Bardzo się zdziwiłem, że film z taką obsadą (Gary Oldman i Robert Carlyle to jednak wielkie nazwiska) jest tak mało znany. Co strasznego stało się temu dziełu, że świat prawie usunął je ze świadomości? Wolałem się nie dowiadywać.

Film rozpoczyna się dość sztampowo i od razu można odnieść wrażenie, że już się to gdzieś widziało. Bez zbytniego wchodzenia w fabułę: płatny zabójca zakochuje się w dziewczynie na dworcu. Przez przypadek jednak zamienia się telefonami z jej chłopakiem, Abe’m. Ten otrzymuje zlecenie na zabójstwo i zapłatę z góry.

Historia zaczyna nabierać tempa wraz z pojawianiem się kolejnych postaci, ale pęd nie działa tu na korzyść dzieła. Wątki poboczne sugerują, że będą mieć wpływ na nurt główną oś filmu, jednak tak się nie dzieje, przez co stają się jedynie wypełniaczami czasu, pokazując wprost, że scenarzystom zabrakło pomysłów na pełny metraż.

Twórcy chcieli wpasować się w popularny na początku XXI wieku w Anglii nurt czarnych komedii, z których najpopularniejszymi były „Porachunki”, „Przekręt” oraz „Formuła”. Od razu daje się zauważyć podobne rozwiązania, jednak z dużo gorszym skutkiem. Podczas gdy Ritchie z chirurgiczną precyzją splata losy bohaterów tak, by nic nie zostało niedopowiedziane, Stadler popełnia podstawowe błędy i zamiast zainteresować widza, tylko go irytuje. Pomijając już fakt, że zamiana telefonów komórkowych to motyw oklepany okrutnie, potknięcia takie jak brak charakteryzacji w niektórych scenach łączących powinny być, mimo wszystko, zauważone przed premierą.

Nawet aktorzy nie są tu ciekawi. Oldman w roli milczącego miłośnika perwersji seksualnych wypada dość blado w porównaniu do swoich innych ról, mimo że tu teoretycznie powinien brylować. Nie lepiej jest z młodym Potts’em, grającym praktycznie jedną pozą. Tak naprawdę jedynie Robert Carlyle, portretując komicznie przerysowanego wierzyciela, wypada pozytywnie.

„Dead Fish” niewątpliwie był szykowany na konkurencję z tuzami brytyjskich kin. Niestety dłużyzny, niepotrzebne postaci, wątki i – nie ma co się oszukiwać – brak pomysłów scenarzystów i reżysera nie pomogły obrazowi ani trochę. Nawet bardzo ciekawe scenografie i nienaganna muzyka nie rzucają ani trochę cienia na wielką stertę wad.