„Niebo nad portem miało barwę ekranu monitora nastrojonego na nie istniejący kanał.” (1) Cytat – legenda. Praktycznie każdy, kto choć trochę interesuje się literaturą światową kojarzy ten fragment. Fragment otwierający książkę uważaną za matkę cyberpunku, popularyzację hackingu i wizji komputerów osobistych.

„Neuromancer” ukazał się w 1984 roku i od razu narobił zamieszania. Autor przedstawia w niej świat przyszłości, gdzie rządzą korporacje a ludzie mają ciała modyfikowane mechanicznie. Technologia jest wszechobecna i penetruje każdy aspekt życia. Brzmi znajomo? Tak, to co przedstawił tu Gibson stało się podłożem i inspiracją dla kolejnych pokoleń twórców parających się odłamem science-fiction dumnie zwanym cyberpunkiem.

Książka opowiada o hakerze imieniem Case. Niegdyś gwiazda swej branży, po dokonaniu jednej złej decyzji zleceniodawcy w akcje zemsty zredukowali go do podrzędnego, na wpół martwego kolesia, który za odpowiednią cenę zrobi wszystko. Na szczęście, mimo odebrania zdolności fizycznych, nie zabrali mu talentu, który okazuje się, mimo totalnego zepsucia świata, być nadal w cenie. Bohaterem zaczyna interesować się Armitage, który na poczet współpracy zleca operacje przywracającą Case’a do dawnej świetności. Jednak nie ma róży bez kolców i dobroczyńca od razu informuje go, że w przypadku niesubordynacji, smycz w postaci worków z neurotoksyną zdegraduje go momentalnie do kaleki, jakim był jeszcze kilka godzin temu. Prócz pięknie pachnącej pracy w cyberprzestrzeni, Henry’ego interesuje jeszcze coś. Kobieta – Molly.

Nietrudno się domyślić, że wywiąże się romans. Ale to najmniejszy z ich problemów, bo szybko zacznie okazywać się, że Armitage nie jest do końca tym, za kogo się podaje, a całą operacją steruje ktoś znacznie potężniejszy. Od momentu, w którym bohaterowie odkryją ten fakt, historia zaczyna toczyć się dwutorowo. Z jednej strony jest operacja do której oboje zostali zatrudnieni, z drugiej prywatne śledztwo mające na celu dotarcie do ich prawdziwych mocodawców.

Fabuła jest napisana bardzo dobrze, nie ma dłużyzn, za to akcja jest bardzo wartka i nie pozwala oderwać się od książki. Bohaterowie, co osobiście uwielbiam we wszystkich mediach, często zmieniają miejsca pobytu (bynajmniej nie są to zmiany mieszkania, a kraju), w żadnym nie są dłużej niż to konieczne, jednakże każda wizyta jest bardzo ważna i niesie ze sobą ciekawe wydarzenia i postaci.

Powieść, co niezmiernie cieszy, przetrwała próbę czasu całkiem nieźle. W sci-fi prawie trzydzieści lat to szmat czasu, ale gatunek wykreowany przez Gibsona okazał się dla jego kontynuatorów tak idealny, że postanowili praktycznie go nie zmieniać. Dlatego nietrudno w dzisiejszych tworach znaleźć sztuczne inteligencje, wszczepy czy japońskich cichych zabójców.

„Neuromancer” dostarcza wielu informacji na temat genialnego gatunku, jakim jest cyberpunk. Jest to świetna pozycja zarówno dla tych zaczynających przygodę z tym odłamem fantastyki naukowej, jak i dla tych zaprawionych. Świetnie jest zobaczyć, jak to się wszystko zaczęło i skąd garściami czerpali choćby twórcy „Matriksa”.

(1) – „Neuromancer”, William Gibson, tłum. Piotr W. Cholewa (wyd. Zysk i s-ka, Poznań 1996, 1999)

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    O, fajna notka. Mam Neuromancera właśnie w tłumaczeniu Cholewy (nie wiem czy jest inne). Tam jest ta postać Płaszczaka, co pomaga Case’owi. Właściwie to jest martwy koleś jakoś przywrócony do życia, coś jakby hologram jego umysłu chyba, no i on byl takim cynikiem dość, pamiętam. I w pewnym momencie mówi na temat jakiegoś szalonego pomysłu Case’a:” nigdy nie lubiłem prostych rozwiązań, kiedy można załatwić sprawę od strony dupy”. :D

    Książka wypas totalny, za każdym razem mam ochotę ją łyknąć kolejny raz.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Pamiętam moje zdziwienie, jak się dowiedziałem skąd ta ksywa Płaszczaka. Potem, przy tym co robił Case, to wydało się takie… zwyczajne :D

    A że wypas, to jest szczera prawda. Zawsze jak kupuję książkę, to przeglądam pierwsze strony, tak żeby zobaczyć jak to leci. Przeleciałem pierwszy rozdział jednym tchem, mimo że „siadam tylko na sekundę, bo muszę dokończyć projekt”.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Pamiętam, że jak czytałem pierwszy raz, to mi tyle umknęło, że musiałem łyknąć po raz kolejny. Ta książka wciąga, ale jednak wymaga skupienia, żeby wyłapać wszystkie szczegóły.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Szkoda, że jest popularna tylko w niektórych kręgach. Wpadnie w oko dopiero, kiedy przeczesujesz głębiej tematykę SF czy wchodzisz w cyberpunk. A tak, to mało kto o niej słyszał.

    Podobnie zresztą rzecz ma się z „Ulissesem” (chociaż samo porównanie biedne, wiem), jak nie wchodzisz w literaturę modernistyczną, awangardową, to ludzie wytrzeszczają oczy.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Ulisses chyba jednak jest znany, choćby z tego, że ciężki do przeczytania ;) Ja nie czytałem, ale nie znać nie sposób. Na Neuromancera zaś natknąłem się przez Antenę Krzyku. Tam kiedyś były artykuły o cyberpunku. No i w jakiejś recenzji filmu Existenz.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    „Ulisses” znany? Może w Twoich kręgach, w sanockiej bibliotece (w sensie na cały Sanok we wszystkich filiach) są dwie kopie, a ludzie jeżeli już znają, to właśnie dlatego że „ponoć ciężko się czyta” i „podobno niepotrzebnie długie”. Ludzie z którymi gadałem to albo w ogóle nie znali, albo mówili to, co napisałem przed chwilą, albo mieli zamiar przeczytać „żeby się pochwalić, że przeczytałem”.

    Zresztą, studentom trzeciego roku filologii polskiej na PWSZ w Sanoku nazwisko Joyce jest obce :)

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Ten Ullises to mi zawsze się kojarzył, chyba w domu rodzinnym był egzemplarz, mogłem sięgnąć w wolnej chwili. Choć ja mam wielu znajomych w Irlandii, a tam to chyba kult. Bo jednak Dublin, Dublin, Dublin.

    Cóż, student teraz chyba ma inny kanon. Cholera go tam (studenta) wie.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Ja w zeszłym roku wróciłem do studenckiego życia, zacząłem robić właśnie filologię polską i poszedłem na PWSZ. Na pierwszym roku mieliśmy przeczytać fragmenty „Pamiętników” Paska, „Odprawę posłów greckich”, „Krótką rozprawę” i… chyba tyle. Więc, widzisz sam :P

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    He, zajebista literatura :D Ja teraz ciągnę Rękopis Znaleziony w Saragossie, idzie ciężko, ale dobra książka. Może gdzieś wepcham Ullisessa do swojej kupki. Choć po rękopisie pewnie coś krótszego wezmę.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Przedmiot literatura staropolska :D Teraz będziemy mieli literaturę XX wieku, to może chociaż Camus albo Beckett się pokażą. Z drugiej strony, kto to będzie czytał. Byłem na wyjeździe dwudniowym, zabrałem sobie książkę to patrzyli trochę jak na wariata :D Zresztą, ja i tak tam jestem wujek, między dziewiętnastoletnimi chłopakami (ja w tym wieku wyglądałem na 30 :().

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    mię­dzy dzie­więt­na­sto­let­nimi chło­pa­kami (ja w tym wieku wyglą­da­łem na 30

    He,he. Proszę, sporo nas łączy:D Choć ja w wieku 21 lat wyglądałem na 27 :D

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Ja od małego wyglądałem staro, dlatego zawsze mnie wysyłali po piwo do sklepu. Potem pokończyli 18 i nie byłem potrzebny :D