Z debiutanckimi albumami zawsze jest problem. Albo są bardzo dobre, jak choćby w przypadku The Doors czy Manic Street Preachers, albo są słabe, średnie, w porywach niezłe, tak jak u The Smashing Pumpkins.
Początek lat dziewięćdziesiątych to w muzyce przede wszystkim popularyzacja „brudnego“ stylu gry, czyli rocka alternatywnego i grunge’u. Triumfy święciła Nirvana i obok niej reszta Czwórki z Seattle. Nie było na scenie wiele miejsca dla innych tworów, jednak The Smashing Pumpkins ze swoim psychodelicznym, uduchowionym (jak sam Corgan mówi) „Gish“ znaleźli odbiorców.
Pierwszą rzeczą, która wyróżnia ten album na tle innych debiutów z tamtego okresu to jego produkcja. Jak się okazało, Corgan to perfekcjonista, a z budżetem opiewającym na 20.000 dolarów mógł sobie na to pozwolić. Dlatego próżno szukać tu brudnych, nastrojonych od niechcenia gitar, przemielonej perkusji czy niechlujnego basu (szczególnie polecam „Rhinoceros“). Wszystkie partie są nagrane w jakości przypominającej dokonania choćby późnego Pink Floyd. Zresztą, taki dopieszczony dźwięk będzie długo domeną Dyń.
„Gish“ jest albumem bardzo nierównym. Dwa pierwsze utwory nie zachęcają praktycznie wcale, z czego „Siva“ wręcz odpycha, przynajmniej mnie. Na szczęście potem jest lepiej i wspomniany już „Rhinoceros“ wciąga i intryguje. Tak jest właściwie przez całą płytę, są utwory dość średnie, nużące, ale i takie, których naprawdę chce się słuchać („Crush“, „Snail“). Widać też, że Corgan nie jest jeszcze tak rozwinięty w kwestii kompozycji, jak choćby na „Siamese Dream“, bo większość piosenek operuje jednym, modnym zresztą wtedy, efektem zmiany dynamiki (cicha zwrotka — głośny refren).
Słuchając płyty można wyraźnie odczuć, że The Smashing Pumpkins dopiero się rozkręcają. Album jest ciekawy i dobrze się go słucha, jednak po dłuższym obcowaniu zaczyna nudzić a fakt, że utwory są bardzo podobne sprawia, że zlewa się w całość. Gdyby materiał był ciekawszy kompozycyjnie, to byłaby niewątpliwie zaleta.
Album jest ciekawy i dobrze się go słucha, jednak po dłuższym obcowaniu zaczyna nudzić a fakt, że utwory są bardzo podobne sprawia, że zlewa się w całość.
A czy nie jest tak z każdym albumem Smashing? Bo ja zawsze miewałem takie odczucia. Nawet jak są fajne albumy („Melon…“), to jednak to wszystko się zlewa. „Gish“ nigdy nie słuchałem, „Siamese Dream“ pamiętam, ale tez mógłbym wysnuć podobny zarzut. Smashing fajne, ale gdzieś brakuje w tej kapeli logicznego rozwinięcia stylu. Próbowali eksperymentować na „Adore“, ale też jakoś nie po całości. Dobra kapela, z potencjałem, ale zawsze w rozkroku.
„Siamese“ to grower. Najpierw też tak myślałem, ale po paru odsłuchach zmieniłem zdanie.
Co masz na myśli mówiąc „grower“?
Z każdym przesłuchaniem rośnie. It grows on you.
ach, tak :) Możliwe. Żeby nie było, ja kiedyś bardzo ten album lubiłem, więc pewnie masz rację. Choć nie wiem czy teraz miałbym to samo uczucie.
Jak Ci dysk padnie to złożysz rewizytę :P
he, nie byłbym tego taki pewny. „Siamese Dream“ nie mam, pożyczałem, więc nieprędko wrócę :)
Problem wręcz nie do obejścia :P
No. teraz jakiś album dostać, to nachodzić się trzeba. Znajomych już tylu nie ma, nie ma od kogo pożyczyć. Gdzie ja teraz stare albumy dorwę? Ciężkie czasy… ;)
1. Zgoda co do kompozycji, jeszcze im ciutkę brakowało zróżnicowania, ale przecież wszystkie są b. dobre, lub dobre co najmniej; w sensie — nie ma tam lipnego kawałka
2. Niezgoda co do początku — dobrze się zaczyna!
3. Przede wszystkim płyta ma spójny klimat i niczego tam ani za dużo ani za mało, no i pomimo całej perfekcyjności, brzmi świeżo, młodo
1+2 +3=4. Niezgoda co do oceny :) 9/10
pzdr
Dla kogo dobrze, dla tego dobrze. Ja, jak dawniej słuchałem „Rotten Apples“, to często skipowałem dwa pierwsze tracki, bo mnie irytowały. Teraz się do nich przekonałem, jak i do całego albumu, ale tylko tak „o tyle o ile“, jak napisałem.
Jak rzucasz 9/10 „Gish“, to chętnie usłyszę, jak oceniasz trzy następne płyty :>
Subiektywnie:
– SD — > 5/10
– MC+IS — > 10/10
– A — > 0/10
– M/MoG — > 2/10
– Z — > nie znam
– O — > zobaczymy jak będzie całość, na razie 7/10
Punkty za to, jak bardzo chciałbym usłyszeć daną płytę zespołu
pzdr
Dude, zero dla „Adore“? Co jest, w ogóle?
Kurde, mnie zmuszają do posłuchania dyskografii. Ja pamiętam, że Adore mi się nawet podobała. Lubiłem tę płytę, teraz nie wiem czy nie miałbym problemu w ogóle ze Smashing.
:)
Obiektywnie:
– SD — > 8/10
– MC+IS — > 10/10
– A — > 8/10
– M/MoG — > 5/10
– Z — > nie znam
– O — > zobaczymy jak będzie całość, na razie 8/10
pzdr
Mówiłem, że subiektywnie -> na ile mam ochotę ściągnąć i posłuchać :)
Wczoraj próbowałem zmierzyć się z Mellon Collie, no i zonk. Znam ten album prawie na pamięć, ogólnie Corgan ma taki głos i te wszystkie melodie, że mnie to od razu znudziło. Jeszcze ta płyta jest tak długa… Ja wiem, to świetny album, ale nie mam siły do niego wracać. Po prostu za bardzo go obtłukłem swego czasu. Tam są same hity jeden za drugim, przynajmniej na początku, a hity na dłużsżą metę mnie męczą.
@futrzak: zdziwiłem się, że w kwestii „chcę posłuchać“ „Adore“ ma zero, ale ocenka już porządna :D
@dawr: miałem coś takiego z „The Fragile“, bo kiedyś słuchałem tej płyty co chwile. Ale po jakimś czasie nie było już z tym problemów, musiałem tylko siąść do niego bardziej… świadomie, z taką chęcią rewizyty, czy on jednak jest taki świetny jak pamiętam itd. Był.
Jednak odłożę to Smashing na razie. Siedzę w Radiohead, jak skończę to dam znać co i jak. Smashing na razie przegrywa, ale nie będę się na siłę mocował.
Jak w Radiohead to siedź, siedź!
A ja cholera do Radiohead nigdy nie miałem pociągu…
http://dawrweszte.wordpress.com/2011/09/26/king-of-limbs/ — tutaj w komentarzach pogadaliśmy i gdybyś chciał się za Radio brać, to polecam taką kolejność, jaką wyłoniliśmy.
co jest na tym bonusowym albumie In Rainbows?
http://en.wikipedia.org/wiki/In_Rainbows#Bonus_disc