Jesień to dla mnie wyjątkowa pora roku. Nie dlatego, że lecą liście i że w pierwszej połowie października jest kolorowo, tylko dlatego, że w drugiej i potem w listopadzie jest szaro, ponuro i mokro. Tak, jesienne, zimne i zamglowe popołudnia i wieczory należą do moich faworytów. Mam na ten czas specjalne albumy, książki i filmy. Tylko w okolicach końca września, października i listopada smakują tak dobrze.

Pink Floyd „Animals”

„Animals” to bardzo niedoceniona płyta Pink Floyd. Ale nic w tym dziwnego, pojawiła się w miejscu, które z góry było przegrane. Bo nie dość, że po premierze wszyscy patrzyli na nią jako na następcę „Wish You Were Here”, to później była stawiana jako płyta przed „The Wall”. Nie pomagało jej też to, że w druga połowa lat 70-tych to wielki bunt przeciw dinozaurom rocka i triumf punku.

Na szczęście Roger Waters nie przejął się tym aż tak mocno i jeszcze nie zaczął pisać trzyminutowych utworów. Nie, „Animals” obfituje w perły progresywnego rocka, jak choćby trwające siedemnaście minut „Dogs” czy dziesięciominutowe „Sheep”. Nie boję się powiedzieć, że Gilmour był tu w szczytowej formie, bo to jedyny album Pink Floyd, na którym gitara za każdym razem idealnie mi się podoba. Również partie wokalne (tu jednak prym wiedzie Waters) są naprawdę świetne.

Jak przystało na późny Pink Floyd, jest to album koncepcyjny. Zapożycza trochę z orwellowskiego „Folwarku zwierzęcego”, bo szereguje ludzi jako różne zwierzęta. Są tu waleczne psy, despotyczne świnie i bezmyślne owce. Tematyka jest bardzo bliska zespołowi, komentarz społeczny to, zaraz po narzekaniu na wojnę, ulubiona śpiewka Rogera, co zresztą pokazał i na „Dark Side of the Moon” i na „The Wall” (tu pół na pół z wojną).

„Animals” to co prawda w kwestii procesu nagrywania przykład, jak nie powinno się tego robić. Z wypowiedzi uczestników jasno wynika, że Watersowi blisko do totalnej dyktatury i rozstrzeliwania niesubordynowanych. Na szczęście mimo tego ucisku, album wyszedł naprawdę świetnie. (10/10)

The Smashing Pumpkins „Mellon Collie and the Infinite Sadness”

Kariera The Smashing Pumpkins nabrała prawdziwego pędu po ich drugiej płycie, „Siamese Dream”. Przeboje takie jak „Today” czy „Cherub Rock” w modnym wtedy stylu alternatywnego rocka z domieszką grunge’u i okraszone wyjątkowym wokalem gwarantowały powodzenie. Zespół po sukcesie komercyjnym skupił się na pracy nad następnym albumem, jednak mieli dużo większe ambicje, niż tylko kolejny longplay.

Billy Corgan, frontman kapeli zapewniał, że ich nadchodzące dzieło będzie czymś na miarę „The Wall”. Zwiastunem tego miał być fakt, że jest to również album dwupłytowy. Poprzeczna postawiona cholernie wysoko, ale chyba się opłaciło. „Mellon Collie and the Infinite Sadness” okazał się wielkim przebojem, ulubieńcem krytyków, a z perspektywy czasu – jedną z największych płyt dekady.

Wspomnienie „The Wall” to nie jedyne odniesienie do brytyjskiego Pink Floyd. Corgan, podobnie jak dwadzieścia lat wcześniej Waters, był dyktatorem na swoim podwórku i podczas nagrywania „Siamese Dream” to on wydzielał każdemu role. Tutaj ta sytuacja uległa dużej zmianie i to widać. Kiedy wcześniej utwory były raczej podobne do siebie, utrzymane w jednej stylistyce, na „Mellon Collie” jak na dłoni widać wiele różnic. Są kawałki nagrane w starym, ciężkim stylu („Bullet with Butterfly Wings”, „Zero”) ale także i spokojniejsze piosenki („Tonight, Tonight” czy „1979” – moja ulubiona piosenka w ogóle) a nawet senne, dream popowe ballady („We Only Come Out at Night”).

„Mellon Collie”, mimo że trwa dwie godziny, nie nuży. Ale nie jest to płyta do słuchania na spacerze czy w dzień. Najlepiej smakuje w październikowy wieczór czy ciemne popołudnie. Zdecydowanie polecam każdemu. Może nie wszystkim spodoba się tak, jak mnie, ale na pewno nikt nie będzie zawiedziony. (10/10)

The Flaming Lips „Yoshimi Battles the Pink Robots”

Uwielbiam The Flaming Lips. Widać to pewnie w mojej recenzji ich „Embryonic” , ale nie jest tak bez powodu. Muzycy w wyjątkowy, właściwy sobie sposób potrafią łączyć delikatny, w żaden sposób natrętny hałas i szum z pięknymi, iście przebojowymi melodiami, tworząc utwory będące połączeniem tych dwóch, wydawać by się mogło, przeciwległych światów.

„Yoshimi” to świetny przykład takiej formy. Obcując z tymi piosenkami po raz pierwszy, zdawać się może, że to czysty pop, jednak kiedy się dobrze wsłuchać, można dostrzec ukryte gdzieś głębiej warstwy eksperymentalnego podejścia do pisania i nagrywania. Od tekstów, przez melodie aż po tekstury. Przyjemny głos Wayne’a Coyne’a poparty nieraz akustyczną gitarą tworzy niebywały kontrast z hałaśliwym elektrykiem, samplami, hałasami i hipnotyzującą perkusją.

Świetnym przykładem jest „Yoshimi Battles The Pink Robots Pt.1″, który zaczyna się, jakby chciał a nie mógł (dosłownie), by rozkręcić się i zaczarować lekką, delikatną formą. W tle jednak nieustannie szumią, trzeszczą i mruczą odgłosy, których nawet nie potrafię dokładnie nazwać. Druga część suity to kompletne przeciwieństwo – agresywnie waląca perkusja, niskie bity i kobieta, najpierw mówiąca „no, no, no, stop” a potem piszcząca nienaturalnie wysoko.

Taka forma obowiązuje na całej płycie. Senna, delikatna i niemalże bajkowa polewa przykrywa abstrakcyjny, enigmatyczny środek, który nawet po kilkunastu przesłuchaniach zdaje się nie być do końca odkryty.

„Yoshimi Battles The Pink Robots” to moja ulubiona płyta The Flaming Lips (mimo wszystko wygrywa z „Embryonic„). Jest idealnym połączeniem hałasu i harmonii, perfekcyjnym przedstawicielem „gatunku” jakim jest noise pop. (10/10)

The Beatles „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”

Album-legenda. Naprawdę nie wiem, czy w ogóle powinienem coś pisać, czy po prostu zostawić sam tytuł jako rekomendację. Bo „Sierżanta Pieprza” znają chyba wszyscy. Ba, ja już w podstawówce, na lekcjach języka angielskiego, dowiedziałem się, że ten album to definiujące współczesną muzykę dzieło.

The Beatles, ilu ma przeciwników, tylu i zwolenników. Ale niezaprzeczalnie, jest to grupa która na pop i rock wywarła największy wpływ. Jak mało kto potrafili połączyć sukces komercyjny (nie grając już nawet koncertów) z artystycznym, chociaż dla mnie, tak naprawdę, zaczęli się na „Revolver” i skończyli na „The Beatles (White Album)”. Ale ich magnum opus to, tak dla mnie jak i dla zdecydowanej większości ludzi, „Sgt. Pepper’s Lonely Heart Club Band”.

Nie jest to długa ani skomplikowana płyta. Czterdzieści minut i trzynaście utworów. Ale jakich! Praktycznie od pierwszych dźwięków zespół hipnotyzuje świetnymi aranżacjami, bawiąc się i stylem i formą. Są utwory w ich stylu, jak choćby „Getting Better” czy „She’s Leaving Home”, ale także i te bardziej eksperymentalne („Whitin You Without You” Harrisona, „Being for the Benefit of Mr. Kite!” Lennnona, będąca zresztą moją drugą ulubioną kompozycją Brytyjczyka).

Jak na rok 1967, album jest pełen eksperymentów, z czego największy to nie ten muzyczny, ale koncepcyjny. Tytuł to także nazwa zespołu, alter-ego Bitelsów, które stworzyli by dać sobie wolność w próbowaniu nowych rozwiązań w procesie twórczym i jego późniejszym uwiecznianiu.

„Sgt. Pepper’s Lonely Club Band” to esencja twórczości The Beatles i brytyjskiego psychodelicznego rocka, dzieło, które było, jest i będzie długo na ustach fanów dobrej muzyki. (10/10)

The Doors „The Doors”

Mówi się, że każdy zespół zazdrości The Doors debiutu. Całkiem możliwe, bo rzadko zdarza się, by na pierwszej płycie muzycy zawarli najlepszy materiał, który później stanie się pryzmatem do postrzegania kolejnych dokonań.

1967 jest zdecydowanie najlepszym rokiem dla… rocka, przynajmniej tego psychodelicznego. Wspomniani Bitelsi wydali wtedy dwa longplaye, Jimi Hendrix, Velvet Underground, Love, Pink Floyd… Mógłbym tak jeszcze długo wymieniać i zachwalać, ale to „The Doors” jest przedmiotem tekstu. Mimo, że przy wyżej wymienionych zespół Morrisona nie dla każdego brzmi równie doniośle, to ich pierwszy album nie ma się czego wstydzić, stojąc w jednym szeregu choćby z „Piper at the Gates of Dawn” czy „Forever Changes”, chociaż stylistycznie jest trochę inny.

Amerykanie nie stawiali na przyjemne, delikatne melodie jak choćby ich koledzy Love czy ówczesny wzór do naśladowania – The Beatles. Już od pierwszych minut słychać, że energia i dynamika grają pierwsze skrzypce. Mimo, że „Break on Through” zaczyna się dość standardowo, to już po dwudziestu sekundach Morrison komunikuje wszem i wobec, że nie jest grzecznym chłopcem pokroju McCartney’a czy Lee. Kolejne piosenki tylko to potwierdzają, nie tylko w kwestii wykonania, ale i tekstów. Agresywny styl Króla Jaszczura był wtedy jedyny w swoim rodzaju.

Muzycy nie stawiali jednak na monotematyczność. Na „The Doors” znalazły się też spokojne ballady. Świetnym przykładem są „The Crystal Ship” i „End of the Night”. Ale tak naprawdę, to „The End” jest utworem, który dla mnie definiuje nie tylko ten album, ale i całą twórczość grupy. Długi (dwanaście minut), z genialnym wstępem i świetną sekcją melodeklamacyjną wybija się ponad wszystko, co nagrali Amerykanie. Zresztą, nie tylko dla mnie, w końcu to za tę piosenkę, a dokładniej za tekst obrazujący kompleks Edypa, zostali wyrzuceni z klubu podczas jednego z pierwszych występów (pokazali to nawet w mocno średnim filmie).

„The Doors” to najlepszy album zespołu i, jak wspomniałem na początku, pryzmat do postrzegania kolejnych płyt. Następna, „Strange Days”, nagrana bardzo szybko stara się zachować wyjątkowy styl i poniekąd jej się udaje, jednak nie z taką mocą. (9/10)

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Hmmm, Floydów średnio lubię, szczerze mówiąc, za bardzo lubię Barretta;) Animals słabo znam, musiałbym posłuchać, żeby się odnieść. Nadrobię. Co do Smashing to sie zgadzam, świetny album. Dawno tego nie słuchałem, z racji kalibru, ale z tego co pamętam miewa dłużyzny. Znów, muszę odświeżyć żeby się w pełni odnieść. Zbyt długo tego nie słuchałem. Głos Corgana męczy mnie w nadmiarze. Zobaczymy jakie wrażenie wywrze na mnie po dłuuugiej przerwie. Do „Yoshimi” podchodziłem mnóstwo razy. Kurczę, ta kapela to jest mój swoisty fenomen. Ubustwiam „Embryonic” i ich wersję „Dark Side…”, ale nie mogę się przemóc do wcześniejszych dokonań, a każdy zawsze zaznacza, że ten „Yoshimi” to jednak jest zajebisty. A ja nie mogłem dotrwać. Kurczę, znów muszę odświeżać, może się uda? O Bitlach cóż dodać? Ja jestem z tych co hołubią, więc niiewiele wniosę. No i Doorsi… Do wypieków mnie nie doprowadzają, ale ten album świetny.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    „Animals” zdecydowanie polecam, chyba mój ulubiony Floyd, chociaż ja ich wielbię podobnie jak Ty Bitelsów, więc objectivity is fiction!

    „Mellon Collie” ma dłużyny, faktycznie, ale to jest album do którego warto usiąść w nocy i słuchać jednym cięgiem.

    Sprawdź sobie, może przed „Yoshimi…” , dwie wcześnie propozycje – „Clouds…” i „The Soft Bulletin”. W podobnym stylu, ale (chyba) bardziej przystępne i nieźle ugruntowują. Z drugiej strony, u mnie to była miłość od pierwszego odsłuchu, chociaż nikogo nie udało mi się przekonać do tej płyty :( Jednej koleżance dałem „Embryonic” na Mikołaja, to niby się jej podobał.

    Z Doorsami to dziwnie u mnie jest, cholernie podoba mi się trzecia, ponoć taka słaba, płyta. Chyba nawet na równi z pierwszą (głównie przez „Wintertime Love”, ale cóż).

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    „Soft Bulletin” próbowałem też. Coś mi u wcześniejszych Flaming Lips nie pasuje, coś mnie odpycha. To takie brudne i odjechane Pixies, a Embryonic jest dzikie i szorstkie. Może się jeszcze raz spróbuję z nimi, tzn. na pewno, pytanie tylko kiedy. Może właśnie jesień będzie sprzyjać. Tych Pumpkins sobie odświeżę, bo ostatnio gdzieś czytałem jakieś zestawienie i nawet miałem już ochotę, a teraz u Ciebie, więc już nie mam wyjścia. Hity stamtąd głównie pamiętam.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    To właśnie spróbuj „Clouds”, jest bardziej stonowane, są świetne spokojne motywy i „Bad Days„.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Chyba jutro zgram sobie do posłuchania Yoshimi, sprobuje jeszcze raz, bo z tego co pamiętam więcej razy podchodziłem do Soft Bulletin, więc może jednak ten Yoshimi wejdzie. Jak się nie uda, cóż, trudno.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Koniecznie zdaj relację! Mam tak jak Ty, ciężko mi zrozumieć, że coś co mnie się podoba, nie każdemu musi :D

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Może na blogu u siebie napiszę, postaram się jakoś razem z Radiogłowymi może

  • http://warstwy.com Adam Majchrzak

    Powiem tak. Przy płycie Doorsów i to jesienią zrodziła się moja pierwsza miłość, która trwała 5 lat. Dlatego mam sentyment do płyty o jakiej wspominasz. Z drugiej strony nie znoszę Doorsów… na 100% dlatego, że związek padł:)

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Nie Doorsów wina, że dziewczyna sobie zmieniła zdanie ;)

  • Pingback: Wielka trójka The Smashing Pumpkins | tomek.buszewski.com()