Battles swoim debiutanckim „Mirrored” narobili na rockowej scenie sporo zamieszania. Zaskarbili sobie i fanów undergroundowych kapel i mainstream (sztandarowa piosenka „Atlas” trafiła nawet na ścieżkę dźwiękową „Little Big Planet”). Wszyscy myśleli, że po takiej bombie, będą chcieli iść za ciosem i szybko wydadzą kolejny longplay. Cztery lata to szybko?

Battles charakteryzowali się dobrym wokalem Braxtona i ciekawymi, niekonwencjonalnymi nawet jak na math rock kompozycjami. Niestety, Tyondai postanowił w połowie nagrywania albumu podziękować kolegom i skupić się na pracy solowej. Jak mówią w wywiadzie dla T-Mobile Music, nie mogli wypuścić płyty z udziałem byłego członka, więc praktycznie, mając skończoną dużą część, musieli wrócić do punktu wyjścia.

Stało się bardzo dobrze, bo album, mimo że różni się od debiutu, nie odcina się od niego. Widać wyraźnie, że brakuje jakiegoś ogniwa, ale że nie było ono niezbędne. Ważnym krokiem, na który pewnie by się nie odważyli wcześniej, jest zaproszenie gościnnych wokalistów. I to nie byle jakich! Nazwiska takie jak Gary Numan czy Yamantaka Eye mówią same za siebie.

Znakiem rozpoznawczym Battles stało się, cztery lata temu, bardzo zgrabne i zręczne połączenie gitary i keyboardu doprawione świetną perkusją Staniera (wprawy nabierał w Helmet i Tomahawk z Pattonem, więc wysoki poziom gwarantowany).  Wahania tempa, nie dające chwili wytchnienia kompozycje i zmiany nastroju z utworu na utwór a nawet kilka razy w nim stanowiły i stanowią nadal główną broń grupy.

Wspomniałem o gościnnych wokalistach. Wymienieni już Eye i Numan, a do tego Matias Aguayo i Kazu Makino wychodzą (teraz pewnie zbiorę baty) dużo lepiej niż Braxton, szczególnie ten pierwszy. Japończyk fanom muzyki tworzonej za pomocą eksperymentów jest znany doskonale, a że ostatnio najwyraźniej nudzi się z rodzimą formacją, tutaj mógł się wyżyć do woli. I tak się stało, utwór z jego udziałem, zamykający album, jest jego najmocniejszą częścią. Prawie ośmiominutowa kompozycja dosłownie hipnotyzuje a Eye przyjmuje w niej rolę nawiedzonego szamana mówiącego w sobie tylko znanym języku. Również piosenka z Aguayo jest bardzo dobra, ale w zupełnie innej tonacji. Wesoła, skoczna, wywołująca automatycznie uśmiech na twarzy. Elektroniczny, mroczny pasaż z Numanem, trochę w stylu Nine Inch Nails (zgrabnie zapowiedziany przed drugą część „Wall Street”), zmienia zupełnie nastrój, pokazując że „Gloss Drop” to nie tylko energiczne, miłe piosenki.

Muszę przyznać, że fanem „Mirrored” nie byłem. Album podobał mi się i podoba nadal, ale nie do tego stopnia, by nazywać go, jak niektórzy, objawieniem i najlepszym math rockiem dekady. Co to to nie. „Gloss Drop” również najlepszą płytą z gatunku nie jest, ale bawi mnie bardziej niż poprzednik. Wciąga, intryguje, zachęca od pierwszych dźwięków. Wachlarz współpracujących wokalistów również jest bardzo na korzyść. Szkoda tylko, że album potrafi się znudzić dość szybko a utwory potrafią się zlać w duże części. Niemniej jednak, polecam.