Pięć płyt na jesienne wieczory

Tomek — 22.09.2011 — MuzykaKomentarze (10) — Tagi: , , ,

Jesień to dla mnie wyjąt­kowa pora roku. Nie dla­tego, że lecą liście i że w pierw­szej poło­wie paź­dzier­nika jest kolo­rowo, tylko dla­tego, że w dru­giej i potem w listo­pa­dzie jest szaro, ponuro i mokro. Tak, jesienne, zimne i zamglowe popo­łu­dnia i wie­czory należą do moich fawo­ry­tów. Mam na ten czas spe­cjalne albumy, książki i filmy. Tylko w oko­li­cach końca wrze­śnia, paź­dzier­nika i listo­pada sma­kują tak dobrze.

Pink Floyd „Animals“

Ani­mals“ to bar­dzo nie­do­ce­niona płyta Pink Floyd. Ale nic w tym dziw­nego, poja­wiła się w miej­scu, które z góry było prze­grane. Bo nie dość, że po pre­mie­rze wszy­scy patrzyli na nią jako na następcę „Wish You Were Here“, to póź­niej była sta­wiana jako płyta przed „The Wall“. Nie poma­gało jej też to, że w druga połowa lat 70-tych to wielki bunt prze­ciw dino­zau­rom rocka i triumf punku.

Na szczę­ście Roger Waters nie prze­jął się tym aż tak mocno i jesz­cze nie zaczął pisać trzy­mi­nu­to­wych utwo­rów. Nie, „Ani­mals“ obfi­tuje w perły pro­gre­syw­nego rocka, jak choćby trwa­jące sie­dem­na­ście minut „Dogs“ czy dzie­się­cio­mi­nu­towe „Sheep“. Nie boję się powie­dzieć, że Gil­mour był tu w szczy­to­wej for­mie, bo to jedyny album Pink Floyd, na któ­rym gitara za każ­dym razem ide­al­nie mi się podoba. Rów­nież par­tie wokalne (tu jed­nak prym wie­dzie Waters) są naprawdę świetne.

Jak przy­stało na późny Pink Floyd, jest to album kon­cep­cyjny. Zapo­ży­cza tro­chę z orwel­low­skiego „Fol­warku zwie­rzę­cego“, bo sze­re­guje ludzi jako różne zwie­rzęta. Są tu waleczne psy, despo­tyczne świnie i bez­myślne owce. Tema­tyka jest bar­dzo bli­ska zespo­łowi, komen­tarz spo­łeczny to, zaraz po narze­ka­niu na wojnę, ulu­biona śpiewka Rogera, co zresztą poka­zał i na „Dark Side of the Moon“ i na „The Wall“ (tu pół na pół z wojną).

Ani­mals“ to co prawda w kwe­stii pro­cesu nagry­wa­nia przy­kład, jak nie powinno się tego robić. Z wypo­wie­dzi uczest­ni­ków jasno wynika, że Water­sowi bli­sko do total­nej dyk­ta­tury i roz­strze­li­wa­nia nie­sub­or­dy­no­wa­nych. Na szczę­ście mimo tego uci­sku, album wyszedł naprawdę świet­nie. (10÷10)

The Sma­shing Pump­kins „Mel­lon Col­lie and the Infi­nite Sadness“

Kariera The Sma­shing Pump­kins nabrała praw­dzi­wego pędu po ich dru­giej pły­cie, „Sia­mese Dream“. Prze­boje takie jak „Today“ czy „Che­rub Rock“ w mod­nym wtedy stylu alter­na­tyw­nego rocka z domieszką grunge’u i okra­szone wyjąt­ko­wym woka­lem gwa­ran­to­wały powo­dze­nie. Zespół po suk­ce­sie komer­cyj­nym sku­pił się na pracy nad następ­nym albu­mem, jed­nak mieli dużo więk­sze ambi­cje, niż tylko kolejny longplay.

Billy Cor­gan, front­man kapeli zapew­niał, że ich nad­cho­dzące dzieło będzie czymś na miarę „The Wall“. Zwia­stu­nem tego miał być fakt, że jest to rów­nież album dwu­pły­towy. Poprzeczna posta­wiona cho­ler­nie wysoko, ale chyba się opła­ciło. „Mel­lon Col­lie and the Infi­nite Sad­ness“ oka­zał się wiel­kim prze­bo­jem, ulu­bień­cem kry­ty­ków, a z per­spek­tywy czasu — jedną z naj­więk­szych płyt dekady.

Wspo­mnie­nie „The Wall“ to nie jedyne odnie­sie­nie do bry­tyj­skiego Pink Floyd. Cor­gan, podob­nie jak dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej Waters, był dyk­ta­to­rem na swoim podwórku i pod­czas nagry­wa­nia „Sia­mese Dream“ to on wydzie­lał każ­demu role. Tutaj ta sytu­acja ule­gła dużej zmia­nie i to widać. Kiedy wcze­śniej utwory były raczej podobne do sie­bie, utrzy­mane w jed­nej sty­li­styce, na „Mel­lon Col­lie“ jak na dłoni widać wiele róż­nic. Są kawałki nagrane w sta­rym, cięż­kim stylu („Bul­let with But­ter­fly Wings“, „Zero“) ale także i spo­koj­niej­sze pio­senki („Toni­ght, Toni­ght“ czy „1979“ — moja ulu­biona pio­senka w ogóle) a nawet senne, dream popowe bal­lady („We Only Come Out at Night“).

Mel­lon Col­lie“, mimo że trwa dwie godziny, nie nuży. Ale nie jest to płyta do słu­cha­nia na spa­ce­rze czy w dzień. Naj­le­piej sma­kuje w paź­dzier­ni­kowy wie­czór czy ciemne popo­łu­dnie. Zde­cy­do­wa­nie pole­cam każ­demu. Może nie wszyst­kim spodoba się tak, jak mnie, ale na pewno nikt nie będzie zawie­dziony. (10÷10)

The Fla­ming Lips „Yoshimi Bat­tles the Pink Robots“

Uwiel­biam The Fla­ming Lips. Widać to pew­nie w mojej recen­zji ich „Embry­onic“ , ale nie jest tak bez powodu. Muzycy w wyjąt­kowy, wła­ściwy sobie spo­sób potra­fią łączyć deli­katny, w żaden spo­sób natrętny hałas i szum z pięk­nymi, iście prze­bo­jo­wymi melo­diami, two­rząc utwory będące połą­cze­niem tych dwóch, wyda­wać by się mogło, prze­ciw­le­głych światów.

Yoshimi“ to świetny przy­kład takiej formy. Obcu­jąc z tymi pio­sen­kami po raz pierw­szy, zda­wać się może, że to czy­sty pop, jed­nak kiedy się dobrze wsłu­chać, można dostrzec ukryte gdzieś głę­biej war­stwy eks­pe­ry­men­tal­nego podej­ścia do pisa­nia i nagry­wa­nia. Od tek­stów, przez melo­die aż po tek­stury. Przy­jemny głos Wayne’a Coyne’a poparty nie­raz aku­styczną gitarą two­rzy nie­by­wały kon­trast z hała­śli­wym elek­try­kiem, sam­plami, hała­sami i hip­no­ty­zu­jącą perkusją.

Świet­nym przy­kła­dem jest „Yoshimi Bat­tles The Pink Robots Pt.1″, który zaczyna się, jakby chciał a nie mógł (dosłow­nie), by roz­krę­cić się i zacza­ro­wać lekką, deli­katną formą. W tle jed­nak nie­ustan­nie szu­mią, trzesz­czą i mru­czą odgłosy, któ­rych nawet nie potra­fię dokład­nie nazwać. Druga część suity to kom­pletne prze­ci­wień­stwo — agre­syw­nie waląca per­ku­sja, niskie bity i kobieta, naj­pierw mówiąca „no, no, no, stop“ a potem pisz­cząca nie­na­tu­ral­nie wysoko.

Taka forma obo­wią­zuje na całej pły­cie. Senna, deli­katna i nie­malże baj­kowa polewa przy­krywa abs­trak­cyjny, enig­ma­tyczny środek, który nawet po kil­ku­na­stu prze­słu­cha­niach zdaje się nie być do końca odkryty.

Yoshimi Bat­tles The Pink Robots“ to moja ulu­biona płyta The Fla­ming Lips (mimo wszystko wygrywa z „Embry­onic“). Jest ide­al­nym połą­cze­niem hałasu i har­mo­nii, per­fek­cyj­nym przed­sta­wi­cie­lem „gatunku“ jakim jest noise pop. (10÷10)

The Beatles „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band“

Album-legenda. Naprawdę nie wiem, czy w ogóle powi­nie­nem coś pisać, czy po pro­stu zosta­wić sam tytuł jako reko­men­da­cję. Bo „Sier­żanta Pie­prza“ znają chyba wszy­scy. Ba, ja już w pod­sta­wówce, na lek­cjach języka angiel­skiego, dowie­dzia­łem się, że ten album to defi­niu­jące współ­cze­sną muzykę dzieło.

The Beatles, ilu ma prze­ciw­ni­ków, tylu i zwo­len­ni­ków. Ale nie­za­prze­czal­nie, jest to grupa która na pop i rock wywarła naj­więk­szy wpływ. Jak mało kto potra­fili połą­czyć suk­ces komer­cyjny (nie gra­jąc już nawet kon­cer­tów) z arty­stycz­nym, cho­ciaż dla mnie, tak naprawdę, zaczęli się na „Revo­lver“ i skoń­czyli na „The Beatles (White Album)“. Ale ich magnum opus to, tak dla mnie jak i dla zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści ludzi, „Sgt. Pepper’s Lonely Heart Club Band“.

Nie jest to długa ani skom­pli­ko­wana płyta. Czter­dzie­ści minut i trzy­na­ście utwo­rów. Ale jakich! Prak­tycz­nie od pierw­szych dźwię­ków zespół hip­no­ty­zuje świet­nymi aran­ża­cjami, bawiąc się i sty­lem i formą. Są utwory w ich stylu, jak choćby „Get­ting Bet­ter“ czy „She’s Leaving Home“, ale także i te bar­dziej eks­pe­ry­men­talne („Whi­tin You Without You“ Har­ri­sona, „Being for the Bene­fit of Mr. Kite!“ Lenn­nona, będąca zresztą moją drugą ulu­bioną kom­po­zy­cją Brytyjczyka).

Jak na rok 1967, album jest pełen eks­pe­ry­men­tów, z czego naj­więk­szy to nie ten muzyczny, ale kon­cep­cyjny. Tytuł to także nazwa zespołu, alter-ego Bitel­sów, które stwo­rzyli by dać sobie wol­ność w pró­bo­wa­niu nowych roz­wią­zań w pro­ce­sie twór­czym i jego póź­niej­szym uwiecznianiu.

Sgt. Pepper’s Lonely Club Band“ to esen­cja twór­czo­ści The Beatles i bry­tyj­skiego psy­cho­de­licz­nego rocka, dzieło, które było, jest i będzie długo na ustach fanów dobrej muzyki. (10÷10)

The Doors „The Doors“

Mówi się, że każdy zespół zazdro­ści The Doors debiutu. Cał­kiem moż­liwe, bo rzadko zda­rza się, by na pierw­szej pły­cie muzycy zawarli naj­lep­szy mate­riał, który póź­niej sta­nie się pry­zma­tem do postrze­ga­nia kolej­nych dokonań.

1967 jest zde­cy­do­wa­nie naj­lep­szym rokiem dla… rocka, przy­naj­mniej tego psy­cho­de­licz­nego. Wspo­mniani Bitelsi wydali wtedy dwa long­playe, Jimi Hen­drix, Velvet Under­gro­und, Love, Pink Floyd… Mógł­bym tak jesz­cze długo wymie­niać i zachwa­lać, ale to „The Doors“ jest przed­mio­tem tek­stu. Mimo, że przy wyżej wymie­nio­nych zespół Mor­ri­sona nie dla każ­dego brzmi rów­nie donio­śle, to ich pierw­szy album nie ma się czego wsty­dzić, sto­jąc w jed­nym sze­regu choćby z „Piper at the Gates of Dawn“ czy „Fore­ver Chan­ges“, cho­ciaż sty­li­stycz­nie jest tro­chę inny.

Ame­ry­ka­nie nie sta­wiali na przy­jemne, deli­katne melo­die jak choćby ich kole­dzy Love czy ówcze­sny wzór do naśla­do­wa­nia — The Beatles. Już od pierw­szych minut sły­chać, że ener­gia i dyna­mika grają pierw­sze skrzypce. Mimo, że „Break on Thro­ugh“ zaczyna się dość stan­dar­dowo, to już po dwu­dzie­stu sekun­dach Mor­ri­son komu­ni­kuje wszem i wobec, że nie jest grzecz­nym chłop­cem pokroju McCartney’a czy Lee. Kolejne pio­senki tylko to potwier­dzają, nie tylko w kwe­stii wyko­na­nia, ale i tek­stów. Agre­sywny styl Króla Jasz­czura był wtedy jedyny w swoim rodzaju.

Muzycy nie sta­wiali jed­nak na mono­te­ma­tycz­ność. Na „The Doors“ zna­la­zły się też spo­kojne bal­lady. Świet­nym przy­kła­dem są „The Cry­stal Ship“ i „End of the Night“. Ale tak naprawdę, to „The End“ jest utwo­rem, który dla mnie defi­niuje nie tylko ten album, ale i całą twór­czość grupy. Długi (dwa­na­ście minut), z genial­nym wstę­pem i świetną sek­cją melo­de­kla­ma­cyjną wybija się ponad wszystko, co nagrali Ame­ry­ka­nie. Zresztą, nie tylko dla mnie, w końcu to za tę pio­senkę, a dokład­niej za tekst obra­zu­jący kom­pleks Edypa, zostali wyrzu­ceni z klubu pod­czas jed­nego z pierw­szych wystę­pów (poka­zali to nawet w mocno śred­nim fil­mie).

The Doors“ to naj­lep­szy album zespołu i, jak wspo­mnia­łem na początku, pry­zmat do postrze­ga­nia kolej­nych płyt. Następna, „Strange Days“, nagrana bar­dzo szybko stara się zacho­wać wyjąt­kowy styl i ponie­kąd jej się udaje, jed­nak nie z taką mocą. (9÷10)

10 komentarze/y

  1. dawrweszte pisze:

    Hmmm, Floy­dów śred­nio lubię, szcze­rze mówiąc, za bar­dzo lubię Bar­retta;) Ani­mals słabo znam, musiał­bym posłu­chać, żeby się odnieść. Nad­ro­bię. Co do Sma­shing to sie zga­dzam, świetny album. Dawno tego nie słu­cha­łem, z racji kali­bru, ale z tego co pamę­tam miewa dłu­ży­zny. Znów, muszę odświe­żyć żeby się w pełni odnieść. Zbyt długo tego nie słu­cha­łem. Głos Cor­gana męczy mnie w nad­mia­rze. Zoba­czymy jakie wra­że­nie wywrze na mnie po dłu­uugiej prze­rwie. Do „Yoshimi“ pod­cho­dzi­łem mnó­stwo razy. Kur­czę, ta kapela to jest mój swo­isty feno­men. Ubu­stwiam „Embry­onic“ i ich wer­sję „Dark Side…“, ale nie mogę się prze­móc do wcze­śniej­szych doko­nań, a każdy zawsze zazna­cza, że ten „Yoshimi“ to jed­nak jest zaje­bi­sty. A ja nie mogłem dotrwać. Kur­czę, znów muszę odświe­żać, może się uda? O Bitlach cóż dodać? Ja jestem z tych co hołu­bią, więc niie­wiele wniosę. No i Doorsi… Do wypie­ków mnie nie dopro­wa­dzają, ale ten album świetny.

  2. Ani­mals“ zde­cy­do­wa­nie pole­cam, chyba mój ulu­biony Floyd, cho­ciaż ja ich wiel­bię podob­nie jak Ty Bitel­sów, więc objec­ti­vity is fiction!

    Mel­lon Col­lie“ ma dłu­żyny, fak­tycz­nie, ale to jest album do któ­rego warto usiąść w nocy i słu­chać jed­nym cięgiem.

    Sprawdź sobie, może przed „Yoshimi…“ , dwie wcze­śnie pro­po­zy­cje — „Clo­uds…“ i „The Soft Bul­le­tin“. W podob­nym stylu, ale (chyba) bar­dziej przy­stępne i nie­źle ugrun­to­wują. Z dru­giej strony, u mnie to była miłość od pierw­szego odsłu­chu, cho­ciaż nikogo nie udało mi się prze­ko­nać do tej płyty :( Jed­nej kole­żance dałem „Embry­onic“ na Miko­łaja, to niby się jej podobał.

    Z Door­sami to dziw­nie u mnie jest, cho­ler­nie podoba mi się trze­cia, ponoć taka słaba, płyta. Chyba nawet na równi z pierw­szą (głów­nie przez „Win­ter­time Love“, ale cóż).

  3. dawrweszte pisze:

    Soft Bul­le­tin“ pró­bo­wa­łem też. Coś mi u wcze­śniej­szych Fla­ming Lips nie pasuje, coś mnie odpy­cha. To takie brudne i odje­chane Pixies, a Embry­onic jest dzi­kie i szorst­kie. Może się jesz­cze raz spró­buję z nimi, tzn. na pewno, pyta­nie tylko kiedy. Może wła­śnie jesień będzie sprzy­jać. Tych Pump­kins sobie odświeżę, bo ostat­nio gdzieś czy­ta­łem jakieś zesta­wie­nie i nawet mia­łem już ochotę, a teraz u Cie­bie, więc już nie mam wyj­ścia. Hity stam­tąd głów­nie pamiętam.

  4. To wła­śnie spró­buj „Clo­uds“, jest bar­dziej sto­no­wane, są świetne spo­kojne motywy i „Bad Days“.

  5. dawrweszte pisze:

    Chyba jutro zgram sobie do posłu­cha­nia Yoshimi, spro­buje jesz­cze raz, bo z tego co pamię­tam wię­cej razy pod­cho­dzi­łem do Soft Bul­le­tin, więc może jed­nak ten Yoshimi wej­dzie. Jak się nie uda, cóż, trudno.

  6. Koniecz­nie zdaj rela­cję! Mam tak jak Ty, ciężko mi zro­zu­mieć, że coś co mnie się podoba, nie każ­demu musi :D

  7. dawrweszte pisze:

    Może na blogu u sie­bie napi­szę, posta­ram się jakoś razem z Radio­gło­wymi może

  8. Powiem tak. Przy pły­cie Door­sów i to jesie­nią zro­dziła się moja pierw­sza miłość, która trwała 5 lat. Dla­tego mam sen­ty­ment do płyty o jakiej wspo­mi­nasz. Z dru­giej strony nie zno­szę Door­sów… na 100% dla­tego, że zwią­zek padł:)

  9. Nie Door­sów wina, że dziew­czyna sobie zmie­niła zdanie ;)

  10. […] — liczą się tylko „Sia­mese Dream“, „Mel­lon Col­lie and the Infi­nite Sad­ness“ (wspo­mniane) i „Adore“. Debiut, do któ­rego ostat­nio się co prawda prze­ko­na­łem, nie jest tak […]

Dodaj komentarz