Uniwersum „Warhammera” nigdy nie robiło na mnie wrażenia. Jasne, ci kolesie w dwumetrowych zbrojach wyglądali fajnie, kiedy miałem czternaście lat, ale to był jedyny kontakt. Nie czułem potrzeby jakiegoś zatapiania się w te całe sprawy kosmicznych Marines, Imperatora i orków, chociaż w gimnazjum koleżanka mi o tym napominała sporadycznie.

Dość chłodno przyjąłem zatem wiadomość, że THQ ma w planie wydawniczym grę osadzoną w tym uniwersum. Jednak niedawno, kiedy zobaczyłem filmik z rozgrywki, postanowiłem że dam szansę produkcji. Na iksboksowym Marketplace leży świeże demo dla pojedynczego gracza – ściągnąłem i zacząłem grać wczoraj w nocy. Pierwsze uruchomienie i gra zajęły mi… może dziesięć minut. Produkt właściwie od razu mnie odrzucił swoją sztucznością i nienaturalnością. Jasne, otoczka wygląda naprawdę nieźle, sceneria jest bardzo fajna i klimatyczna, ale…

No właśnie, ale. Bohaterem gry jest dwumetrowy Marine w olbrzymiej, pewnie w ważącej dobre pięćdziesiąt kilo zbroi, noszący przy sobie coś na kształt miecza (nie wiem kompletnie co to, w grze wygląda jak metalowa deska) i cztery bronie (pistolet, karabin, snajperka i wyrzutnia granatów). Wydawać by się mogło, że ciężar jak cholera, ale najwyraźniej dla niego to tyle samo, co dla mnie koszula i spodnie. Podczas gry w ogóle nie czuć ciężaru postaci, biegnie prosto i w ogóle nie widać na niej jakiegokolwiek dyskomfortu. Pamiętacie „Gears of War”? Tam kolesie, mimo noszenia mniejszych zbroi, zachowywali się dużo mniej swobodnie. Tak naprawdę, to nasz Space Marine biega z większą gracją, niż Nate Drake w „Uncharted 2″.

Kolejną niemiłą niespodzianką jest walka. Są dwie możliwości, albo wspomniany „miecz”, albo broń palna. Walka wręcz aspiruje do bycia głównym punktem programu, jednak nie oferuje niczego interesującego. Kombinacja „cztery razy ten sam przycisk” jest nadużywana, bo innej tak naprawdę nie ma. Jest jeszcze drugi klawisz, ale on tak naprawdę służy do kończenia akcji. No i jeszcze trzeci, do tzw. finisherów, znanych ze slasherów wszelkiej maści. Ponadto, po raz kolejny, brak tu poczucia ciężaru. W „Darksiders”, zamachując się mieczem było widać, że nawet dla Wojny ten oręż nie jest zabawką, w „God of War” podobnież. Tutaj, nawet kosząc gromadę przeciwników, broń przechodzi przez nich jak przez powietrze, zwalniając minimalnie.

Broń palna nie spisuje się lepiej. Strzelanie jest nudne i w ogóle nie daje frajdy znanej z innych gier. Odrzutu praktycznie nie ma i można śmiało wypluć cały magazynek w jedno miejsce. Gra oferuje tzw. unik, taki sam jak w przygodach Marcusa Fenixa, a także sporo osłon. Założyłem więc, że można się za nimi chować, przyklejać do nich i wychylać się. Cóż, nie można, w „Space Marine” w ogóle nie zaimplementowano takiego systemu. W czasach, kiedy nawet RPGi oferują taką możliwość, decyzja o jej pominięciu zdaje się być strzałem w stopę.

Jak wspomniałem, nie znam się na tym uniwersum, więc nie wiem, czy to jego prawidłowość, ale bohater jest atakowany przez hordy orków. Naprawdę, dwadzieścia zielonych ludzików w kamizelkach (bardzo przypominają orków z „Warcraft 3″) co kilkanaście sekund zalewa ekran. Fajnie, że przy tym gra utrzymuje płynność, nawet w momencie kiedy krew wylewa się z każdego z nich. Niby to byłoby fajne, ale zabicie ich wszystkich jest banalne (na poziomie „normalny”), padają od kilku strzałów lub kawałka combosa. Raz na jakiś czas napatoczy się większy i silniejszy stwór, który niestety również nie jest wyzwaniem.

„Warhammer 40k: Space Marine” mogło być świetną grą. Uniwersum jest bardzo popularne i ma wielu fanów. Połączenie dobrej strzelaniny typu „Gears of War” ze slasherem podobnym do „Darksiders” czy „Devil May Cry” to, zdawać by się mogło, przepis na murowany sukces. Niestety, produkt już z dema bardziej przypomina nudną, budżetową grę arcade za 1200MSP niż pełnoprawny produkt.