Ulisses“

Tomek — 09.07.2011 — KsiążkaKomentarze (2) — Tagi:

Wyobraź sobie, że wszystko co robisz, mówisz, myślisz i czu­jesz – zapi­su­jesz albo dokład­nie ana­li­zu­jesz w myślach. Ale nie tylko zna­czące zda­rze­nia, wszystko! Ciężko? Joyce’owi się udało i nawet napi­sał tak powieść.

Ulis­ses”, bo o nim mowa, jest jed­nym z naj­słyn­niej­szych dzieł lite­ra­tury świa­to­wej, które zapew­niło jej auto­rowi – Jame­sowi Joyce’owi – nie­śmier­tel­ność, co zresztą sam zapla­no­wał. Legen­darna wręcz jest jej i obję­tość (około tysiąc stron) i styl — rewo­lu­cyjny, nowa­tor­ski i… trudny — stru­mień świa­do­mo­ści. Dla­czego trudny? Jak mówi­łem na wstę­pie, jest tu opi­sane wszystko bez wyjątku, więc momen­tami ciężko to zro­zu­mieć. Zda­rze­nia zewnętrzne mie­szają się z wewnętrz­nymi a wypo­wie­dzi z myślami. Co jesz­cze warte odno­to­wa­nia, każdy roz­dział jest pisany innym sty­lem. Na przy­kład, jeden jest utrzy­many w lek­kim nur­cie roman­sów, inny zaś cechuje się języ­kiem sta­ro­pol­skim (sta­ro­an­giel­skim w ory­gi­nale). Jest też frag­ment sztuki teatral­nej ze wszyst­kimi adno­ta­cjami i podzia­łem na role i część pisana jako pyta­nia i odpowiedzi.

Styl jest feno­me­nalny, to już stwier­dzi­łem. Ale czy fabuła mu wtó­ruje? To już zależy od odbiorcy. Bo akcja książki toczy się w jed­nym dniu i jest opo­wie­ścią o agen­cie rekla­mo­wym — Leopol­dzie Bloom i jego zna­jo­mym — mło­dym arty­ście nazwi­skiem Ste­fan Deda­lus. Obaj pano­wie o godzi­nie ósmej rano wycho­dzą z domów i roz­po­czy­nają swą wędrówkę po Dubli­nie, napo­ty­ka­jąc przy tym wiele indy­wi­duów, jed­nych przy­chyl­nych, innych wręcz prze­ciw­nie, odwie­dzają różne miej­sca, jedzą, wypróż­niają się. I wszystko to skru­pu­lat­nie jest opi­sane. Więc, czy fabuła jest interesująca?

Tytuł może suge­ro­wać, że powieść ma jakieś połą­cze­nie z anty­kiem. Tak też jest. Ulis­ses, czyli Ody­se­usz, był ulu­bio­nym boha­te­rem Joyce’a z dzie­ciń­stwa a wyprawa Blo­oma jest para­frazą przy­gód dziel­nego Greka. Para­frazą jed­nak bar­dzo luźną, wyczer­pu­jącą ter­min w cało­ści. Bo kiedy Ody­se­usz i jego Pene­lopa byli sobie wierni przez wiele lat roz­łąki, Leopold już w trze­cim roz­dziale, wycho­dząc po mające deli­katny posmak moczu nerki cie­lęce (które jadał z upodo­ba­niem), nie mógł ode­rwać wzroku od poślad­ków dziew­czyny kupu­ją­cej przed nim ser­delki, a jego Molly, leżąc jesz­cze w łóżku i roz­ma­wia­jąc z mężem, dostaje list od swo­jego kochanka. Potem jest już tylko lepiej.

Ulis­ses“ jest książką trudną, momen­tami męczącą i wycień­cza­jącą. Trudną z uwagi na dłu­gość i styl, ale wybitną pod wie­loma wzglę­dami. Męczącą dla­tego, że wiele frag­men­tów jest trud­nych do prze­brnię­cia (dla każ­dego są to inne czę­ści). Wycień­cza­jącą, bo zawiera tyle odnie­sień do kul­tury, lite­ra­tury, filo­zo­fii i samej sie­bie, że ciężko prze­czy­tać jedną stronę nie zacho­dząc w głowę nad tym, co dokład­nie zostało napisane.

Sztan­da­rowe dzieło lite­ra­tury moder­ni­stycz­nej, wymie­niane w wielu listach pod­su­mo­wu­ją­cych doko­na­nia pisa­rzy XX-wiecznych i nie tylko, zachęca, ale rów­nie mocno jak zapra­sza, tak może ode­pchnąć. Na szczę­ście, ja prze­czy­ta­łem pierw­sze dwa­dzie­ścia stron tak, jak­bym czy­tał jedną i wie­dzia­łem od razu, że to będzie coś war­tego mojego czasu.

Cho­dząc sobie po róż­nych miej­scach, gdzie ludzie wypo­wia­dają się na temat lite­ra­tury, czę­sto spraw­dzam co mówią na temat „Ulis­sesa“. Szcze­rze, jestem dość zasko­czony, że zde­cy­do­wana więk­szość ludzi czyta połowę, ćwierć, sto stron albo coś w tych oko­li­cach, a następ­nie nazywa powieść stratą czasu czy beł­ko­tem. Poważ­nie, co jest? To, że w książka nie jest napi­sana sty­lem który jest przy­kładny w lek­tu­rach szkol­nych i że nie ma w niej wart­kiej akcji na każ­dej stro­nie, to od razu ją dys­kry­mi­nuje? Bo trudna? Wiem, że to brzmi jak­bym się uwa­żał za nie wia­domo kogo, ale dzi­wię się, bo ludzie chyba nie odróż­niają „kla­syki“ w postaci przy­gód Harry’ego Pot­tera od kla­syki takiej jak twory Joyce’a, Camusa czy Kafki. Nie mówię, że każdy ma to czy­tać z zachwy­tem czy namasz­cze­niem, ale myślę, że brak zro­zu­mie­nia danej publi­ka­cji nie upo­waż­nia do mie­sza­nia jej z błotem.

  • 10 / 10

2 komentarze/y

  1. Ala pisze:

    Cie­kawe bar­dzo to co piszesz. Ja, muszę się przy­znać nie sły­sza­łam wcze­śniej o tej powieść, a może sły­sza­łam, ale nie zain­te­re­so­wał dostat­nio? W każ­dym bądź razie ja w lite­ra­tu­rze uwiel­biam inno­wa­cyj­ność, różne nie­ste­re­oty­powe podej­ście do słowa pisa­nego. Nie zależy mi na wart­kiej akcji a na pięk­nym sło­wie.
    Zain­try­go­wa­łeś mnie do tego stop­nia, że jutro wyru­szam na poszu­ki­wa­nia! Dziękuję.

  2. Bar­dzo mi miło, że Cię zain­te­re­so­wa­łem. Przy­znam szcze­rze, że jesteś pierw­szą osobą, która po moich namo­wach posta­no­wiła się­gnąć po Joyce’a ;)
    Kupno „Ulis­sesa“ może się jed­nak oka­zać spo­rym wyzwa­niem, bo ja swo­jej kopii szu­ka­łem ponad mie­siąc, głów­nie rzu­ca­jąc się na Alle­gro. Ale tam nie dość, że egzem­pla­rze są pie­kiel­nie dro­gie, to jesz­cze w okrop­nym sta­nie. W biblio­tece zaś, z uwagi na niską popu­lar­ność (gdy wypo­ży­cza­łem, pani sko­men­to­wała nawet „ho ho, mało kto się na to porywa“), jakość pew­nie będzie tro­chę bar­dziej sensowna.

Dodaj komentarz