocen. Że też wcześniej o tym nie pomyślałem.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Wiesz, jaki masz wtedy rozstrzał? 85, 86, 87! So much difference! A serio, to Metacritic taką skalę, co jest slightly pojebane, bo rzeczy poniżej 25/100 jest mniej, niż palców u rąk.

    dru­giej strony w Pro­jekt Recen­zja co na blo­gach pro­wa­dzimy mamy oceny 1–5 z połów­kami. Czyli 9 róż­nych ocen. Że też wcze­śniej o tym nie pomyślałem.
    Już Ci to wytknąłem pod ostatnią recenzją. Trolling Tomek picks up.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Ocenianie mnie jednak męczy, dużo łatwiej mi się pisze czy słucha bez oceniania punktowego. Stąd najchętniej bym się wymiksował z punktowania, ale w dużej mierze chodzi o różnice punktowe u nas. Choć w takiej skali nie ma specjalnie rozpiętości, bo jednak 3 czy 3.5 nie robi takiej różnicy jak 6 i 7. Chociaż ja wiem? Teraz to mam tak, że czytam kto podpisany pod recenzją, potem zerkam na punktację, a i tak najważniejsze co w tekście. Informacja o autorze recenzji daje mi chyba najwięcej :) Ale przecież często jest tak, że taką na przykład 6 można wychwalić, albo zganić. Zależy na czym się skupisz.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Z ocenami największy problem jest taki, że szóstka szóstce nierówna. Ocenisz jedną płytę na sześć i ją wychwalisz, a drugą tak samo, ale ją zganisz. Jak sam napisałeś.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Fajny pomysł miał Mariusz Herma u siebie na blogu, z tymi drzewkami. Schludnie. Tam chyba max. to 6 drzewek, no i są połówki.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Ano, tyle że on sam niedawno wspominał, ile z ocenianiem zachodu.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Oj, to ocenianie to subiektywizmem na kilometr, dlatego zawsze czytam nazwisko autora recenzji. Na blogach to przynajmniej subiektywizm jest w formułę wpisany.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Na stronie polygamia.pl jest skala 1-5 bez połówek. Większość gier – i takich mało wartych i tych niezłych – dostaje 3/5. To jest dopiero wąskie.

    Osobiście chciałbym taką formę, że recenzje pisze jedna osoba, ale do tego wpadają dwie, trzy dodatkowe opinie (kilka zdań) z ewentualną ocenką. Ale to chyba za dużo zachodu jak na jeden tekst (chyba że główny cel gazety/serwisu to recenzje, ale to z kolei zawęża target, szczególnie dziś, kiedy szybciej ściągniesz płytę czy film niż przeczytasz recenzje).

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    W ogóle the best jest dyskusja, też w komentach. Ostatnio z Bojadżijewem gadałem, to mi pisał, że on woli o muzie gadać niż pisać i mu się w sumie nie dziwię. Bo w dyskusji wypunktujesz wszystko, albo wszystko postarasz się wybronić, a recka jest jednak zawsze pewnym uproszczeniem.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Nie zawsze ma się z kim rozmawiać (ja na ten przykład nie mam, poza komentami tu i u Ciebie), poza tym nie wszyscy słuchają tego samego.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    No ja też nie powiem żebym był melomanami otoczony ;) W realu to już rzadkość. Każdy ma swoje hobby. No ale w komentach też jest dyskusja i o to chodzi.W końcu jak na razie nie tylko Smashing rozkminiliśmy, a już niedługo podzielę się wrażeniami z dyskografii Radiohead, więc też będzie o czym :)

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Czekam na to Radio, oj ;D