Neuromancer“

Tomek — 20.09.2011 — KsiążkaKomentarze (12) — Tagi: ,
"Neuromancer"

Niebo nad por­tem miało barwę ekranu moni­tora nastro­jo­nego na nie ist­nie­jący kanał.“ (1) Cytat — legenda. Prak­tycz­nie każdy, kto choć tro­chę inte­re­suje się lite­ra­turą świa­tową koja­rzy ten frag­ment. Frag­ment otwie­ra­jący książkę uwa­żaną za matkę cyber­punku, popu­la­ry­za­cję hac­kingu i wizji kom­pu­te­rów osobistych.

Neu­ro­man­cer“ uka­zał się w 1984 roku i od razu naro­bił zamie­sza­nia. Autor przed­sta­wia w niej świat przy­szło­ści, gdzie rzą­dzą kor­po­ra­cje a ludzie mają ciała mody­fi­ko­wane mecha­nicz­nie. Tech­no­lo­gia jest wszech­obecna i pene­truje każdy aspekt życia. Brzmi zna­jomo? Tak, to co przed­sta­wił tu Gib­son stało się pod­ło­żem i inspi­ra­cją dla kolej­nych poko­leń twór­ców para­ją­cych się odła­mem science-fiction dum­nie zwa­nym cyberpunkiem.

Książka opo­wiada o hake­rze imie­niem Case. Nie­gdyś gwiazda swej branży, po doko­na­niu jed­nej złej decy­zji zle­ce­nio­dawcy w akcje zemsty zre­du­ko­wali go do pod­rzęd­nego, na wpół mar­twego kole­sia, który za odpo­wied­nią cenę zrobi wszystko. Na szczę­ście, mimo ode­bra­nia zdol­no­ści fizycz­nych, nie zabrali mu talentu, który oka­zuje się, mimo total­nego zepsu­cia świata, być nadal w cenie. Boha­te­rem zaczyna inte­re­so­wać się Armi­tage, który na poczet współ­pracy zleca ope­ra­cje przy­wra­ca­jącą Case’a do daw­nej świet­no­ści. Jed­nak nie ma róży bez kol­ców i dobro­czyńca od razu infor­muje go, że w przy­padku nie­sub­or­dy­na­cji, smycz w postaci wor­ków z neu­ro­tok­syną zde­gra­duje go momen­tal­nie do kaleki, jakim był jesz­cze kilka godzin temu. Prócz pięk­nie pach­ną­cej pracy w cyber­prze­strzeni, Henry’ego inte­re­suje jesz­cze coś. Kobieta — Molly.

Nie­trudno się domy­ślić, że wywiąże się romans. Ale to naj­mniej­szy z ich pro­ble­mów, bo szybko zacznie oka­zy­wać się, że Armi­tage nie jest do końca tym, za kogo się podaje, a całą ope­ra­cją ste­ruje ktoś znacz­nie potężniejszy. Od momentu, w któ­rym boha­te­ro­wie odkryją ten fakt, histo­ria zaczyna toczyć się dwu­to­rowo. Z jed­nej strony jest ope­ra­cja do któ­rej oboje zostali zatrud­nieni, z dru­giej pry­watne śledz­two mające na celu dotar­cie do ich praw­dzi­wych mocodawców.

Fabuła jest napi­sana bar­dzo dobrze, nie ma dłu­żyzn, za to akcja jest bar­dzo wartka i nie pozwala ode­rwać się od książki. Boha­te­ro­wie, co oso­bi­ście uwiel­biam we wszyst­kich mediach, czę­sto zmie­niają miej­sca pobytu (bynaj­mniej nie są to zmiany miesz­ka­nia, a kraju), w żadnym nie są dłu­żej niż to konieczne, jed­nakże każda wizyta jest bar­dzo ważna i nie­sie ze sobą cie­kawe wyda­rze­nia i postaci.

Powieść, co nie­zmier­nie cie­szy, prze­trwała próbę czasu cał­kiem nie­źle. W sci-fi pra­wie trzy­dzie­ści lat to szmat czasu, ale gatu­nek wykre­owany przez Gib­sona oka­zał się dla jego kon­ty­nu­ato­rów tak ide­alny, że posta­no­wili prak­tycz­nie go nie zmie­niać. Dla­tego nie­trudno w dzi­siej­szych two­rach zna­leźć sztuczne inte­li­gen­cje, wsz­czepy czy japoń­skich cichych zabójców.

Neu­ro­man­cer“ dostar­cza wielu infor­ma­cji na temat genial­nego gatunku, jakim jest cyber­punk. Jest to świetna pozy­cja zarówno dla tych zaczy­na­ją­cych przy­godę z tym odła­mem fan­ta­styki nauko­wej, jak i dla tych zapra­wio­nych. Świet­nie jest zoba­czyć, jak to się wszystko zaczęło i skąd gar­ściami czer­pali choćby twórcy „Matriksa“.

(1) — „Neu­ro­man­cer“, Wil­liam Gib­son, tłum. Piotr W. Cho­lewa (wyd. Zysk i s-ka, Poznań 1996, 1999)

  • 8 / 10

12 komentarze/y

  1. dawrweszte pisze:

    O, fajna notka. Mam Neu­ro­man­cera wła­śnie w tłu­ma­cze­niu Cho­lewy (nie wiem czy jest inne). Tam jest ta postać Płasz­czaka, co pomaga Case’owi. Wła­ści­wie to jest mar­twy koleś jakoś przy­wró­cony do życia, coś jakby holo­gram jego umy­słu chyba, no i on byl takim cyni­kiem dość, pamię­tam. I w pew­nym momen­cie mówi na temat jakie­goś sza­lo­nego pomy­słu Case’a:“ nigdy nie lubi­łem pro­stych roz­wią­zań, kiedy można zała­twić sprawę od strony dupy“. :D

    Książka wypas totalny, za każ­dym razem mam ochotę ją łyknąć kolejny raz.

  2. Pamię­tam moje zdzi­wie­nie, jak się dowie­dzia­łem skąd ta ksywa Płasz­czaka. Potem, przy tym co robił Case, to wydało się takie… zwy­czajne :D

    A że wypas, to jest szczera prawda. Zawsze jak kupuję książkę, to prze­glą­dam pierw­sze strony, tak żeby zoba­czyć jak to leci. Prze­le­cia­łem pierw­szy roz­dział jed­nym tchem, mimo że „sia­dam tylko na sekundę, bo muszę dokoń­czyć projekt“.

  3. dawrweszte pisze:

    Pamię­tam, że jak czy­ta­łem pierw­szy raz, to mi tyle umknęło, że musia­łem łyknąć po raz kolejny. Ta książka wciąga, ale jed­nak wymaga sku­pie­nia, żeby wyła­pać wszyst­kie szczegóły.

  4. Szkoda, że jest popu­larna tylko w nie­któ­rych krę­gach. Wpad­nie w oko dopiero, kiedy prze­cze­su­jesz głę­biej tema­tykę SF czy wcho­dzisz w cyber­punk. A tak, to mało kto o niej słyszał.

    Podob­nie zresztą rzecz ma się z „Ulis­se­sem“ (cho­ciaż samo porów­na­nie biedne, wiem), jak nie wcho­dzisz w lite­ra­turę moder­ni­styczną, awan­gar­dową, to ludzie wytrzesz­czają oczy.

  5. dawrweszte pisze:

    Ulis­ses chyba jed­nak jest znany, choćby z tego, że ciężki do prze­czy­ta­nia ;) Ja nie czy­ta­łem, ale nie znać nie spo­sób. Na Neu­ro­man­cera zaś natkną­łem się przez Antenę Krzyku. Tam kie­dyś były arty­kuły o cyber­punku. No i w jakiejś recen­zji filmu Existenz.

  6. Ulis­ses“ znany? Może w Two­ich krę­gach, w sanoc­kiej biblio­tece (w sen­sie na cały Sanok we wszyst­kich filiach) są dwie kopie, a ludzie jeżeli już znają, to wła­śnie dla­tego że „ponoć ciężko się czyta“ i „podobno nie­po­trzeb­nie dłu­gie“. Ludzie z któ­rymi gada­łem to albo w ogóle nie znali, albo mówili to, co napi­sa­łem przed chwilą, albo mieli zamiar prze­czy­tać „żeby się pochwa­lić, że przeczytałem“.

    Zresztą, stu­den­tom trze­ciego roku filo­lo­gii pol­skiej na PWSZ w Sanoku nazwi­sko Joyce jest obce :)

  7. dawrweszte pisze:

    Ten Ulli­ses to mi zawsze się koja­rzył, chyba w domu rodzin­nym był egzem­plarz, mogłem się­gnąć w wol­nej chwili. Choć ja mam wielu zna­jo­mych w Irlan­dii, a tam to chyba kult. Bo jed­nak Dublin, Dublin, Dublin.

    Cóż, stu­dent teraz chyba ma inny kanon. Cho­lera go tam (stu­denta) wie.

  8. Ja w zeszłym roku wró­ci­łem do stu­denc­kiego życia, zaczą­łem robić wła­śnie filo­lo­gię pol­ską i posze­dłem na PWSZ. Na pierw­szym roku mie­li­śmy prze­czy­tać frag­menty „Pamięt­ni­ków“ Paska, „Odprawę posłów grec­kich“, „Krótką roz­prawę“ i… chyba tyle. Więc, widzisz sam :P

  9. dawrweszte pisze:

    He, zaje­bi­sta lite­ra­tura :D Ja teraz cią­gnę Ręko­pis Zna­le­ziony w Sara­gos­sie, idzie ciężko, ale dobra książka. Może gdzieś wepcham Ulli­sessa do swo­jej kupki. Choć po ręko­pi­sie pew­nie coś krót­szego wezmę.

  10. Przed­miot lite­ra­tura sta­ro­pol­ska :D Teraz będziemy mieli lite­ra­turę XX wieku, to może cho­ciaż Camus albo Bec­kett się pokażą. Z dru­giej strony, kto to będzie czy­tał. Byłem na wyjeź­dzie dwu­dnio­wym, zabra­łem sobie książkę to patrzyli tro­chę jak na wariata :D Zresztą, ja i tak tam jestem wujek, mię­dzy dzie­więt­na­sto­let­nimi chło­pa­kami (ja w tym wieku wyglą­da­łem na 30 :().

  11. dawrweszte pisze:

    mię­dzy dzie­więt­na­sto­let­nimi chło­pa­kami (ja w tym wieku wyglą­da­łem na 30

    He,he. Pro­szę, sporo nas łączy:D Choć ja w wieku 21 lat wyglą­da­łem na 27 :D

  12. Ja od małego wyglą­da­łem staro, dla­tego zawsze mnie wysy­łali po piwo do sklepu. Potem pokoń­czyli 18 i nie byłem potrzebny :D

Dodaj komentarz