Ta ostatnia piosenka

Tomek — 25.09.2011 — MuzykaKomentarze (4)

Kiedy zaczy­na­łem swoją przy­godę ze słu­cha­niem muzyki w for­mie albu­mów zamiast poje­dyn­czych pio­se­nek, tak naprawdę nie zwra­ca­łem uwagi na kolej­ność i układ utwo­rów. Wie­dzia­łem, że na pły­cie jest taki i taki numer, ale kom­plet­nie nie obcho­dziło mnie, czy na początku, na środku czy na samym końcu. A tu się oka­zuje, że, od nie wiem nawet kiedy, bar­dzo na to patrzę.

Kon­struk­cja albumu prze­waż­nie idzie w parze z jakimś kon­cep­tem, nawet jeżeli utwory tema­tycz­nie nie są powią­zane. Na początku powinno być ze dwa kawałki, które dadzą posmak cało­ści i zachęcą do dal­szej drogi. Ale tak naprawdę, po pierw­szym prze­słu­cha­niu w pamięć zapad­nie koń­cówka. Dla­czego — to pro­ste. Bo jest ostat­nią rze­czą, z jaką obcu­jemy na danym wydaw­nic­twie i tak naprawdę, w dużej mie­rze to ona two­rzy pierw­sze wra­że­nie cało­ści. Jeżeli ostat­nia pio­senka się podoba, to duża szansa że i cały album wydaje się być dużo lep­szy (no chyba, że cała reszta to praw­dziwa katastrofa).

Arty­ści rów­nież zauwa­żyli ten efekt i ostatni utwór na pły­cie bar­dzo czę­sto jest mocny i odzwier­cie­dla naj­lep­sze momenty. Pomy­śl­cie sami — ile razy zda­rzyło Wam się pomy­śleć, że koń­cówka albumu jest zła, albo przy­naj­mniej gor­sza niż cała reszta? Gdyby fak­tycz­nie tak było, nie byłoby to zachę­ca­jące do powrotu i zani­ża­łoby ogólną ocenę.

Jest jesz­cze cie­kaw­sza sytu­acja. Kiedy pio­senka nie zamyka tak płyty, jak całą dys­ko­gra­fię. Arty­ści, nagry­wa­jąc album rzadko kiedy wie­dzą, że to będzie ich ostat­nie dzieło pod danym szyl­dem. Nawet The Beatles pod­czas sesji do „Abbey Road“ jedy­nie prze­czu­wali, co może się stać, mimo że wcze­śniej­sze sesje upły­wały na kłót­niach. Muzycy Pink Floyd rów­nież nie sądzili, że po „The Divi­sion Bell“ nie będą dalej nagry­wać razem. Kole­dzy Kurta Coba­ina też pew­nie nie ocze­ki­wali, że „All Apo­lo­gies“ zamknie ich stu­dyjne dokonania.

Z tego wła­śnie powodu utwór zamy­ka­jący dany album, choć nadal jest utwo­rem zamy­ka­ją­cym dany album, mimo­wol­nie staje się pio­senką wień­czącą ich całą karierę. Co prawda to płyta fina­li­zuje dys­ko­gra­fię, ale takie bar­dziej dokładne spoj­rze­nie może pro­wa­dzić do nie­złych wnio­sków. Wezmę tu na warsz­tat „High Hopes“ z nie­do­ce­nio­nego „The Divi­sion Bell“ Pink Floyd.

High Hopes“ czyli „Wiel­kie nadzieje“ trak­tuje o wkra­cza­niu w doro­słość, zosta­wia­niu za sobą bez­tro­skich, mło­dzień­czych dni kiedy trawa była bar­dziej zie­lona, świa­tło jaśniej­sze. Mówi też o pędzie i ambi­cji wypeł­nia­ją­cej życie doro­słych ludzi, o tym że obo­jęt­nie ile się posią­dzie, głód pozo­staje nie­za­spo­ko­jony. I choć sam Gil­mour twier­dzi, że pio­senka jest bar­dzo oso­bi­sta i fak­tycz­nie opo­wiada o tym, co wymie­ni­łem, nie mogę oprzeć się wra­że­niu, że te linijki bar­dzo dobrze oddają histo­rię zespołu. Rosnąca ambi­cja Watersa w końcu dopro­wa­dziła zespół na skraj roz­padu (lub, jak nie­któ­rzy twier­dzą, do roz­padu), a sam Pink Floyd stał się w końcu czymś, za czym muzycy nie prze­pa­dali — wielką maszyną do robie­nia pie­nię­dzy z kon­cer­tami w olbrzy­mich miej­sców­kach. Zatem, „High Hopes“ nie tylko poru­sza tema­tykę, którą Pink Floyd upodo­bali sobie dawno temu, ale także zdaje się (może nawet nie­świa­do­mie!) pod­su­mo­wy­wać te nie­spełna trzy­dzie­ści wów­czas lat.

Za drugi przy­kład posłuży „The End“ (tak, wiem, że „Her Maje­sty“ zamyka, ale w zamy­śle nie miało tego robić) z „Abbey Road“ The Beatles (bo mate­riał na póź­niej­sze „Let It Be“ nagrali wcze­śniej). Już sama nazwa — „Koniec“ — może sporo powie­dzieć. Ponadto, to tam jest pierw­sze pełne solo Starra, który to pod­czas sesji do „The Beatles“ w 1968 odszedł na dwa tygo­dnie wła­śnie dla­tego, że nie czuł się peł­no­praw­nym człon­kiem jeżeli cho­dzi o udział w utwo­rach i kom­po­no­wa­niu. Mimo, że sam Ringo soló­wek nie lubił, oso­bi­ście uwa­żam, że to świetne miej­sce na nią. Jest jesz­cze coś — to jest ostat­nia (chro­no­lo­gicz­nie) pio­senka, w któ­rej wszy­scy czte­rej Bitelsi uczest­ni­czyli, a także jedyna w któ­rej każdy ma solo. „The End“ ma bar­dzo krótki i pro­sty tekst, co może rów­nież być wia­do­mo­ścią. Ponad połowa to powta­rzane Kocham Cię, prze­ci­wień­stwo zawi­łych i meta­fo­rycz­nych dekla­ra­cji, z któ­rych sły­nęli Fab Four. Utwór koń­czy słynny cytat — ilość miło­ści, którą dajesz jest równa tej, którą otrzy­mu­jesz — ide­al­nie, jak dla mnie, pod­su­mo­wu­jący dzie­wię­cio­let­nią karierę grupy.

Takich przy­kła­dów jest sporo. Można się zasta­na­wiać, czy w przy­padku tych dwóch, muzycy prze­czu­wali (no tak, Bitelsi fak­tycz­nie prze­czu­wali) rychły koniec i, nie­ko­niecz­nie do końca świa­do­mie, wybrali taką drogę poże­gna­nia, czy to tylko ładnie wyglą­da­jący przy­pa­dek, na który, gdyby albumy zna­la­zły następ­ców, nie zwró­cił­bym uwagi.

Albo to wszystko tylko moja nadinterpretacja.

4 komentarze/y

  1. dawrweszte pisze:

    Ja dzi­siaj napi­sa­łem o radio­head i też reflek­sję na temat albumu, że to naj­mniej­sza nie­po­dzielna całość muzyki jaką przyj­muję. Nie o clo­se­rach, ale o albu­mie jako takim. A ostatni song? Owszem, liczy się bar­dzo, ale zbyt czę­sto jest mało wyra­zi­sty i traci zna­cze­nie. Bo jeśli to zestaw pio­se­nek po pro­stu, to nie zawsze clo­ser ma coś w zamy­śle. A na przy­kład taki Sepa­ra­tor w King of Limbs, to dla mnie słaba rzecz. W ogóle dwa ostat­nie numery nudzą. Poza tym album świetny.

    A jak dzi­siaj pisa­łem tę reflek­sję na temat albumu jako calo­ści, to pisząc, Two­jej notki nie znałem :)

  2. Ja „Sepa­ra­tor“ doce­ni­łem dopiero po jakimś cza­sie. W ogóle sporo kawał­ków Radio­head w pełni dociera do mnie po cza­sie, po kil­ka­krot­nym odsłu­chu itd. No i Yorke wła­śnie w tym tracku mówi „If you think this is over then you’re wrong“, czyli że prze­my­ślany clo­ser i nawet, jeżeli nie jest naj­moc­niej­szy na pły­cie (bo „Bloom“ jest) to jest chyba naj­bar­dziej roz­bu­do­wany tekstowo.

    Z tym zesta­wem to róż­nie bywa. Jak napi­sa­łem, jeżeli ktoś układa trac­kli­stę świa­do­mie, powi­nien wziąć pod uwagę wspo­mniany efekt, cho­ciaż może go nie zna. Z dru­giej strony zna-nie zna, w każ­dej dzie­dzi­nie wia­do­mym jest, że koniec musi być dobry, dawać po pysku.

  3. dawrweszte pisze:

    Hurt“ NIN to był świetny Closer

  4. Przy­kłady można mno­żyć. Swoją drogą, Myslo­vitz zawsze (w sen­sie od „Miłość…“) mają bar­dzo dobre closery.

Dodaj komentarz