Podczas dyskusji na Nikomunikatach, drogą bardzo okrężną, doszliśmy do wniosku, że Nirvana skończyła się na „Bleach”, którego… nie znałem. Czas zatem nadrobić zaległości, a przy szczęściu może przekonać się do zespołu Cobaina.

Grunge z Seattle to dziś legenda w 50% za sprawą Nirvany. Co prawda publikę zdobyli dopiero drugą płytą, jednak to dzięki „Bleach” ktoś ich zauważył i postanowił szerzej promować. W wypowiedziach Cobain twierdzi, że nagrania na tej płycie są ubogie w kwestii twórczej, bo tego życzyła sobie wytwórnia. Nie wiem, ile w tym prawdy, a ile usprawiedliwiania się, bo faktycznie, połowa utworów nie przekracza trzech minut, a całość jest oparta na dość prostych motywach (szczególnie utwór „Scoff” rzuca się w tej kwestii w uszy).

To, co wychodzi na pierwszy plan to zdecydowanie wokal. Charakterystyczny, lekko zachrypnięty głos jest niejako definicją grunge’owego stylu, poparty ciężką, powtarzalną perkusją i prostymi riffami. To wszystko dostarcza „Bleach”, okraszone w dodatku przyjemnym, naturalnym brudem, znudzeniem i niechceniem. Szkoda, że taka strategia jest szkodliwa na dłuższą metę. Dlaczego? Bo trzynaście utworów brzmi bardzo podobnie, zlewa się i w połowie album zaczyna nudzić.

Na początku wspomniałem o krótkich utworach. To one, mimo że może się tak nie wydawać, są siłą „Bleach”. Kumulują energię roznoszącą muzyków i zbierają ją w małą, ale potężną pigułę (świetne przykłady to trzy pierwsze piosenki, „Negative Creep” czy zamykający „Downer”). Te dłuższe wyraźnie się ciągną, pokazują, że Cobainowi (bo to on pisał i komponował wszystko) wyraźnie brakowało inwencji w kwestii muzyki (wyjątek potwierdzający regułę to „Big Cheese”).

Debiutancka płyta Nirvany zapowiada to, co będzie dalej rozwijane, szkoda że grzeczniej, na „Nevermind” i „In Utero”. Jednocześnie jest to album najbardziej naturalny, nagrany w prawdziwym grunge’owym stylu. Nie ma tu wypolerowanego, idealnego dźwięku ze sztucznym brudem, czego synonimem dla mnie są dwa ostatnie płyty zespołu. Jest za to wyczuwalny kurz na wzmacniaczach, niechlujnie strojone gitary i wkurzony Kurt.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Szybko się wziąłeś za płytkę ;) Pewnie masz rację w większości, ja tej płyty dawno nie słuchałem, bazuję na wspomnieniach, ale te mam żywe. trochę ją sobie teraz poodświeżałem na jutubie i faktycznie przy jednej dawce nudzi. Ale jednak wolę ten brud od polerowanego nevermind, ze względu na tę garażowość. Tam nie ma jeszcze słodzików w rodzaju Come As You Are, Heart Shaped Box czy Rape Me. Bo potem Kurt odkryl złotą metodę i takie songi podobne dość nagrywał. Bleach pokazuje, że typ miał potencjał i to taki wkurwiony materiał jest.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    I teraz mam w głowie Negative Creep i nie może się odczepić.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Mnie się żaden utwór nie złapał. Podczas pierwszego odsłuchu skojarzyłem tylko „About a Girl”, chociaż nie wiem skąd. I co gorsza, w połowie musiałem spauzować, bo zacząłem się okrutnie nudzić.

    Stylistycznie, to jak mówisz, dużo lepiej, bo naturalnie, szczerze. Bez analizowania, czy ten utwór będzie dobrym singlem, czy się sprzeda i czy nakręcą fajny teledysk.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    A na tej okładce to ilu ich jest, 4?

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Wygląda na to, że ten czwarty koleś to Jason Everman na gitarze. Ponoć w ogóle nie grał na albumie. Wiki tak mówi.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Wiki też dodaje, że Big Cheese nie było na pierwszym wydaniu, dopiero w reedycji z 1992 dodane. Co świadczyłoby o tym, że ten kawałek był zbyt przebojowy na płytę.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Dwa ostatnie kawałki dorzucili na CD. Dziwię się, że „Downer” nie wleciał od razu, bo pasuje idealnie.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    W sumie te dwa kawałki wrzucili w 92, a więc rok po nevermind, kiedy było wiadomo, że na bank sprzedaż ruszy ponownie. Pewnie już doradcy i wytwórnia kalkulowała.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Pewnie tak było. Tylko jak mówię, „Downer” zamyka album dużo, dużo lepiej niż rozciągnięty na siłę (chyba tylko po to, żeby mieć dłuższy closer) „Sifiting”.

  • http://dawrweszte.wordpress.com dawrweszte

    Podsumujmy wnioski: Nirvana to niezbyt dobry zespół, na pewno z potencjałem, ale jednak delikatnie przereklamowany i nie tyle odkrywczy muzycznie, co raczej wypolerowany przez produkcję. Materiał, który ewidentnie trafił w swój czas.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    …tak!

  • Pingback: The Smashing Pumpkins „Gish” | tomek.buszewski.com()