Kiedy zaczynałem swoją przygodę ze słuchaniem muzyki w formie albumów zamiast pojedynczych piosenek, tak naprawdę nie zwracałem uwagi na kolejność i układ utworów. Wiedziałem, że na płycie jest taki i taki numer, ale kompletnie nie obchodziło mnie, czy na początku, na środku czy na samym końcu. A tu się okazuje, że, od nie wiem nawet kiedy, bardzo na to patrzę.

Konstrukcja albumu przeważnie idzie w parze z jakimś konceptem, nawet jeżeli utwory tematycznie nie są powiązane. Na początku powinno być ze dwa kawałki, które dadzą posmak całości i zachęcą do dalszej drogi. Ale tak naprawdę, po pierwszym przesłuchaniu w pamięć zapadnie końcówka. Dlaczego – to proste. Bo jest ostatnią rzeczą, z jaką obcujemy na danym wydawnictwie i tak naprawdę, w dużej mierze to ona tworzy pierwsze wrażenie całości. Jeżeli ostatnia piosenka się podoba, to duża szansa że i cały album wydaje się być dużo lepszy (no chyba, że cała reszta to prawdziwa katastrofa).

Artyści również zauważyli ten efekt i ostatni utwór na płycie bardzo często jest mocny i odzwierciedla najlepsze momenty. Pomyślcie sami – ile razy zdarzyło Wam się pomyśleć, że końcówka albumu jest zła, albo przynajmniej gorsza niż cała reszta? Gdyby faktycznie tak było, nie byłoby to zachęcające do powrotu i zaniżałoby ogólną ocenę.

Jest jeszcze ciekawsza sytuacja. Kiedy piosenka nie zamyka tak płyty, jak całą dyskografię. Artyści, nagrywając album rzadko kiedy wiedzą, że to będzie ich ostatnie dzieło pod danym szyldem. Nawet The Beatles podczas sesji do „Abbey Road” jedynie przeczuwali, co może się stać, mimo że wcześniejsze sesje upływały na kłótniach. Muzycy Pink Floyd również nie sądzili, że po „The Division Bell” nie będą dalej nagrywać razem. Koledzy Kurta Cobaina też pewnie nie oczekiwali, że „All Apologies” zamknie ich studyjne dokonania.

Z tego właśnie powodu utwór zamykający dany album, choć nadal jest utworem zamykającym dany album, mimowolnie staje się piosenką wieńczącą ich całą karierę. Co prawda to płyta finalizuje dyskografię, ale takie bardziej dokładne spojrzenie może prowadzić do niezłych wniosków. Wezmę tu na warsztat „High Hopes” z niedocenionego „The Division Bell” Pink Floyd.

„High Hopes” czyli „Wielkie nadzieje” traktuje o wkraczaniu w dorosłość, zostawianiu za sobą beztroskich, młodzieńczych dni kiedy trawa była bardziej zielona, światło jaśniejsze. Mówi też o pędzie i ambicji wypełniającej życie dorosłych ludzi, o tym że obojętnie ile się posiądzie, głód pozostaje niezaspokojony. I choć sam Gilmour twierdzi, że piosenka jest bardzo osobista i faktycznie opowiada o tym, co wymieniłem, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że te linijki bardzo dobrze oddają historię zespołu. Rosnąca ambicja Watersa w końcu doprowadziła zespół na skraj rozpadu (lub, jak niektórzy twierdzą, do rozpadu), a sam Pink Floyd stał się w końcu czymś, za czym muzycy nie przepadali – wielką maszyną do robienia pieniędzy z koncertami w olbrzymich miejscówkach. Zatem, „High Hopes” nie tylko porusza tematykę, którą Pink Floyd upodobali sobie dawno temu, ale także zdaje się (może nawet nieświadomie!) podsumowywać te niespełna trzydzieści wówczas lat.

Za drugi przykład posłuży „The End” (tak, wiem, że „Her Majesty” zamyka, ale w zamyśle nie miało tego robić) z „Abbey Road” The Beatles (bo materiał na późniejsze „Let It Be” nagrali wcześniej). Już sama nazwa – „Koniec” – może sporo powiedzieć. Ponadto, to tam jest pierwsze pełne solo Starra, który to podczas sesji do „The Beatles” w 1968 odszedł na dwa tygodnie właśnie dlatego, że nie czuł się pełnoprawnym członkiem jeżeli chodzi o udział w utworach i komponowaniu. Mimo, że sam Ringo solówek nie lubił, osobiście uważam, że to świetne miejsce na nią. Jest jeszcze coś – to jest ostatnia (chronologicznie) piosenka, w której wszyscy czterej Bitelsi uczestniczyli, a także jedyna w której każdy ma solo. „The End” ma bardzo krótki i prosty tekst, co może również być wiadomością. Ponad połowa to powtarzane Kocham Cię, przeciwieństwo zawiłych i metaforycznych deklaracji, z których słynęli Fab Four. Utwór kończy słynny cytat – ilość miłości, którą dajesz jest równa tej, którą otrzymujesz – idealnie, jak dla mnie, podsumowujący dziewięcioletnią karierę grupy.

Takich przykładów jest sporo. Można się zastanawiać, czy w przypadku tych dwóch, muzycy przeczuwali (no tak, Bitelsi faktycznie przeczuwali) rychły koniec i, niekoniecznie do końca świadomie, wybrali taką drogę pożegnania, czy to tylko ładnie wyglądający przypadek, na który, gdyby albumy znalazły następców, nie zwróciłbym uwagi.

Albo to wszystko tylko moja nadinterpretacja.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Ja dzisiaj napisałem o radiohead i też refleksję na temat albumu, że to najmniejsza niepodzielna całość muzyki jaką przyjmuję. Nie o closerach, ale o albumie jako takim. A ostatni song? Owszem, liczy się bardzo, ale zbyt często jest mało wyrazisty i traci znaczenie. Bo jeśli to zestaw piosenek po prostu, to nie zawsze closer ma coś w zamyśle. A na przykład taki Separator w King of Limbs, to dla mnie słaba rzecz. W ogóle dwa ostatnie numery nudzą. Poza tym album świetny.

    A jak dzisiaj pisałem tę refleksję na temat albumu jako calości, to pisząc, Twojej notki nie znałem :)

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Ja „Separator” doceniłem dopiero po jakimś czasie. W ogóle sporo kawałków Radiohead w pełni dociera do mnie po czasie, po kilkakrotnym odsłuchu itd. No i Yorke właśnie w tym tracku mówi „If you think this is over then you’re wrong”, czyli że przemyślany closer i nawet, jeżeli nie jest najmocniejszy na płycie (bo „Bloom” jest) to jest chyba najbardziej rozbudowany tekstowo.

    Z tym zestawem to różnie bywa. Jak napisałem, jeżeli ktoś układa tracklistę świadomie, powinien wziąć pod uwagę wspomniany efekt, chociaż może go nie zna. Z drugiej strony zna-nie zna, w każdej dziedzinie wiadomym jest, że koniec musi być dobry, dawać po pysku.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    „Hurt” NIN to był świetny Closer

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Przykłady można mnożyć. Swoją drogą, Myslovitz zawsze (w sensie od „Miłość…”) mają bardzo dobre closery.