„Alpha Protocol”

Ewolucja dosięga każdej dziedziny życia. Jedną infiltruje bardziej namacalnie, drugą mniej. Gry z pewnością należą do tej pierwszej grupy, bo gałąź to najmłodsza, a już przeszła najwięcej zmian. Woltę najłatwiej zauważyć w grafice, większym nacisku na niektóre elementy (w jednej produkcji są olbrzymie scenariusze godne bestsellerów, w innych akcja bardziej żwawa niż w najbardziej kasowych przebojach kinowych latach) czy… rewolucji gatunków.

Dobrym przykładem, by to zilustrować, będzie właśnie „Alpha Protocol”. Gra firmowana jako RPG z pewnością dla graczy ze stażem obejmującym granie na PC dziesięć lat temu będzie się kojarzyć we zdobywaniem poziomów, łapaniem punktów doświadczenia, zbieraniem przedmiotów i pojedynkami w turach. No i właśnie, to było dawniej, teraz komputerowy erpeg to ni mniej ni więcej, tylko gra akcji a elementy role-playing są dorzucone, by było ciekawiej i by zachęcić większą ilość graczy (kto poleci na kolejną „grę akcji”). Czy ten opis brzmi znajomo? Tak? Powinien, bo starszy „Mass Effect” wprowadził bardzo podobne rozwiązanie i dzięki niemu właśnie stał się hitem.

Ale od początku. „Alpha Protocol” to jest gra RPG, tyle że RPG drugiej dekady XXI wieku. Nie mam tutaj setek zadań pobocznych, dialogów ciągnących się przez pół godziny, drużyny, przedmiotów ukrytych gdzieś głęboko w lochach, nie ma grindowania. Więc co jest w zamian? Dialogi, na które można wpływać w czasie rzeczywistym (rozmówca czeka przez określoną ilość czasu na odpowiedź), ale nie do końca tak, jak dawniej. Nie ma gotowych kwestii, które postać może wypowiedzieć, są za to postawy. Każda odpowiedź może być w innym tonie – na jednego działa świetnie żartobliwy ton, na kogoś innego agresywny i stanowczy, na jeszcze innego profesjonalne podejście. Taki proces rozmowy, jeżeli jest poprowadzony dobrze, przyznaje punty nastawienia u rozmówcy (lub je odejmuje), co niesie ze sobą korzyści. Bycie „lubianym” daje inne korzyści, bycie „nielubianym” inne. Dodatkowym smaczkiem w systemie jest sieć wpływów – punktując u jednej postaci można stracić u drugiej.

System rozmów jest fajny i zdecydowanie należy do zalet gry, ale tak naprawdę, to walka jest i była najważniejsza w większości RPG-ów (nie mówcie, że nie, prawie wszędzie 95% zadań to „idź i zabij”). Tutaj wyraźnie widać kolejny etap ewolucji, bo nie ma już prostej komendy „atakuj” czy ewentualnie wyboru czarów/broni. Nie, jest czas rzeczywisty i wszystko, z przeładowywaniem broni, celowaniem i pociąganiem za spust włącznie, należy zrobić samemu. Tak samo, jak w „Gears of War”, nawet mapowanie przycisków jest takie samo. Ale, ale! Przecież nie może być tak pięknie. Jak wspomniałem wcześniej, doświadczenie się zdobywa i awansuje na poziomy. Każdy awans pozwala na rozbudowę punktów umiejętności, przy czym przypominają one okrojony system z pierwszych „Fallout’ów”. Jest podział na różne bronie, umiejętności medyczne i techniczne, wytrzymałość itd. Każdą można rozszerzyć, przy czym awansowanie kosztuje określoną ilość punktów akcji, które przychodzą wraz ze zdobyciem poziomu. Te z kolei wpływają na, naturalnie, celność i jakość oddawanych strzałów. Na początku gry ciężko jest, choćby z bliska, strzelić komuś w głowę, jednak im dalej, tym łatwiej przychodzą takie rzeczy. Postać szybciej się koncentruje, bieglej włada daną bronią. Do tego dochodzą umiejętności specjalne będące następstwem awansu. Jest tego sporo i co ważne – jest ciekawie i przyjemnie.

„Alpha Protocol” to gra szpiegowska, ale daleko jej do serii „Splinter Cell”. Owszem, jest ciche zdejmowanie przeciwników, zjazdy na linach, chowanie się za osłonami i w cieniu, później również chwilowa niewykrywalność czy cichy bieg. Ale niestety system nie jest rozbudowany tak, jak mógłby być i co gorsza, akcje nie są premiowane doświadczeniem. To znaczy, obojętnie czy misję przejdzie się strzelając z karabinu do wszystkiego co się rusza, czy ślęcząc w cieniu i zdejmując tylko tych najgroźniejszych strażników (nawet nie zabijając a ogłuszając) – doświadczenia wpada tyle samo. Szkoda, bo liczyłem że finezyjne zabójstwa w stylu Sama Fishera będą i będą opłacalne. Niemniej jednak, skradanie się i zabijanie po cichu to zdecydowanie większa frajda niż otwarty ogień. Niestety, tutaj gra ma olbrzymią wadę. Ciała… znikają! Jeżeli ktoś grał w którąś część „Spliter Cell” czy nowszą odsłonę „Metal Gear Solid”, to doskonale wie, że największym problemem nie zawsze jest zdjęcie ochroniarza, a ukrycie zwłok. Tutaj problemu nie ma – teoretycznie to duże ułatwienie, praktycznie wada ujmująca realizmowi i zabawie.

Na szczęście nie na zabójstwach szpiegostwo się kończy. Mike, bo tak nazywa się bohater gry, jest biegły we wszelkiego rodzaju włamaniach. Każda z takich akcji jest okraszona dodatkową minigrą ograniczoną czasowo. Na przykład hackując komputer, należy znaleźć w lesie znaków dwa stałe ciągi, otwierając zamek trzeba stosować odpowiednie ciśnienie dla każdego z fragmentów (świetnie spełniają się spusty pada) itd.

Dość irytujący bywa system sztucznej inteligencji, ale to nie jest duży problem. Na początku przeciwnicy są praktycznie ślepi, można do nich podejść i kucać przy nich chwilę, zanim się połapią. Z biegiem czasu jednak pojawiają się bardziej czujni i silniejsi, tacy którzy widzą Thortona kiedy ten wystawi czubek buta zza ściany.

„Alpha Protocol” to bardzo dobry produkt, nie jest to może hit przysłaniający wszystkie premiery, ale zdecydowanie warto poświęcić mu chwilę. Nie wiem, skąd te niskie oceny na świecie. Aha, specjalnie nie wspomniałem niczego o historii – jest dość dobra i już na początku zaskakuje – odkrywajcie sami.