Podróże w czasie to jeden z moich ulubionych motywów. Niestety wiele dzieł realizuje go na zasadzie duplikacji jednostki, a ja wolałbym cofać się do swojego ciała w danym okresie, nie pojawiać się jako kopia. Podobnie czuł pewnie Satoko Okudera, pisząc scenariusz do „”The Girl Who Leapt Through Time”. W tym filmie „podróż” działa właśnie w ten sposób, jednak, jak pewnie można się domyślić, nie jest to rzecz bez wad.

Wady i zalety rzeczy zawsze prą ku równowadze. Im zalety są większe, tak wady poważniejsze. Niestety bohaterka filmu, Makoto, nie zauważa tego kiedy na początku, kiedy najpierw całkowicie przez przypadek a potem już celowo podróżuje po linii czasu. Jak powiedziałem, nie ma tu motywu duplikacji, więc autorzy pomijają problematykę paradoksu czasu. To bardzo dobry ruch, bo trzy części „Powrotu do przyszłości” wyeksploatowały go bardzo dokładnie. Uderzają jedna w inną nutę – wspomnianej wcześniej równowagi.

Pierwsze wystąpienie „przeskoku” ma miejsce podczas wypadku. Makoto, wracając do domu, zauważa że jej rower ma zepsuty hamulec. Nie mogąc się zatrzymać, uderza z impetem w rampę i wpada prosto pod pędzący pociąg. Wpada – tylko teoretycznie. Tak naprawdę właśnie wtedy cofa się o kilka minut, budząc się na chodniku i patrząc z oddali na przejeżdżający pojazd. Po kilku próbach odkrywa, że faktycznie – ma możliwość przeskoku. Kiedy dziewczyna beztrosko cofa się o kilka godzin do tyłu by zjeść pudding albo pomóc koledze w nawiązaniu nowych znajomości, nie myśli wcale o tym, co uświadamia jej potem ciotka. Pokazuje jej, że kiedy ona jest szczęśliwa, ktoś inny jest równie mocno nieszczęśliwy.

Ta myśl staje się motywem przewodnim filmu, bo zmienia gruntownie nastawienie Makoto. Od tej pory dziewczyna postanawia cofać się w czasie tylko kiedy może pomóc komuś więcej, niż tylko jej. Sytuacja jednak komplikuje się, kiedy jeden z jej przyjaciół – Chiaki – zakochuje się w niej i próbuje się umówić. Zaskoczona i niezdecydowana cofa się kilka razy w końcu wybierając ścieżkę cichego oddalenia się i niedoprowadzenia do konwersacji w ogóle.

Te działania powodują w dziewczynie pojawienie się wątpliwości co do słuszności swojego postępowania w ogóle – czy powinna korzystać z nowo nabytej mocy? Na szczęście dzieło nie popada w głęboką analizę moralną takiego a nie innego postępowania, bo nie ma na to czasu. Makoto przeskakuje na linii czasu co chwile, próbując ułożyć bieg dnia tak, by każdy był jak najszczęśliwszy, stara się, mimo pewnej świadomości beznadziejności, zmienić porządek świata przedstawiony przez ciotkę. Im więcej robi, tym bardziej skomplikowany staje się cały świat, szczególnie kiedy dowiaduje się, że każda zmieniona z premedytacją decyzja ma swoje reperkusje i wszystko wokół bezwzględnie zmierza do wspomnianej nieraz już równowagi.

Odchodząc od fabuły, warto wspomnieć o świetnej jakości wizualnej autorstwa Madhouse. Postaci mogą wydawać się niedopracowane, ascetyczne, ale dzięki temu idealnie kontrastują z pięknymi tłami. Wystarczy jednak dłuższa chwila by zauważyć, że ta skromność formy jest jedynie złudzeniem, a rysunki tak naprawdę są bardzo szczegółowe.

Oglądając film często go zatrzymywałem. Z początku myślałem, że mnie nudzi, ale nie. On popycha do wielu refleksji. Trwającą niecałe dwie godziny projekcje rozłożyłem sobie na dużo dłużej, bo sporo uwagi poświęciłem rozważaniu, co zrobiłbym ja, mając taką możliwość. Wystarczyłaby mi jedna szansa. Jeżeli zaś o „The Girl Who Leapt Through Time” chodzi, to jest to jedno z niewielu dzieł, którego przyjmowanie przerywałem, bo tak mocno prowokowało rozmyślania. To chyba wystarczy za każdą rekomendację.

  • Dominik

    Wspaniałą recenzję napisałeś, wspaniały film