Nirvana „Bleach“

Tomek — 17.09.2011 — MuzykaKomentarze (12) — Tagi: ,
Nirvana "Bleach"

Pod­czas dys­ku­sji na Niko­mu­ni­ka­tach, drogą bar­dzo okrężną, doszli­śmy do wnio­sku, że Nirvana skoń­czyła się na „Ble­ach“, któ­rego… nie zna­łem. Czas zatem nad­ro­bić zale­gło­ści, a przy szczę­ściu może prze­ko­nać się do zespołu Cobaina.

Grunge z Seat­tle to dziś legenda w 50% za sprawą Nirvany. Co prawda publikę zdo­byli dopiero drugą płytą, jed­nak to dzięki „Ble­ach“ ktoś ich zauwa­żył i posta­no­wił sze­rzej pro­mo­wać. W wypo­wie­dziach Cobain twier­dzi, że nagra­nia na tej pły­cie są ubo­gie w kwe­stii twór­czej, bo tego życzyła sobie wytwór­nia. Nie wiem, ile w tym prawdy, a ile uspra­wie­dli­wia­nia się, bo fak­tycz­nie, połowa utwo­rów nie prze­kra­cza trzech minut, a całość jest oparta na dość pro­stych moty­wach (szcze­gól­nie utwór „Scoff“ rzuca się w tej kwe­stii w uszy).

To, co wycho­dzi na pierw­szy plan to zde­cy­do­wa­nie wokal. Cha­rak­te­ry­styczny, lekko zachryp­nięty głos jest nie­jako defi­ni­cją grunge’owego stylu, poparty ciężką, powta­rzalną per­ku­sją i pro­stymi rif­fami. To wszystko dostar­cza „Ble­ach“, okra­szone w dodatku przy­jem­nym, natu­ral­nym bru­dem, znu­dze­niem i nie­chce­niem. Szkoda, że taka stra­te­gia jest szko­dliwa na dłuż­szą metę. Dla­czego? Bo trzy­na­ście utwo­rów brzmi bar­dzo podob­nie, zlewa się i w poło­wie album zaczyna nudzić.

Na początku wspo­mnia­łem o krót­kich utwo­rach. To one, mimo że może się tak nie wyda­wać, są siłą „Ble­ach“. Kumu­lują ener­gię roz­no­szącą muzy­ków i zbie­rają ją w małą, ale potężną pigułę (świetne przy­kłady to trzy pierw­sze pio­senki, „Nega­tive Creep“ czy zamy­ka­jący „Downer“). Te dłuż­sze wyraź­nie się cią­gną, poka­zują, że Coba­inowi (bo to on pisał i kom­po­no­wał wszystko) wyraź­nie bra­ko­wało inwen­cji w kwe­stii muzyki (wyją­tek potwier­dza­jący regułę to „Big Cheese“).

Debiu­tancka płyta Nirvany zapo­wiada to, co będzie dalej roz­wi­jane, szkoda że grzecz­niej, na „Never­mind“ i „In Utero“. Jed­no­cze­śnie jest to album naj­bar­dziej natu­ralny, nagrany w praw­dzi­wym grunge’owym stylu. Nie ma tu wypo­le­ro­wa­nego, ide­al­nego dźwięku ze sztucz­nym bru­dem, czego syno­ni­mem dla mnie są dwa ostat­nie płyty zespołu. Jest za to wyczu­walny kurz na wzmac­nia­czach, nie­chluj­nie stro­jone gitary i wku­rzony Kurt.

  • 6 / 10

12 komentarze/y

  1. dawrweszte pisze:

    Szybko się wzią­łeś za płytkę ;) Pew­nie masz rację w więk­szo­ści, ja tej płyty dawno nie słu­cha­łem, bazuję na wspo­mnie­niach, ale te mam żywe. tro­chę ją sobie teraz pood­świe­ża­łem na jutu­bie i fak­tycz­nie przy jed­nej dawce nudzi. Ale jed­nak wolę ten brud od pole­ro­wa­nego never­mind, ze względu na tę gara­żo­wość. Tam nie ma jesz­cze sło­dzi­ków w rodzaju Come As You Are, Heart Sha­ped Box czy Rape Me. Bo potem Kurt odkryl złotą metodę i takie songi podobne dość nagry­wał. Ble­ach poka­zuje, że typ miał poten­cjał i to taki wkur­wiony mate­riał jest.

  2. dawrweszte pisze:

    I teraz mam w gło­wie Nega­tive Creep i nie może się odczepić.

  3. Mnie się żaden utwór nie zła­pał. Pod­czas pierw­szego odsłu­chu sko­ja­rzy­łem tylko „About a Girl“, cho­ciaż nie wiem skąd. I co gor­sza, w poło­wie musia­łem spau­zo­wać, bo zaczą­łem się okrut­nie nudzić.

    Sty­li­stycz­nie, to jak mówisz, dużo lepiej, bo natu­ral­nie, szcze­rze. Bez ana­li­zo­wa­nia, czy ten utwór będzie dobrym sin­glem, czy się sprzeda i czy nakręcą fajny teledysk.

  4. dawrweszte pisze:

    A na tej okładce to ilu ich jest, 4?

  5. Wygląda na to, że ten czwarty koleś to Jason Ever­man na gita­rze. Ponoć w ogóle nie grał na albu­mie. Wiki tak mówi.

  6. dawrweszte pisze:

    Wiki też dodaje, że Big Che­ese nie było na pierw­szym wyda­niu, dopiero w reedy­cji z 1992 dodane. Co świad­czy­łoby o tym, że ten kawa­łek był zbyt prze­bo­jowy na płytę.

  7. Dwa ostat­nie kawałki dorzu­cili na CD. Dzi­wię się, że „Downer“ nie wle­ciał od razu, bo pasuje idealnie.

  8. dawrweszte pisze:

    W sumie te dwa kawałki wrzu­cili w 92, a więc rok po never­mind, kiedy było wia­domo, że na bank sprze­daż ruszy ponow­nie. Pew­nie już doradcy i wytwór­nia kalkulowała.

  9. Pew­nie tak było. Tylko jak mówię, „Downer“ zamyka album dużo, dużo lepiej niż roz­cią­gnięty na siłę (chyba tylko po to, żeby mieć dłuż­szy clo­ser) „Sifiting“.

  10. dawrweszte pisze:

    Pod­su­mujmy wnio­ski: Nirvana to nie­zbyt dobry zespół, na pewno z poten­cja­łem, ale jed­nak deli­kat­nie prze­re­kla­mo­wany i nie tyle odkryw­czy muzycz­nie, co raczej wypo­le­ro­wany przez pro­duk­cję. Mate­riał, który ewi­dent­nie tra­fił w swój czas.

  11. […] „brud­nego“ stylu gry, czyli rocka alter­na­tyw­nego i grunge’u. Triumfy świę­ciła Nirvana i obok niej reszta Czwórki z Seat­tle. Nie było na sce­nie wiele miej­sca dla innych […]

Dodaj komentarz